Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo do sali wszedł wykładowca. Rzucił dziennik na biurko co wszystkich uciszyło.
- Dzień dobry. Nazywam się Aiden Hofferson... - następne słowa zlały się z innymi dźwiękami w cichy szum. Obraz dookoła stracił na ostrości wiedziałam tylko jedną osobę. Stała z przodu pod tablicą, wpatrując się we mnie. W oczach miał strach. Nie mało powiedziane. Był przerażony. Nigdy wcześniej go takiego nie widziałam. Blondyn zaczął pokazywać na krzesło. Na czarne oparcie. Nic z tego nie rozumiałam. Myśl. Cholera, myśl. Nie pojawił się bez powodu. Stop. Jak to możliwe, że w ogóle się pojawił?
Uderzenie przywróciło mnie do rzeczywistości. Zdążyłam złapać rękę sprawcy i wykręcić ją do tyłu.
- Au! - stał przede mną wysoki brunet. Josh. Puściłam go.
- Sorry Jo.
Zorientowałam się, że cała sala się na mnie patrzy.
- Co to miało znaczyć? - podszedł do nas wykładowca. Wbił wzrok głównie we mnie. - Pierwszy dzień, pierwsze zajęcia - stłumił przekleństwo - pierwsze pięć minut. I już robisz zamieszanie. To wyższa uczelnia. Nie można się tak zachowywać. - poczekałam kilka sekund, żeby się uspokoił.
- Nagadał się pan?
- Kpisz sobie ze mnie?
- Jak bym śmiała królu głupiej gatki. - po sali poniósł się śmiech. Ale tylko jednej osoby. Wszyscy jak jeden mąż obrócili się do drzwi. Stał w nich facet po dwudziestce w skórzanej kurtce.
- Czego tu? - odezwał się nasz wykładowca.
- Zluzuj porty, Aiden.
- A ty to kto? - wyrwał się ktoś z przodu.
- Max. Max Hofferson. Młodszy brat tej ofiary. - kilka stłumionych śmiechów wybuchło na sali, a niektórzy patrzyli ze zdziwieniem na przybysza. - To wasz pierwszy dzień?
- Ta.
- To dopiero go poznacie. Grzeczni ludzie nawet go lubią, ale jeśli ktoś mu podpadnie...
- To co nam zrobi? Zastraszy? Niesprawiedliwie oceni? - odezwałam się.
- Na to są paragrafy. - dorzucił Josh i postukał palcem w książkę którą trzymał.
- A jeśli coś mu się nie podoba, to może się zwolnić. Nie będziemy tęsknić.
- Ty jesteś bezczelna. Dopilnuje żebyś z tond wyleciała. To są studia nie przedszkole. Ta szkoła ma pewien poziom...
- No po panu to tego nie widać.
- Polubiłem cie. - wytrącił się Max. - Jak się nazywasz?
- Rose. - rzuciłam.
- To był twój błąd. - profesorek pomachał mi palcem przed nosem. - Masz iść do dyrektorki i powiedzieć, że rezygnujesz ze studiów, albo zmieniasz uczelnie. - Obróciłam się do niego plecami. - Nie...
- Zamkniesz się w końcu i poprowadzisz ten wykład czy cie zastąpić? - jego czerwona twarz nabrała koloru purpury. Podniósł rękę.
- Śmiało. - podpuściłam go. - Uderz.
- Panie Hofferson!!! - krzyk to przy tym mało powiedziane. To był pisk, tak wysoki, że aż zabolały mnie uszy. Dla mnie to było nie do wytrzymania, a co dopiero dla moroji... Odwróciłam się do Lissy. Trzymała się za głowę.
- Żyjesz?
- Tak. - odpowiedziała masując skronie.
- To jest pana czwarte upomnienie! Zajęcia u psychologa nie pomogły! Jest pan zwolniony!
- Ale...ale...pani dyrektor...- jąkał się Aiden.
- Zapraszam pana do mojego gabinetu.
- Ale...
- Nie ma żadnego ale. Idziemy. - wykładowca skulił się jakby wzrok dyrektorki mógł zabijać. Ciekawe, przy mnie to ona miała dość. Cóż, kobieta zmienną jest... - A pan. Zostaje z nimi. - wytknęła palcem młodszego Hoffersona, a potem zwróciła się do nas.- Pilnujcie go żeby nie zwiał, mamy pewne niezałatwione sprawy.
- Chyba mi tego nie zrobicie nie? - zapytał Max, gdy dyrektorka wyprowadziła jego brata. Pewność siebie gdzieś z niego uleciała. - Ej on. Odpłacę się wam. Bardzo uczciwe. Panie mogą liczyć na więcej...
- Zamknij się gościu! - podszedł do niego jakiś napakowany 20 latek, siłą posadził Hoffersona na krześle i pogroził mu pięścią. - Kto zadziera z panią dyrektor zadziera też z mną.
Studenci już nie zwracali na nich uwagi, podzielili się na grupki i robili co chcieli.
- Okej więc opowiadaj Rose. - entuzjazm w głosie Josha był zaraźliwy bo Lissa natychmiast oderwała się od obserwowania sali, podejrzewałam że sprawdzała aury.
- Właśnie kim był ten Denis?
- Poznaliśmy się w Rosji. Miał swoja ekipę w Nowosybirsku, wychodziliśmy wieczorami na miasto.
- I co było coś między wami. - palnął chłopak. Oczywiście nie widział tam drugiego dna.
- Nie. Oczywiście, że nie. Kumplowaliśmy się.
- Ciepło jest tam w lecie?
- Jo byłam na Syberii i nie w lecie tylko na wiosnę.
- Ale mówiłyście, że w tym roku szkolę skończyłyście. Więc jakim cudem na wiosnę?
- Normalnie. Rzuciłam szkołę na trochę. - w tym momencie oczy mało mu nie wypadły.
- Więc jakim cudem cię tu przyjęli? Z takim wpisem w papierach?
- Dobra, mniejsza. My jeszcze nic o tobie nie wiemy.
- No i co mam wam powiedzieć? Zwykły chłopak z małego miasta. Nie mam rodzeństwa. Mój kumpel przyjedzie tu za kilka tygodni, więc na razie trzymam się z wami, bo nikogo innego tu nie znam... - przerwał bo do auli weszli jacyś chłopacy. Jeden z nich wyszedł na biurko żeby zwrócić na siebie uwagę.
- Hej, cisza! - wszystkie głowy zwróciły się w jego stronę. - Jest pomysł, żeby zorganizować zawody między szkołami wyższymi. Zbieramy ludzi do ekipy. Brakuje nam 3 chłopaków i co najważniejsze dziewczyn! Potrzeba nam min 10 w całym składzie. Ale najmniej z was zgłasza się do biegów, długo i krótko dystansowych. Więc jeśli któraś jest w tym dobra, kurka, nawet przeciętna to zgłoście się! Potrzebujemy was żeby móc w ogóle wystartować, na czym bardzo nam zależy! Jeśli ktoś jest chętny to proszę do kolegi. My idziemy szukać dalej. Dziękuje. - w drzwiach minęli się z jakimś chłopakiem, dhampirem koło 20. Twarz wydawała się znajoma, ale nie miałam pojęcia skąd go kojarzę.
- Okej więc tak. - usiadł na biurku. - Treningi poniedziałek - piątek. O 6.30-7.30 i potem 16.00-17.00. Na chwile obecną potrzebujemy 5 dziewczyn i 3 chłopaków do biegów. Ktoś chętny?
- Ja idę. W średniej startowałem w zawodach, mogę im pomóc. - rzucił podekscytowany Jo i podszedł do chłopaka.
- Liss? - zwróciłam się do przyjaciółki, popatrzyła na mnie porozumiewawczo i kiwnęła głową.
- Pewnie idź.
- Dzięki, królowo. - zaśmiała sie, a ja dołączyłam do grupki chłopaków przy biurku.
- To tyle dzięki. - Jo był tak zafascynowany, że miął mnie jak prąd w przewodach i wrócił do ławki.
- Ja do biegów. - chłopak nie podniósł wzroku znad kartek.
- Krótkie, długie?
- Mogę tu i tu.
- Nazwisko.
- Rose Hathaway. - na te słowa poderwał głowę. I przypatrzył mi się dokładnie.
- Cholerka. To naprawdę ty? - zapytał zdziwiony.
- Tak, ale czy my się znamy?
- Młoda, rusz głową no. - tylko jedna osoba tak się do mnie zwracała.
- Danny?
- Pani zapominalska widzę. - przytulił mnie po przyjacielsku.
- Kurcze kiedy ja cie ostatnio widziałam?
- Przed waszą ucieczką. Zmyłaś się z imprezy co było do ciebie nie podobne. Rano już nie pojawiłyście się na zajęciach.
- No tak siła wyższa. Ale opowiadaj co tam u ciebie? Co ty tu w ogóle robisz?
- Zrezygnowałem ze szkoły, pod koniec nauki. Nie wiedziałem się w roli strażnika, więc poszedłem na studia. A ty? Wróciłyście do szkoły, przynajmniej tak sadzę bo skoro jesteś tu z królową...
- Daniel do cholery! - do auli wpadł jakiś chłopak. - Następni czekają, a ty tu sobie flirtujesz!
- Już idę Ian, spokojnie. - tamten zniknął tak samo szybko jak się pojawił. - Treningi od jutra. Znajdę was potem to pogadamy.
- Dobra leć, cześć.
------------------
Sorka, że tak długo musieliście czekać. Następne rozdziały mam nadzieje pojawią się szybciej.
Komy, komy i komy mile widziane!
PS: w następnym rozdziale pojawi się trochę Dimki i Abe'go z Jenin. ;)
Autorka
wtorek, 25 sierpnia 2015
sobota, 1 sierpnia 2015
Rozdział 10
- Rose, nareszcie. Wiesz jak się martwiłem? Najpierw ty prawie rzucasz słuchawką, potem Lissa robi to samo...
- Dymitr. Spokojnie, nic się nie dzieje. - przerwałam mu i opowiedziałam najpierw cała historie z otrzęsinami nowych, a potem z tymi "odwiedzinami" Croft'a.
- Dziwne, że mnie jeszcze nie przesłuchali.
- Wiedzą co chcieli wiedzieć. Nie mam wiarygodnego alibi na te pół godziny, bo Hans sądzi, że i tak byś mnie nie wydał. Więc twoje zeznania nie wniosą raczej nic nowego do sprawy. A tak w ogóle co z Adrianem?
- Poprawiło mu się w ostatnich godzinach. Rozmawiałem też z Danielą, nie będzie wnioskować o szybszy proces. Zgodziła się poczekać aż jej syn się obudzi.
- Łaskawa pani się znalazła. Niech się cieszy, że mnie tam nie ma, bo...
- Hej. Nic nie poradzisz na to, że działasz jak magnes na kłopoty. - westchnął, a ja miałam przed oczami jego cudowny uśmiech.
- Przeznaczenie.
- Obejmuje ono także przepowiednie Yevy. - wiem co sugerował, więc zmieniłam lekko kierunek tej rozmowy.
- Albo jej wymysły z noszeniem cegieł. - rzuciłam, nie zastanawiając się zbytnio nad tym co mówię.
- Co? - spytał Dymitr.
- Nie wspominałam ci tym?
- Jak widać nie, więc śmiało. Chętnie posłucham. - ponaglił mnie Belikov.
- Za pierwszym razem jak byłam w Bai, twoja babcia chciała żebym z nią poszła. Kazała mi wziąć jakieś cholernie ciężkie kartony, które niosłam do Oleny i Marka. Okazało się, że w jeden był napakowany kostką ogrodową. Potem dowiedziałam się, że to był pewnego rodzaju test.
- Co masz przez to na myśli?
- Sprawdzała czy jestem ciebie warta. - powiedziałam bez wahania, co innego Dymitr, bo odpowiedział dopiero po chwili.
- To nie jest całkiem normalne, ale w jej stylu. - miałam dodać coś o staruszce, ale mój wzrok padł na zegar.
- Jasny szlak! Przecież ja rano nie wstanę. - dochodziła właśnie czwarta, a wykłady zaczynają nam się od ósmej.
- Bo tyle gadasz, Rose.
- Moja wina, że się się stęskniłam za tobą Towarzyszu? No no dobra może bardziej za tym cudownym akcentem. - usłyszałam śmiech w słuchawce. Boże...jak ja go uwielbiam...
- Też się bardzo stęskniłem, może jakoś przeżyje te dwa tygodnie.
- Dwa?
- Yhh...Chyba się wygadałem. Lissa chce przyjechać na weekend jak już się wszystko uspokoi.
- I dopiero teraz mi to mówisz?
- Tak wyszło. A teraz zmykaj do łóżka bo rano nie wstaniesz. Kocham cię, Roza.
- Ja ciebie też towarzyszu. Dobranoc.
- Słodkich snów, kochanie.
***
- Au! - otworzyłam lekko oczy. Nade mną stał Josh i Lissa, próbowali ukryć śmiech.
- A wam co tak wesoło? - spytałam zbierając się z podłogi.
- Twoja mina. Jakbyś chciała kogoś zabić. - odpowiedziała moja przyjaciółka.
- Na przykład tego kto zrzucił mnie z łóżka. - spojrzałam przy tym na chłopaka. Ostrzegam, Joshua jeszcze raz i będzie po tobie.
- Skąd wiesz, że to ja?
- Lissa nie posunęła by się do tego.
- Bo się ciebie boi?
- Bo nie jest tak głupia, a poza tym ma za dobre serce.
- Hej ludzie, nie chciałabym wam przeszkadzać, ale za dziesięć minut zaczynamy wykłady. - morojka przerwał naszą wymianę zdań,
- Co?! - porwałam jakieś ubrania z szafki i poleciałam do łazienki. Zanim zamknęłam drzwi usłyszała jeszcze słowa przyjaciółki:
- Żartowałam!
***
- Więc pochodzicie z Filadelfii, macie po osiemnaście lat i znacie się od przedszkola.
- Dokładnie. - okazało się, że Jo ma te same wykłady co my.
- A rodzice?
- Matka pracuje w ochronie, a staruszek jest biznesmenem. - odpowiedziałam. Chłopak poprowadził nas do ostatniego rzędu w sali wykładowej, w której dopiero zbierali się uczniowie.
- A twoi? - zwrócił się do Wasylisy.
- Mają firmę w Filadelfii. - odpowiedziała bez wahania, trzymając się informacji które mamy w papierach i które miałyśmy podawać w razie jakichś pytań. Lissa dostała też fałszywe nazwisko. Nawet o tym na którym uniwersytecie jesteśmy wie tylko kilka osób. Kwestie bezpieczeństwa. Królowa poza dworem jest łatwym celem nie tylko dla strzyg, ale także dla wrogów państwa. - Mało kto wie, kim naprawdę są moi rodzice. Nosze inne nazwisko niż oni. Przynajmniej w liceum mnie się nie czepiali.
- Oczywiście, Anderson. Nie licząc Mii. - uśmiechnęłam się do przyjaciółki.
- Uprzykrzała wam życie? - spytał Josh wyraźnie zaciekawiony tym tematem.
- Przez jakiś czas. - Dragomirówna próbowała go zbyć, ale ja wolałam ten temat, od wypytywania nas o szczegółowe informacje.
- Ta. Nie odczepiła się nawet jak jej przywaliłam.
- W sensie klepnęłaś ją? - zaczął naśmiewać się Jo.
- Nie lekceważ jej. - rzucił jakiś chłopak mijając nas. Zauważyłam tatuaże na jego szyi i...
- Denis? - odwrócił się na moje słowa z szerokim uśmiechem.
- Cześć, Rose. Wiesz, że nieładnie odchodzić bez pożegnania?
- Bardzo śmieszne. Co ty tu robisz?
- Mazur zaproponował mi załatwienie pewnej sprawy, za niezłą kasę. - puścił mi oczko.
- A prze okazji miałeś mnie sprawdzić.
- To nie było pytanie. Skąd to wiesz? - zaciekawił się.
- Znam Staruszka lepiej niż myślisz. - uśmiechnęłam się chytrze.
- Chwila. Dopiero teraz odkryłem drugie dno tego słowa. - zaczął niepewnie Denis. - Nie chcesz mi powiedzieć, że...
- Abe Mazur jest moim ojcem. - przerwałam mu. Wytrzeszczył oczy, a jego szczęka mało nie uderzyła o podłogę.
- Jesteś Zmey Junior?*
- Coś w ten deseń. - telefon w mojej kieszeni zaczął wibrować. Spojrzałam na wyświetlacz. Abe. Po co on do mnie dzwoni? Odebrałam.
- Tak, Staruszku?
- Powiedz temu idiocie, że jest najgorszym tajnym agentem w dziejach ludzkości.
- Przekaże.
- Miło robić z tobą interesy, Rose. - rozłączył się. Trzy pary oczu wpatrywały się we mnie żądając wyjaśnień.
- Denis, ciebie też ktoś szpieguje.
- Że niby co?
- Mam cię poinformować, że cytuje: "Jesteś najgorszym tajnym agentem w dziejach ludzkości."
- Kurcze muszę was przeprosić. Chyba mam nieźle przerąbane. Rose przekaż ojczulkowi żeby mnie nie mordował. - powiedział Rosjanin i wybiegł z sali. Josh i Lissa dalej wpatrywali się we mnie
- No to teraz nam pięknie wszystko wyjaśnisz.
------------------
* W tłumaczeniu oficjalnym jest "Żmija Juniorka", w nieoficjalnym (pdf) "Zmey Junior". Osobiście wole drugą wersje.
Komy mile widziane!
Autorka
- Dymitr. Spokojnie, nic się nie dzieje. - przerwałam mu i opowiedziałam najpierw cała historie z otrzęsinami nowych, a potem z tymi "odwiedzinami" Croft'a.
- Dziwne, że mnie jeszcze nie przesłuchali.
- Wiedzą co chcieli wiedzieć. Nie mam wiarygodnego alibi na te pół godziny, bo Hans sądzi, że i tak byś mnie nie wydał. Więc twoje zeznania nie wniosą raczej nic nowego do sprawy. A tak w ogóle co z Adrianem?
- Poprawiło mu się w ostatnich godzinach. Rozmawiałem też z Danielą, nie będzie wnioskować o szybszy proces. Zgodziła się poczekać aż jej syn się obudzi.
- Łaskawa pani się znalazła. Niech się cieszy, że mnie tam nie ma, bo...
- Hej. Nic nie poradzisz na to, że działasz jak magnes na kłopoty. - westchnął, a ja miałam przed oczami jego cudowny uśmiech.
- Przeznaczenie.
- Obejmuje ono także przepowiednie Yevy. - wiem co sugerował, więc zmieniłam lekko kierunek tej rozmowy.
- Albo jej wymysły z noszeniem cegieł. - rzuciłam, nie zastanawiając się zbytnio nad tym co mówię.
- Co? - spytał Dymitr.
- Nie wspominałam ci tym?
- Jak widać nie, więc śmiało. Chętnie posłucham. - ponaglił mnie Belikov.
- Za pierwszym razem jak byłam w Bai, twoja babcia chciała żebym z nią poszła. Kazała mi wziąć jakieś cholernie ciężkie kartony, które niosłam do Oleny i Marka. Okazało się, że w jeden był napakowany kostką ogrodową. Potem dowiedziałam się, że to był pewnego rodzaju test.
- Co masz przez to na myśli?
- Sprawdzała czy jestem ciebie warta. - powiedziałam bez wahania, co innego Dymitr, bo odpowiedział dopiero po chwili.
- To nie jest całkiem normalne, ale w jej stylu. - miałam dodać coś o staruszce, ale mój wzrok padł na zegar.
- Jasny szlak! Przecież ja rano nie wstanę. - dochodziła właśnie czwarta, a wykłady zaczynają nam się od ósmej.
- Bo tyle gadasz, Rose.
- Moja wina, że się się stęskniłam za tobą Towarzyszu? No no dobra może bardziej za tym cudownym akcentem. - usłyszałam śmiech w słuchawce. Boże...jak ja go uwielbiam...
- Też się bardzo stęskniłem, może jakoś przeżyje te dwa tygodnie.
- Dwa?
- Yhh...Chyba się wygadałem. Lissa chce przyjechać na weekend jak już się wszystko uspokoi.
- I dopiero teraz mi to mówisz?
- Tak wyszło. A teraz zmykaj do łóżka bo rano nie wstaniesz. Kocham cię, Roza.
- Ja ciebie też towarzyszu. Dobranoc.
- Słodkich snów, kochanie.
***
- Au! - otworzyłam lekko oczy. Nade mną stał Josh i Lissa, próbowali ukryć śmiech.
- A wam co tak wesoło? - spytałam zbierając się z podłogi.
- Twoja mina. Jakbyś chciała kogoś zabić. - odpowiedziała moja przyjaciółka.
- Na przykład tego kto zrzucił mnie z łóżka. - spojrzałam przy tym na chłopaka. Ostrzegam, Joshua jeszcze raz i będzie po tobie.
- Skąd wiesz, że to ja?
- Lissa nie posunęła by się do tego.
- Bo się ciebie boi?
- Bo nie jest tak głupia, a poza tym ma za dobre serce.
- Hej ludzie, nie chciałabym wam przeszkadzać, ale za dziesięć minut zaczynamy wykłady. - morojka przerwał naszą wymianę zdań,
- Co?! - porwałam jakieś ubrania z szafki i poleciałam do łazienki. Zanim zamknęłam drzwi usłyszała jeszcze słowa przyjaciółki:
- Żartowałam!
***
- Więc pochodzicie z Filadelfii, macie po osiemnaście lat i znacie się od przedszkola.
- Dokładnie. - okazało się, że Jo ma te same wykłady co my.
- A rodzice?
- Matka pracuje w ochronie, a staruszek jest biznesmenem. - odpowiedziałam. Chłopak poprowadził nas do ostatniego rzędu w sali wykładowej, w której dopiero zbierali się uczniowie.
- A twoi? - zwrócił się do Wasylisy.
- Mają firmę w Filadelfii. - odpowiedziała bez wahania, trzymając się informacji które mamy w papierach i które miałyśmy podawać w razie jakichś pytań. Lissa dostała też fałszywe nazwisko. Nawet o tym na którym uniwersytecie jesteśmy wie tylko kilka osób. Kwestie bezpieczeństwa. Królowa poza dworem jest łatwym celem nie tylko dla strzyg, ale także dla wrogów państwa. - Mało kto wie, kim naprawdę są moi rodzice. Nosze inne nazwisko niż oni. Przynajmniej w liceum mnie się nie czepiali.
- Oczywiście, Anderson. Nie licząc Mii. - uśmiechnęłam się do przyjaciółki.
- Uprzykrzała wam życie? - spytał Josh wyraźnie zaciekawiony tym tematem.
- Przez jakiś czas. - Dragomirówna próbowała go zbyć, ale ja wolałam ten temat, od wypytywania nas o szczegółowe informacje.
- Ta. Nie odczepiła się nawet jak jej przywaliłam.
- W sensie klepnęłaś ją? - zaczął naśmiewać się Jo.
- Nie lekceważ jej. - rzucił jakiś chłopak mijając nas. Zauważyłam tatuaże na jego szyi i...
- Denis? - odwrócił się na moje słowa z szerokim uśmiechem.
- Cześć, Rose. Wiesz, że nieładnie odchodzić bez pożegnania?
- Bardzo śmieszne. Co ty tu robisz?
- Mazur zaproponował mi załatwienie pewnej sprawy, za niezłą kasę. - puścił mi oczko.
- A prze okazji miałeś mnie sprawdzić.
- To nie było pytanie. Skąd to wiesz? - zaciekawił się.
- Znam Staruszka lepiej niż myślisz. - uśmiechnęłam się chytrze.
- Chwila. Dopiero teraz odkryłem drugie dno tego słowa. - zaczął niepewnie Denis. - Nie chcesz mi powiedzieć, że...
- Abe Mazur jest moim ojcem. - przerwałam mu. Wytrzeszczył oczy, a jego szczęka mało nie uderzyła o podłogę.
- Jesteś Zmey Junior?*
- Coś w ten deseń. - telefon w mojej kieszeni zaczął wibrować. Spojrzałam na wyświetlacz. Abe. Po co on do mnie dzwoni? Odebrałam.
- Tak, Staruszku?
- Powiedz temu idiocie, że jest najgorszym tajnym agentem w dziejach ludzkości.
- Przekaże.
- Miło robić z tobą interesy, Rose. - rozłączył się. Trzy pary oczu wpatrywały się we mnie żądając wyjaśnień.
- Denis, ciebie też ktoś szpieguje.
- Że niby co?
- Mam cię poinformować, że cytuje: "Jesteś najgorszym tajnym agentem w dziejach ludzkości."
- Kurcze muszę was przeprosić. Chyba mam nieźle przerąbane. Rose przekaż ojczulkowi żeby mnie nie mordował. - powiedział Rosjanin i wybiegł z sali. Josh i Lissa dalej wpatrywali się we mnie
- No to teraz nam pięknie wszystko wyjaśnisz.
------------------
* W tłumaczeniu oficjalnym jest "Żmija Juniorka", w nieoficjalnym (pdf) "Zmey Junior". Osobiście wole drugą wersje.
Komy mile widziane!
Autorka
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Zapoznanie
Dzieję się to gdzieś w trakcie pobytu Rose i Dymitra w Baia w "Homecoming". *** Zwykłe, spokojne przedpołudnie w domu Beliko...
-
- To na pewno dobry pomysł? - siedzieliśmy w gabinecie królowej, czekając aż samolot będzie gotowy do startu. - Christian gadasz o tym od g...
-
- No do cholery jasnej! - krzyknęła Tasza. - Od kiedy to dampiry stoją wyżej od nas w hierarchii! Christian. - złożyła ręce w proszącym geśc...