sobota, 26 grudnia 2015

Rozdział 14

- Wygrałem! - dampir wyszczerzył się, teatralnie dotykając ramienia Lissy.
- Oszukiwałeś.
- Wcale nie.
- Wcale tak.
- Wcale nie.
- Jak dzieci. - skwitowała królowa.
- Gorzej. - dorzucił Adrian zaciągając się papierosem.
- Nie macie prawa głosu. - zwróciłam się do nich po czym wróciłam do kłótni z Danielem. - Wcale tak.
- A właśnie, że nie. Nie wmówisz mi...
- Chcesz się założyć?
- Z tobą? Nigdy.
- Cykasz się.
- Skąd.
- W innym wypadku byś nie odmówił.
- Nie ufam ci Hathaway.
- Tylko o to chodzi?
- Tak.
- Haha mówiłam! Przyznałeś się!
- Wcale nie! Ja... Hathaway do cholery. Przysięgam, kiedyś skopie ci tyłek.
- Możesz próbować. Nie przejdziesz nawet przez moją obronę.
- Kiedyś nie byłaś taka wyszczekana.
- O naprawdę?
- Pamiętasz tą imprezę w piątej klasie? I szklankę z ponczem na twojej bluzce? Odwróciłaś się bez słowa i wyszłaś.
- Nie przywaliłam ci? - spytałam marszcząc brwi i dokładnie przypominając sobie tamten wieczór. - Trzeba to nadrobić.
- Chyba nie zamierzasz zrobić tego tu. - powiedział Evans cofając się powoli do tyłu. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. - Tak przy wszystkich.
- Dobra. 5...4 - przy trzech wziął nogi za pas. Ruszyłam za nim wymijając po kolei ludzi zmierzających na kolejne wykłady. W pewnym momencie Daniel wpadł na kogoś i wytrącając mu książki. Myślał, że mnie to mnie spowolni. Niestety nie udało mu się. Przeskoczyłam nad chłopakiem w chwili gdy schylił się by podnieść książki i kontynuowałam dalej swój pościg. W końcu zgubiłam go na jednym ze szkolnych korytarzy. Jedno posunięcie mu się udało, ale na tym koniec. Wygrał bite, przegra wojnę. Może miał przewagę, bo znał uniwersytet lepiej niż ja, ale nie myślał. Kierunek w którym się udał był oczywisty. Gdzie jest wystarczająco dużo miejsca i prawie wcale ludzi? Sala gimnastyczna. Wybrałam okrężną trasę przez dziedziniec. Po drodze zakosiłam jeszcze oszczep ze stojaka. Tak jak się spodziewałam Dan stał na środku sali, obrócony w kierunku drugiego wejścia. Punkt dla mnie. Podeszłam do niego jak najciszej się dało. Zanim się zorientował przyłożyłam mu metalowy koniec do pleców.
- Ręce do góry. Jeden mój ruch i ostrze przebije ci serce.
- Proszę nie zabijaj mnie! - nawet znajdując się krok od śmierci potrafi żartować. Zrobił kilka kroków do przodu, dzięki czemu znalazł się poza moim zasięgiem.
- Rose... - zaczął niepewnie i wykorzystując moją chwilową dekoncentracje wytrącił mi oszczep z rąk.
Przegiąłeś koleżko.
Gorzko tego pożałujesz.
Oj, pożałujesz.

Lissa

- Szlak. Widziałaś to? - zwrócił się do mnie Adrian, w jego oczach czaił się niepokój.
- Co?
- Aurę Rose. - moroj rzucił ma ziemię niedopałek i przydeptał go butem.
- Nie. Coś się...
- Choć, mam złe przeczucia. - przerwał mi i ruszył w stronę uniwersytetu. Ruszyłam za nim ufając, że wie co robi. Weszliśmy do budynku po czterech kamiennych schodkach. Mimo, że dzień jest pochmurny, choć w gruncie rzeczy dość ciepły, ulżyło mi gdy schroniłam się pod dachem. Siedzenie z Rose na treningu nie było do końca dobrym pomysłem. Jutro wybieram bibliotekę. Głos Adriana przywrócił mnie do rzeczywistości i niepokoju o przyjaciółkę. - Wszystko jest powiązane. Ułożone w precyzyjny plan. Był gotowy na każde nasze posunięcie. Czekał tak długo, żeby wszystko było perfekcyjnie łatwe.
- O czym ty gadasz? Kto czekał? Na co? Jaki plan?
- Po prostu mi zaufaj, królowo. - westchnął głęboko. - Dwie rzeczy. Macie tu coś, jakieś pomieszczenie, dość duże i przestronne, gdzie nie ma za dużo ludzi? - teraz to już gadał bez ładu i składu.
- Stołówka?
- Nie za dużo przeszkód. Teren na zewnątrz odpada, za dużo świadków nawet na koleżeńską walkę.
- Sala gimnastyczna? - zasugerowałam delikatnie.
- Że też na to nie wpadłem. Co się do cholery ze mną dzieje? - cały czas nie przerywaliśmy marszu.
- Nie mam pojęcia też przed chwilą odpłynęłam.
- Trzeba coś z tym zrobić, ale to później. Jak tam dotrzeć? Najkrótszą możliwą drogą.
- Trzeba dojść do stołówki. To centrum tej szkoły.
- A potem? - w głosie było słychać lekkie zdenerwowanie.
- W prawo, dwa razy w lewo i schodami pożarowymi na dół. - Josh zjawił się... Albo zniknął. Szerze to już nie wiem, bo nagle znalazłam się sama na korytarzu, a zaraz potem stałam już w sali sądowej.
- Nie masz prawa za mnie decydować!!! - oczy Rose były czarne od gniewu. Nic nie mogło wywołać takiego efektu. Nic oprócz ducha. Do dwójki strażników, którzy ją trzymali dołączyło jeszcze dwóch. Kolejnych czterech trzymało Dymitra. Michanił, Eddie, Daniel, bracia Rose, Wiktoria, Adrian, Janin, Christian i Hans mieli po dwóch strażników. Członkowie rodzin królewskich, którzy przyjechali na święta zgodzili się użyczyć swoich strażników na czas wydania wyroku.
- Rosemarie Hathaway. Na mocy nadanego mi prawa skazuje cię na 10 lat w Tarasov. - Zamieszanie jakie wybuchło na sali było nie do opisania.
- Potrzebna pomoc! - Strażnicy robili co mogli żeby opanować sytuacje. Krótkofalówki cały czas były w użyciu. - Tu Stewens. Potrzebu... - W tym momencie drzwi wyleciały z zawiasów. Moc ładunku wybuchowego odrzuciła mnie do tyłu. Ciemność.

------------------
Za wszystkie błędy, niedociągnięcia i co tam jeszcze wam nie podchodzi bardzo przepraszam!

Autorka

Zapoznanie

Dzieję się to gdzieś w trakcie pobytu Rose i Dymitra w Baia w "Homecoming". *** Zwykłe, spokojne przedpołudnie w domu Beliko...