środa, 8 sierpnia 2018

Co by było, gdyby...? - 1.3

- No do cholery jasnej! - krzyknęła Tasza. - Od kiedy to dampiry stoją wyżej od nas w hierarchii! Christian. - złożyła ręce w proszącym geście i wlepiła wzrok w bratanka. - To odbije się także na tobie. Kolejne oskarżenie skierowane na naszą rodzinę.
- Bo najwyraźniej jest z nami coś nie tak! - odparował chłopak. - I jeśli to objawia się z wiekiem, to chyba zacznę się modlić, żeby tego nie dożyć!
Zaczął nerwowo chodzić po sali, a jego ciotka wyglądała, jakby jej porządnie przyłożył.
- Christian... ale tu nie o to chodzi.
- Tak? - zapytał ze zbolałą, lekko drwiącą miną. - To niby o co?
Tasza przetarła twarz dłonią, ale to ja odpowiedziałam.
- O złamane serce.


***

- Słucham? - spytał moroj.

Tasza spojrzała na mnie z nienawiścią.
- I jaki w ogóle ma z tym związek Rose? - kontynuował chłopak. - To ona ci je złamała?
- Omamiła i odebrała mi faceta, którego kochałam.
Christian prychnął.
- Kogo mogła ci odbić, żeby nie był przynajmniej dziesięć lat młodszy od ciebie albo tyle samo od niej starszy?
Tasza już otwierała usta, ale w ostatniej chwili powstrzymała się od odpowiedzi. Spojrzała na mnie. Coś w jej twarzy się zmieniło. Jakby sobie uświadomiła, że tym wszystkim może jeszcze bardziej wkopać Dymitra. Pokręciła głową.
- Nie jesteś tego warta.
Podtrzymałam jej spojrzenie. Nikt się nie odzywał przez dłuższą chwilę. Napięcie między nami było prawie namacalne, dopóki Stan nie odchrząkną.
- Cieszę się, że doszłyście do jakiegoś porozumienia. Mam również nadzieje, że to już koniec z rękoczynami. Rose, jeśli będziesz chciała wnieść jakiekolwiek oskarżenie, to wiedz, że powiem, jak było.
Prawie otworzyłam usta ze zdziwienia.
- Pierwszy raz w życiu stajesz po mojej stronie. Wow.
- Nie przeginaj. - wytknął mnie palcem, po czym odwrócił się i ruszył do wyjścia.
W jego ślady poszła Tasza.
- Nie wniosę, żadnego oskarżenia. - zawołam za nimi.
Oboje zatrzymali się i odwrócili w moją stronę.
- Nie trzeba tego załatwiać w ten sposób.
Przez chwilę cała czwórka po prostu wpatrywał się we mnie.
- Jesteś pewna, Rose? - zaczął Mason, spoglądając z ukosa na Taszę. - Może...
- Nie, Mase. - przerwałam mu. - To sprawa między nami dwiema. A poza tym Ozera nie powinien kolejny raz odpowiadać za czyny swojej rodziny.
Moroj odzyskał już rezon i parsknął śmiechem.
- Myślałem, że mnie nie lubisz.
- Oh, ty też nie pałasz do mnie sympatią, ale dzisiaj mnie broniłeś. -wzruszyłam ramionami. - Możesz to uznać za spłatę długu.
Odwróciłam od niego wzrok i przeniosłam go na morojkę.
- Taszo... następnym razem, może po prostu porozmawiaj z tym, o kogo chodzi. Ta cała sytuacja tutaj, nic ci nie dała.
- Nie próbuj mnie pouczać. - syknęła, chociaż w jej oczach nie było już tej wcześniejszej wściekłości. - Nigdy.
Stan znowu spojrzał na nas zaniepokojony, nie wiedząc, czy znowu nie rzucimy się sobie do gardeł.
Jednak Tasza tylko kiwnęła głową i po kolejnej pełnej napięcia chwili opuściła salę. Odetchnęłam z ulgą.
- Jestem pod wrażeniem Hathaway. - odparł Alto i również wyszedł, zostawiając naszą trójkę samą.

***
Dymitr

Ellen stała przy biurku opierając się o niego rękami. Podniosła na mnie wzrok, gdy wszedłem i wytknęła mnie palcem.
- W tym momencie powinnam wywalić was oboje!
- Pani Dyrektor...
- Milcz, Belikow. Milcz i daj mi pomyśleć.
Usiadła ciężko na krześle i obróciła się powoli dookoła.
Raz, a potem drugi i trzeci.
Powoli zaczynało mnie to niepokoić.
W końcu zatrzymała się z twarzą zwróconą w moją stronę. Jej ręce spoczywały na oparciach krzesła. Twarz miała spokojną, lecz wiedziałem, że bije się z myślami.
Przez to, że w połowie dalej byłem z Rose na sali - choć tego nie okazłem - zaskoczyła mnie, gdy podniosła się gwałtownie i trzasnęła pięścią w biurko.
- Cholera, Belikow! Wielu rzeczy spodziewałabym się po różnych osobach, ale nie tego i nie po tobie! Wiem, że jesteś młody, wiem, że Hathaway ma taką, a nie inną reputację, ale jest do cholery twoją uczennicą! Jest niepełnoletnia! Gdzie się podziała twoja odpowiedzialność? Czy wiesz, że powinnam teraz po prostu donieść na ciebie? I że skończyłbyś przed sądem?
- Nic między nami się nie zdarzyło. Nie w ten sposób.
- Sugerujesz, że przed tobą nie była tak chętna do rozkładania nóg, jak przed innymi?
- Pani Dyrektor. - odparłem ostro.
Nie mogła tak po prostu oczerniać Rose.
- Co, Belikow? Zaprzeczasz, że robi to przed każdym, kto ma na to ochotę?
- Nic pani o niej nie wie. - syknąłem przez zaciśnięte zęby.
- Naprawdę? Jest tu od czwartego roku życia, a ty znasz ją zaledwie kilka miesięcy. Myślisz, że naprawdę wiesz o niej wszystko?
- Wiem, co pani sugeruje. I skoro dzieje się tak, a nie inaczej od długiego czasu, to czemu szkoła nic z tym nie robi?
- Robimy wszystko, co możemy.
- Z tego, co pani powiedziała, wynika zupełnie co innego.
- To nastolatki.
- No właśnie.
- Zawsze znajdą sposób, by robić to, czego nie powinni.
- Czyli przyznaje pani, że nie radzi sobie z tym, co się dzieje w pani szkole?
Szach mat.
- Za kogo ty się masz Belikow? - prychnęła morojka.- Masz reputację, ale kto tak naprawdę wie, co robisz, gdy nikt nie patrzy.
Zamiast się z nią kłócić, po prostu podtrzymałem jej spojrzenie. Miałem nadzieję, że to powiedziało jej wystarczająco. Po kilku pełnych napięcia chwilach przymknęła na oczy i zapytała o coś, czego się nie spodziewałem.
- Odkładając na bok wszelką moralność. Hathaway? Naprawdę?
Przecież widziała to na własne oczy.
- Co mam pani powiedzieć? - odpowiedziałem jedyny sposób, jaki przyszedł mi do głowy, wiedząc, że na to czekała i wzruszyłem ramionami.
Nie zamierzałem tłumaczyć się jej z moich uczuć.
Rose zdenerwowałoby, że odpowiedziałem pytaniem na pytanie, ale Ellen w ogóle nie zwróciła na to uwagi.
Machnęła tylko ręką i jęknęła.
- Zawsze miałam cię za porządnego człowieka, Belikow. Chciałbym wierzyć, że naprawdę nim jesteś. I, że to po prostu Hathaway ze swoim dziwnym sposobem bycia jakoś cię omamiła.
Ponownie zaczęła się kręcić na krześle. Raz w jedną, raz w drugą stronę.
Denerwowałem się coraz bardziej, bo cały czas nie powiedziała nic o tym, co zamierza zrobić z tą sytuacją. Bałem się także o Rose, o to, co w tym momencie może się z nią dziać.
Co, jeśli Ellen kazała komuś wyrzucić ją i wywieźć, póki ja jestem tutaj i nie mam możliwości reakcji? Póki nic nie podejrzewam?
"Uspokój się, Belikow." Gdzieś tam odezwała się moja racjonalna, strażnicza strona.
Nie mogłaby tego zrobić, bez konkretnego uzasadnienia. A to, że dalej tam stałem, znaczyło, że jeszcze nie podjęła decyzji. Zresztą jak wyjaśniłaby wyrzucenie Rose? Co napisałaby w papierach? Jej zachowanie ostatnio bardzo się poprawiło i zwalenie tego na nie, byłoby zwykłym oszczerstwem.
Moje myśli gnały jak szalone, to w jedną, to w drugą stronę. Starałem się uspokoić, ale nie umiałem. Miałem świadomość tego, że to wszystko jest moją winą i uświadomiłem sobie, że chyba naprawdę kocham tę dziewczynę. Nie wiedziałem, dlaczego akurat ona tak bardzo namieszała w moim życiu. Dlaczego zależało mi na niej bardziej niż na kimkolwiek wcześniej? Nie wiedziałem, dlaczego akurat przy niej tak się czułem, ale wiedziałem, już wtedy wiedziałem, że wezmę na siebie wszelkie konsekwencje, jakie to ze sobą poniesie.
Byłem tak bardzo pochłonięty myśleniem o tym wszystkim, że prawie podskoczyłem na głos dyrektorki.
- W obecnej sytuacji nie mogę sobie pozwolić na utratę żadnego strażnika, szczególne tak utalentowanego.
Zrobiła chwilową pauzę. Cały czas była obrócona do mnie plecami.
- Ale nie mam najmniejszych oporów, żeby wyrzuć Hathaway i to nawet w tej chwili. Skończyłaby się większość moich problemów i miałabym wreszcie święty spokój - odetchnęła melancholijnie. - Jednak wiem też, że nie uniknęłabym konsekwencji. Znając ciebie Belikow, to jak od początku ci na niej zależało i to, co dzisiaj widziałam, podejrzewam, że na pewno starałbyś się do tego nie dopuścić - i nawet nie chce wiedzieć jakimi względami kierowałbyś się tym razem - a już na pewno nie zostawiłbyś jej samej sobie. Albo załatwiłbyś jej naukę gdzie indziej, albo nawet odszedł z nią. W pierwszej sytuacji byłoby to bez sensu. Problem zostałby tylko przekazany w inne ręce, a mnie mogliby kiedyś pociągnąć do odpowiedzialności, za zatajenie prawdziwego powodu jej wydalenia i dodatkowo zostawienie ciebie na stanowisku. Do drugiej dopuścić nie mogę.
Westchnęła kolejny raz.
- Hathaway może zostać, ale proszę być świadomym strażniku Belikow, że tego nie zostawię. Zwołam zebranie i niech rada szkoły i strażnicy podejmą decyzję, co z nią zrobić po kolejnym poważnym wybryku. Jeśli będzie pozytywna, Hathaway zostanie, jeśli negatywna wyleci stąd hukiem, z takimi papierami, że nic już jej nie pomoże, a pan, Belikow, jeśli zdecyduje się z nią odejść, również będzie skończony. Wtedy powiem, co tak naprawdę się zdarzyło. Romans nauczyciela z uczennicą nie zostanie szybko zapomniany w naszym świecie.
Cały czas będąc obrócona do mnie plecami, uciszyła mnie gestem, jakby podejrzewając, że chcę się odezwać.
- W obu przypadkach decyzje podejmiemy po powrocie z Idaho. Do tego czasu wszystkie wasze zajęcia są odwołane. Kontaktować możecie się jedynie na moje wyraźne polecenie. Każdy inny kontakt będzie łamaniem polecenia służbowego, a więc kolejną podstawą do zwolnienia dyscyplinarnego, a także dowodem przeciwko panu podczas ewentualnego procesu.
Czekałem w ciszy na to, co jeszcze ma do powiedzenia, ale ona tylko z powrotem opadła na krzesło i wymamrotała cicho, że mogę odejść.

***
Rose

Usłyszałam pukanie do drzwi. Rzuciłam na oparcie krzesła bluzę, którą właśnie składałam i z westchnieniem ruszyłam otworzyć.
Miałam nadzieję, że nie był to nikt z moich przyjaciół. Nie chciałam im się ze wszystkiego tłumaczyć. Szczególnie Masonowi, który będąc świadkiem tej kłótni, koniecznie chciał wiedzieć, czym była spowodowana. Wiedziałam, że teraz już nie wymigałabym się od tej rozmowy, tak jak udało mi się to wcześniej pod pretekstem "czegoś do zrobienia."
Jednak gdy otworzyłam drzwi, za nimi zobaczyłam Dymitra.
Mimo wszystko nie spodziewałam się go tu.
Odsunełam się wpuszczając go do środka.
- Właśnie łamię polecenie służbowe. - mruknął, mijając mnie.
Oparł się ramieniem o ścianę, na łączeniu krótkiego korytarzyka i pokoju.
- Słucham?
Przeszłam obok niego i usiadłam po turecku na łóżku naprzeciwko niego, opierając się o ścianę. Nie obchodziło
mnie za jak prowokujące czy dwuznacznie ktoś mógłby to wziąć. To nie był ten nastrój, nie ta sytuacja.
- Cóż, Kirowa zabroniła mi się z tobą kontaktować.
- Więc... właśnie narażasz mnie na wydalenie ze szkoły?
- Ja... - spiął się i zmieszał. - Nie, skąd.
- Spokojnie. - Uśmiechnęłam się. - To był żart. I nie powinieneś już przypadkiem spać?
- A ty?
Kochałam, gdy odpowiadał pytaniem na pytanie.
- Z tego, co powiedziałeś, wynika, że nasze treningi zostały odwołane, więc mam rano jakieś dwie godziny więcej spania. Nie odczuje tego.
- Jeszcze przed chwilą o tym nie wiedziałaś. - powiedział, podnosząc brew. - I nie wolałabyś się wyspać?
Wzruszyłam ramionami, będąc świadoma tego, że on i tak wiedział, że coś jest na rzeczy. Tylko tym razem, o dziwo nie próbował tego ze mnie wyciągnąć. Może mając na uwadze dzisiejszą sytuację. Może podejrzewając, że to właśnie wokół niej krążą moje myśli.
I jeśli tak, to miał rację.
Milczeliśmy przez dłuższy czas, gdy każdy z nas odpłynął we własne myśli i mimo lekkiego napięcia między nami, ta cisza była relaksująca.
To ja ją w końcu przerwałam.
- Co jeszcze mówiła Kirowa?
- Odłożyła jakiekolwiek decyzje na czas wyjazdu.
- Tylko tyle?
Dymitr westchnął i wcześniej skrzyżowane na piersi ręce, włożył ręce w kieszenie swojego prochowca.
- Powiedziała, że nie może stracić kogoś takiego jak ja i że po tej sytuacji ma wszystko, czego potrzebowała, żeby cię wyrzucić.
- Wreszcie będzie mieć ze mną spokój.
- Nic nie zostało jeszcze ostatecznie powiedziane, Rose.
- Jednak oboje doskonale wiemy, jak to się skończy. Prędzej czy później czegoś się uczepią i w efekcie i tak nie skończę szkoły.
- Skończysz ją. I zostaniesz wspaniałą strażniczką. Oni po prostu nie dostrzegają tego, jaka naprawdę jesteś.
Unikając jego wzroku, wstałam i podeszłam do krzesła. Zabrałam z jego oparcia bluzę, poskładałam ją i położyłam na wcześniej przygotowaną kupkę ubrań. Schowałam to wszystko do
walizki leżącej na drugim końcu pokoju. Cały czas czułam na sobie spojrzenie Dymitra.
- Mam nadzieję, że to tylko na wyjazd. - odezwał się.
- I tak i nie. Potem mogę na to nie mieć czasu.
- Roza.
Zignorowałam to, że zwrócił się do mnie rosyjską wersją mojego imienia, której tak rzadko używał i kontynuowałam, nie patrząc na niego.
- Jeśli mnie wywalą, ostatnie chwile będę chciała spędzić z przyjaciółmi. Nie wiadomo kiedy lub czy w ogóle ich jeszcze zobaczę.
- Nie możesz tak myśleć. - wtrącił zatroskany.
- Albo czy będą chcieli mieć ze mną cokolwiek wspólnego, po tym, gdzie trafię i kim się stanę.
- Gwarantuję ci, że tam nie trafisz. Nie pozwolę na to. - zapewnił. - To jedno mogę ci obiecać.
- Dymitr...
- Poza tym nie wszystkie komuny są pełne dziwek. - zaskoczyło mnie to słowo w jego ustach, rzadko słyszałam, żeby tak się wyrażał. - Oczywiście są w nich miejsca, gdzie takowe przyjmują swoich klientów, ale w większości mieszkają tam też normalni ludzie. Z rodzinami.
- Na przykład takie jak ta, w której się wychowałeś?
- Tak.
Uśmiechnęłam się, nie do końca wierząc w to, co już się wydarzyło i co jeszcze zdarzyć się może.
Odwróciłam się i złapałam jego spojrzenie.
- Cokolwiek się stanie, proszę, pamiętaj, że kiedyś w twoim życiu był taki ktoś jak ja.
- Oh, Roza. - mruknął, podszedł i przyciągnął mnie do siebie.
Z chęcią wtuliłam się w niego.
To dało mi ukojenie i pozwoliło odsunąć pędzące myśli. Zamiast się zamartwiać, skupiłam się na nim. Na tym, jak pachniał, na rytmie jego serca, sposobie, w jaki mnie obejmował i jak bawił się moimi włosami. Chciałam zapamiętać ja najwięcej z mężczyzny dla którego, choć może niezbyt długo, byłam tak naprawdę ważna. Któremu zależało na czymś więcej niż tylko na moim wyglądzie i na tym, żeby się ze mną przespać. Zależało mu na mnie, na mojej duszy jak żadnemu wcześniej. Prawdziwie coś do mnie czuł i doskonale rozumiał. To jak się troszczył, bronił mnie, wysłuchiwał i pomagał. Był we mnie zakochany tak jak ja w nim. I choć była to beznadziejna sytuacja, bo nigdy nie powinniśmy czuć nic do siebie, to jednak chciałam się tego trzymać, a jego następne słowa potwierdziły, że on także.
- Odejdę, jeśli będzie trzeba.
Odsunęłam się od niego zszokowana tym, co usłyszałam.
- Słucham?
- Nigdy nie czułem czegoś takiego i wątpię, że poczułbym to jeszcze kiedykolwiek, gdybym teraz z tego zrezygnował. Gdym zrezygnował z ciebie. Poza tym nie zostawię cię na pastwę losu.
- To szaleństwo, Dymitr.
- Może. Jednak warte tego, co mogę zyskać. I choć nie wiem, jak rozwinie się nasza relacja, to chcę spróbować. Drugiej szansy mogę nie mieć.
- Dymitr...
Nie byłam pewna tego wszystkiego. Nie wiedziałam, co jest słuszne, a co nie. Nie wiedziałam co robić.
- Rose?
- Tak? - odpowiedziałam, choć tak naprawdę nie do końca tam byłam.
- Wszystko, co tu usłyszałaś, co powiedziałem i moje uczucia... Nie chcę, żebyś z tego powodu czuła jakąś presję.
Że jak? Najpierw deklaruje swoje uczucia do mnie, mówi, że byłby w stanie zrezygnować dla mnie ze służby, ze swojej kariery. Chce mnie chronić przed wyrzuceniem, a teraz jeszcze martwi się o to, jak ja to przyjęłam? Boże... jakim cudem zasłużyłam sobie na takiego człowieka?
- Nie martw się. - odpowiedziałam. - Ja... też chcę, chciałabym, tego... tylko nie wiem, czy takim kosztem. Tyle pracy włożyłeś, tyle lat trenowałeś i chcesz to wszystko zaprzepaścić dla jakiegoś uczucia?
- Myślisz, że nie warto?
- W ilu związkach byłeś? Jak długo one trwały?
- Właśnie ze względu na tamte związki wiem, w co się pakuję. Wiem, jak różne było to, co czułem wtedy od tego, co czuję teraz.
- Nie chcę cię stracić. Zależy mi na tobie jak na nikim innym, ale nie mogę pozwolić ci zaprzepaścić swojej przyszłości. Dymitr, masz dopiero dwadzieścia cztery lata. Co z twoją przyszłością, jeśli teraz przekreślisz ją takim czymś?
- Co z moją przyszłością, jeśli zostanę i zaprzepaszczę szansę na szczęście? Mogę mieć pracę, mogę być szanowany, ale bez szczęścia, bez miłości, których się na ich rzecz wyrzeknę. Co mi z takiego życia? Wiecznej pracy po kres moich dni? Czy na tym ma polegać życie?
- Złożyłeś przysięgę.
- Tak, by chronić tych, którzy sami nie potrafią się bronić. Jednak czy mam to robić kosztem swojego życia i szczęścia?
Nie odpowiedziałam, więc kontynuował.
- Nie wyrzekam się tego, ale sprzeciwiam systemowi, który każe mi to robić na takich warunkach. Nie akceptuje ich. Nie teraz kiedy mam ciebie. Zostałbym, gdybym mógł. Jednak obowiązują nas pewne zasady i jeśli ceną za miłość jest porzucenie służby, to zrobię to bez mrugnięcia okiem.
- Co się zmieniło w tak krótkim czasie?
Miałam na myśli to, że niedawno jeszcze mnie unikał, mówił, że nie możemy być razem, a teraz jest gotów porzucić służbę dla nas, jeśli tylko się na to zgodzę?
Jednak on doskonale wiedział, o co pytam.
- W końcu coś zrozumiałem. Broniłem się przed tym ze względu na to, co nam wpajano. Oni są ważniejsi. Ale teraz nawet nie wiem dlaczego. Uczą nas tego od dziecka i myślą, że będziemy trzymać się tego do końca. Ale nie. Każdy z nas prędzej czy później przekona się, ile traci. Zrozumie, co w życiu jest naprawdę ważne i że przeżycie go w samotności nie ma najmniejszego sensu. Jedni się z tym pogodzą inni nie. Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy.
- A ponoć to ja jestem buntownikiem. - uśmiechnęłam się.
- On siedzi w każdym z nas. - wzruszył ramionami. - Ty jako jedna z niewielu nie dałaś go w sobie zagłuszyć. I nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek się to udało.
- Za to twój odzywa się po tych wszystkich latach.
Uśmiechnął się lekko.
- Kiedyś mogliśmy służyć, jednocześnie mając rodziny. Potem coś się posypało i to też z naszej winy. Złe decyzje doprowadziły do tego, że coraz mniej dampirów decydowało się na związki. I w końcu ktoś zdecydował o tym, że dadzą jasny wybór. Albo służba, albo miłość. I tak nie powinno być. Dalej powinniśmy mieć wybór, choć niesie on ze sobą ryzyko.
- Jeszcze nie tak dawno z głupotę i marnotrawstwo uważałam to, że strażniczka Badiców zamierza zrezygnować ze służby, by wyjść za mąż. Ale teraz chyba ją rozumiem. Romans romansem, ale poważny związek i stawianie miłości ponad morojów? To by nie przeszło.
Uśmiechnął się i widziałam to nieme pytanie w jego oczach. "Więc?"
Czy byłam gotowa wziąć naszą relację na poważnie? Czy byłam gotowa, by związać się z tym człowiekiem, rezygnując z opieki nad Lissą? Odrzucić wszystko, czego uczono mnie przez lata? Stanąć twarzą w twarz z przyszłością, której nigdy wcześniej nie brałam pod uwagę? Jeśli mnie wyrzucą większość z tych rzeczy i tak nie będzie mieć znaczenia, ale właśnie biorąc je pod uwagę, powinnam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Czy w imię miłości byłabym w stanie zrezygnować z tego wszystkiego?
Nie wiedziałam, co nas czeka. Nie wiedziałam, co się wydarzy. Ale patrząc w czekoladowe oczy Dymitra, byłam pewna, wiedziałam, że będzie dobrze.
- Nie wiem, co to znaczy na dłuższą metę, - zaczęłam - ale chcę spróbować.
- I to mi w zupełności wystarczy.
- Nie boisz się, że kiedyś coś może nie wyjść?
- Planujesz złamać mi serce?
- Teraz ci się na żarty zebrało?
- Jesteś warta tego ryzyka.
Uśmiech pojawił się również na moich ustach. Zrobiłam dwa kroki do przodu, położyłam dłonie na jego piersi i zanim jego usta dotknęły moich, wyszeptałam:
- Wchodzę w to.

--------------

Wszystkie komentarze i opinie, bardzo, bardzo mile widziane 😊


No i wreszcie doczekaliście się trzeciej części! (Nie, żeby druga była w październiku... ) Czy jest ona ostatnią? Nie wiem. Może tak, a może nie, wszystko zależy od tego, czy jeszcze kiedyś natchnie mnie wena, by napisać coś dalej.

Więc... do zobaczenia następnym razem! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zapoznanie

Dzieję się to gdzieś w trakcie pobytu Rose i Dymitra w Baia w "Homecoming". *** Zwykłe, spokojne przedpołudnie w domu Beliko...