niedziela, 15 listopada 2015

Rozdział 13

Postanowiliśmy wreszcie wybrać na jakąś imprezkę. I tak się stało, ale zamiast iść główną drogą poszliśmy skrótem. Przynajmniej tak twierdził Josh i wszystko było okej, dopóki nie stanęliśmy przed murem.
- Ostatnio go tu jeszcze nie było! - usprawiedliwił się chłopak.
- Miszcz zbrodni. - mruknęłam pod nosem.
- Hej! Nie zwalaj winy na mnie.
- To na kogo? Ty się upierałeś żeby tędy iść i zapewniałeś, że znasz drogę.
- No bo znam! - prawie pisnął.
- Zmień częstotliwość.
- Uspokoicie się wreszcie? - przerwała nam Lisa. - Wyrwaliśmy się żeby się zabawić. Zmądrzejcie trochę? Miło by było... - przerwała na nagle. Myślałam, że zdała sobie sprawę z tego co powiedziała.
- Oddajcie telefony i portfele. - Myliłam się. Jakieś dwie postacie zagrodziły nam droge. Ludzie na szczęście. Jeden trzymał w ręce scyzoryk. Nie wytrzymałam i zaczełam się śmiać. Otrzeźwiło to Josh'a, który wysunął się lekko do przodu, zasłaniając nas. Jeden z bandytów zrobił to samo. Nie. No nie mogę. Oni chcą się bić! Rozbawiło mnie to jeszcze bardziej.
- Rose o co chodzi? - zapytał zdezorientowany Josh.
- Ty chcesz...się z nim...bić? - spytałam przez śmiech.
- Tak. - odpowiedział pewnie chłopak.
- Powodzenia. Pewnie nieźle oberwiesz.
- To nie jest śmieszne. - odezwała się Lissa z pretensją w głosie. Uspokoiłam się trochę.
- Rose o co tu chodzi? Znasz ich?
- Nie, ale zapowiada się niezłe widowisko.
- Oddawać portfele albo... - powiedział ten bez "broni".
- Albo co? - wtrącił się Jo.
- Skończ z tym młody. - Gościu złożył scyzoryk, schował go do kieszeni i zrobił kilka kroków w przód wymierzając cios. Czarny* momentalnie wylądował na ziemi. Tamten przywalił mu w twarz parę razy. Stwierdziłam, że pora wkroczyć do akcji. Odepchnęłam napastnika i pomogłam wstać Josh-fierze.
- Rose, odsuń się. - Wyciągnęłam z kieszeni jeansów portfel oraz telefon i podałam mu.
- Trzymaj. - Stanęłam na przeciwko napastnika, który zaczął się śmiać.
- Dziewczyna? Greg ona chce się ze mną bić. - oboje wybuchli śmiechem.
- Rose co ty... - zaczął poturbowany Jo.
- Boisz się, że przegrasz młody? - powiedziałam i zaatakowałam go. Zupełne się tego nie spodziewał. Próbował mnie trafić pera razy, ale chybił. Za to ja trafiłam go kilkakrotnie. W końcu pchnęłam go na ścianę i chyba go nieźle zamroczyło. Ten drugi podbiegł do niego.
- Gally? Co z tobą? - zapytał i pomógł tamtemu wstać. Rzuciłam się teraz na Grega. I złamałam mu nos. Oboje zaczęli uciekać. Podeszłam do niego Josh'a.
- Wszystko dobrze? - spytałam.
- Jak ty to zrobiłaś do cholery?! - miał tak komiczną minę, aż żałowałam, że nie wzięłam aparatu.
- Choć wracamy. W takim stanie nigdzie nie pójdziesz.
- Ale Rose...
- Idziemy Josh. - poparła mnie Lissa, choć nie była zadowolona z rozwoju sytuacji.
- I nie gadamy o tym. - dodałam.
- Rose, powiedz mi jak to zrobiłaś. - Joshua zaciął się jak katarynka i gadał tak przez całą drogę do Lehigh. Weszliśmy do budynku, gdzie sie rozdzieliliśmy. Królowa wróciła do pokoju, a my skierowaliśmy się po pierwszą pomoc. Zapukałam.
- Proszę. - odezwał się kobiecy głos. Weszłam do środka wciągając za sobą Josh'a i moim oczom ukazała się ok.35 letnia morojka.
- Co was do mnie sprowadza? - spytała. Pokazałam na ofiare tej nocy. Chłopak miał rozcięty łuk brwiowy i trochę zaczerwienioną twarz.
- Napadli na nas na ulicy. - powiedziałam.
- Choć tu chłopcze. - nakazała.
- Pani tego nie widziała ona rozłożyła ich na łopatki! - powiedział chłopak, nadal przejęty. Pielęgniarka przemyła mu brew wodą utlenioną, na co trochę się skrzywił i zakleiła mu rozcięcie.
- Nie dziwie się. - powiedziała i puściła do mnie oczko. Podała Josh'owi jakieś pudełeczko - Masz posmaruj mocno twarz, nie będziesz miał takich siniaków. Jak się nazywasz?
- Joshua Vetz. - podał jej nazwisko, a ona wpisała coś w jego kartę.
- Dobrze możecie iść. - powiedziała kobieta.
- A co z Rose? - spytał Jo.
- Z nią wszystko dobrze, nie wygląda żeby oberwała. Czekaj. Rose? - spytała kobieta. - Rosemarie Hathaway?
- We własnej osobie. - uśmiechnęłam się do niej. - Do widzenia. - Powiedziałam i wyszliśmy z gabinetu.
- Rose o co jej chodziło? Oczy miała ja krążki do hokeja**. - akurat w tym momencie przeszedł koło nas strażnik i kiwnął mi głową. Naszczęście Josh tego nie zauważył. - Rose? Wyjaśnisz mi to?
- Nie mogę Jo.
- Dlaczego? - nie dawał za wygraną.
- Żyjemy w dwóch różnych światach. Do zobaczenia jutro. - powiedziałam i skręciłam w stronę swojego dortium. W pokoju jeszcze zarobiłam ochrzan o Lissy. Usprawiedliwiłam się tym, że przecież Josh jest dorosły i wie co robił. W odpowiedzi, przyjaciółka tylko westchnęła teatralnie i zmieniła temat. Na to jak mało wiemy i ile jeszcze musimy się nauczyć.
A zapowiadał się taki miły wieczór.
Boże, ratuj!

***

Dwa tygodnie nauki. Z jednej strony totalne nudy i męczarnia, z drugiej odpoczynek od "prawdziwego" życia. Strojów służbowych...
- Glynn! Hathaway! Wystąp!
Tak, a oto właśnie nasz cudowny trener. Emerytowany wojskowy, trzyma dyscyplinę i co najważniejsze nie znosi sprzeciwu. Oboje zrobiliśmy krok do przodu. Chłopak chyba był nowy bo wcześniej go nie widziałam.
- Nazwisko i wiek, Glynn. Ale już!
- Her...Hy...Ki... - próbował się wyjąkać. Okulary przekrzywiły mu się na nosie. - Dzie... - mało nie szczękał zębami.
- Evans, chodź tu! - generał krzyknął do Daniela, który rozciągał się na bieżni.
- Tak, trenerze?
- Wytłumacz mi w swojej łaskawości, kto to do cholery jest. - wskazał na Glynn'a, a ten od razu spuścił wzrok.
- Sam się zgłosił. Kazał pan brać wszystkich. - usprawiedliwił się dampir.
- Weź się nie kompromituj, Dan.
- Czy ktoś pozwolił ci się odzywać, Hathaway? - posłał mi groźne spojrzenie, podtrzymałam jego wzrok.
- Z tego co wiem, to żyjemy w wolnym kraju.
- Zaraz ci pokarze, wolny kraj! 10 kółek dookoła boiska! - Obrócił się i chciał iść, lecz ja nie mogłam dać za wygraną.
- A jak nie? - zatrzymał się i obrócił z złośliwym uśmieszkiem.
- Błąd. Za nieposłuszeństwo jednego płaci cała grupa. Wszyscy 10 kółek! - na grupowe protesty nie trzeba było długo czekać. - Cisza! A ty zrobisz 50 pompek i dopiero dołączysz do reszty.
- Na jednej ręce? - zasugerowałam.
- Evans, zabierz ją z tond i dopilnuj żeby zrobiła o ma zrobić.
- Jest pan pewien, że nie chce tego widzieć?
- Dobra. - uśmiechnął się szyderczo - Ty bierz sierotę, ja przypilnuje Hathaway. A wy co się gapicie?! - zwrócił się do reszty grupy - Do roboty już!
Cała grupa przeszła na bieżnie i posłusznie zabrała się do robienia karnych kółek. Dzisiaj mieliśmy pierwszy raz się ścigać, wiec trochę ich rozumiem, ale tylko trochę. W końcu przyszli tu głownie po to żeby biegać, jak się nie podoba to mają problem. Josh oczywiście nie pojawił się na treningu, ale Lissa postanowiła się rano przewietrzyć. I skończyło się na tym, że mam na głowę trening, gościa z wojska i królową do pilnowania w jednej chwili... Gdyby gościu trochę zluzował porty, byłaby jedna rzecz mniej, ale w sumie to dla mnie dobry trening i...
- Stawiam stówę, że nie dociągniesz do 20. - trener wyciągną do mnie rękę. Z początku myślałam, że to żart, ale jego mina nie wskazywała na to.
- Możesz szykować portfel żołnierzyku. - rzuciłam schodząc do parteru.
- Hathaway nie jesteśmy na "T", więc...
- Pan się lepiej zamknie i zacznie liczyć.
- Pomóc? - zaoferował Daniel i nie czekając na odpowiedź zaczął odliczać. - 5, 6, 7...
Co do mnie, to nigdy nie zapomnę miny trenera gdy, Danny doliczył do 51, a ja podniosłam się z ziemi.
- Nie myślałam, że masz tak dobrą kondycje. - powiedział z aprobatą w głosie. - Zwracam honor.
- Też uwielbiam robić z panem interesy.
- Choć Hathaway, trzeba pokazać im co to są prawdziwe wyścigi. - Evans pociągną mnie za rękę i miał racje. Prześcignęłam nie jednego chłopaka, podobnie jak on. Większość była w szoku, bo "W liceum to ja byłem najlepszy." No, cóż za dużo kolegów to tu może nie będziemy mieć, ale przynajmniej dobra zabawa się szykuje. Ostatnie pięć minut treningu było przeznaczone na wybranie najlepszego.
- Na starcie Daniel Evans i Rosemarie Hathaway. Kto wygra? Kto okaże się najlepszy? Kto zbierze laury? Widownia szaleje. Prosze państa co tu się dzieje. Gdyby państwo to widzieli! - Dann naśladował głos prezentera sportowego z telewizji i wbrew pozorom nawet dobrze mu to wychodziło.
- Na miejsca. Gotowi. Puf! - Jim wystrzelił z pistoletu.
- Nie masz powodu do dumy, Evans. Schrzaniłeś. - podsumował trener sprawdzając nasze czasy. - Pokonała cie dziewczyna. Nie dobrze z tobą.
- Jestem załamany! Yhm-yhm-yhm. - udając płacz Daniel oddalił się biegiem (Taka biegnąca Mariolka. Jeśli wiecie o czym mówię.) i usiadł koło Lissy na trybunach. Uśmiechnęłam się pod nosem i także ruszyłam w ich stronę. Trener zrównał się ze mną.
- W wojsku by cie trochę utemperowali.
- Nie sądzę.
- Nie doceniasz nas.
- Gdzie pan tak dokładnie służył? - zapytałam, odchodząc od tematu mojej dyscypliny i charakteru.
- W US Army*** jeśli o to chodzi. Byłem oficerem. Stopień chyba ci nic nie powie.
- Niestety, aż tak dobrze się nie znam.
- W każdym razie - podał mi wizytówkę. - gdy coś poszło nie tak. Czy szukała byś dobrej kryjówki na dłuższy czas lub chciała byś po prostu, przysłużyć się ojczyźnie to dzwoń.
- Zapamiętam.
- Mamy w Anglii jednostke szkolącą młodych do misji specjalnych...
- Wojskowych od brudnej roboty ja mniemam.
- Coś w ten deseń. - posłał mi ciepły uśmiech i dało się zobaczyć, że pod maską wiernego żołnierza kryje się coś więcej. Człowiek, który nie jedno widział w swoim życiu. Człowiek z życiowymi historiami potrafiącymi zainteresować każdego. Tak właśnie wyobrażam sobie dziadka. - Wiesz, przypominasz mi córkę. Też była taka wygadana i nikogo nie słuchała.
- Była? - zignorował moje pytanie i zagwizdał na palcach przywołując resztę grupy do siebie.
- No to wieczorem punktualnie macie się tu stawić. - odpowiedziały mu twierdzące pomruki.
- Choć, Hathaway. Bo się na wykłady spóźnicie. - pociągną mnie za rękę.
- A i przekażcie temu Vitovi, że chce go tu widzieć bo inaczej wylatuje! - zawołał za nami trener.
- Vetz.
- Co? - spytał zdezorientowany oficer.
- Nazywa się Vetz, nie Vit.
- Hathaway...
- Do widzenia! - odpowiedział za mnie Danny.- Kto pierwszy dogoni Lisse, wygrywa. - puścił się biegiem w stronę królowej.
- Hej! Stój oszuście!
------------------
* Z dedykacją dla nowej pani z geografii, która tak właśnie zwróciła się do chłopaka z mojej kasy. Oczywiście chodziło o kolor włosów.

** Chodzi o wielkość, nie kolor.

*** Amerykańskie wojsko dzieli się na:
- US Army
- US Marines
i
- US Air Force
Więcej o tym na Wikipedii.

 

Cześć moi drodzy! Wiem, że dawno nie było rozdziału..., ale:

1. Nauka. Dzień w dzień jakiś sprawdzian lub kartkówka, do tego zadania od groma. I po prostu nie mam tak dużo czasu na pisanie rozdziałów jak w zeszłym roku(szkolnym) Mam nadzieje, że zrozumiecie.

2. Rozdział jest dłuższy!

Mam nadzieje, że się podoba i ktoś to skomentuje. :D

Za wszystkie błędy bardzo przepraszam!

Autorka

Zapoznanie

Dzieję się to gdzieś w trakcie pobytu Rose i Dymitra w Baia w "Homecoming". *** Zwykłe, spokojne przedpołudnie w domu Beliko...