- Castile próbujesz się włamać?
- Mi też miło cię widzieć Hathaway. - Odpowiedział z uśmiechem.
Chciałam do niego podejść, ale ruch za jego plecami zwrócił moją uwagę. Stało tam dwóch chłopaków obserwujących naszą wymianę zdań. Jednym z nich był Josh, drugiego nie znałam, ale coś w jego wyglądzie szczególnie mnie zaciekawiło, wyminęłam Eddiego i zamarłam. Wmurowało mnie w ziemie i zaparło dech w piersiach. Słyszałam kiedyś, że na świecie jest kilka osób, które wyglądają tak samo, ale w to nie wierzyłam. A nawet jeśli to nie przypuszczałam, że kiedykolwiek stanę w twarz z ludzką kopią mojego przyjaciela.
- Cześć. Jestem Alex. - zaczął niepewnie - Możecie mi wyjaśnić o co chodzi? Eddie jak mnie zobaczył zareagował tak samo.
Otrząsnęłam się dopiero po chwili.
- Chodźcie.
Otworzyłam drzwi do pokoju i wpuściłam ich do środka. Udałam się do szafy i z walizki wyciągnęłam zdjęcie zrobione jeszcze przed ucieczką z akademii. Przedstawiało mnie, Eddie'go i Masona na dziedzińcu szkolnym. Podałam je rudzielcowi.
- To wygląda jak bym tam stał. - odparł trochę zdezorientowany.
- To był nasz przyjaciel. - powiedział Eddie. W jego głosie dało się słyszeć nutkę smutku.
- "Był?" - podłapał Josh.
- Nie żyje.
Oboje tylko wpatrywali się w nas, przez dłuższy czas nic nie mówiąc. Cisze przerwał dzwonek telefonu.
- Przepraszam, to moja siostra. - usprawiedliwił się, Alex. - Musze odebrać.
- Zgadamy się później. - Josh uśmiechnął się pocieszająco i opuścił pokój za przyjacielem.
- Gdzie Lissa? - spytał Eddie zmieniając temat.
- Szczerze to nie mam pojęcia. - sięgnęłam po komórkę, która dalej leżała na stole.
- Jak to? Puściłaś ją tak samą?
- Spokojnie nic jej nie będzie. - wybrałam numer Lissy i przyłożyłam telefon do ucha. - Ma dobrą ochronę.
- Rose, obudziłaś się nareszcie! Zaraz tam będziemy, nie ruszaj się nigdzie. - Dragomirówna wyrzucała słowa z prędkością piły mechanicznej i niemal natychmiast się rozłączyła.
- Zaraz tu będą, a ty teraz mi powiedz jakim cudem się tu znalazłeś.
- Rada stwierdziła, że ty jedna do ochrony królowej to trochę za mało.
- Wezwali cię na rozmowę?
- Tak, w sumie to na cała ich naradę. Przestudiowali od A do Z twój życiorys.
- Musieli mieć niezłą zabawę.
- Zależy pod jakim kątem na to patrzeć, bo mogę cię zapewnić, że do śmiechu im nie było. Co najmniej połowa chciała cię odsunąć od Lissy jak najdalej się da, reszta zarzuciła im kwestionowanie decyzji królowej. W pewnym momencie niewiele brakowało, żeby rzucili się sobie do gardeł. - opowiadał to z takim przekonaniem, że w niektórych momentach naprawdę nie mogłam wytrzymać ze śmiechu. Potem przekonałam go żeby powiedział trochę o sobie. Raz nawet wspomniał o jakiejś dziewczynie, ale chyba nieświadomie, bo widząc mój uśmiech od razu zmienił temat. Dawno nie mieliśmy takiej chwili, żeby sobie szczerze pogadać. Wkrótce rozłożyliśmy się na łóżkach i zaczęliśmy wspominać stare dobre czasy. Nie pamiętam już kiedy się tak śmialiśmy.
- Zauważyłeś, że te najlepsze wspomnienia, kończą się razem ze świętami?
- Tak, Hathaway. Bez niego już nigdy nic nie będzie takie samo.
- Lissa opowiadała mi, że niedługo po koronacji spotkała się z Adrianem i Sonią w sprawie ducha. I to dało mi do myślenia. Wiem, że dopiero niedawno został odkryty, ale widzieliśmy już dużo jego możliwości. Zastanawia mnie czy po tak długim czasie... - przerwałam na chwile zastanawiają się czy dobrze zrobiłam zaczynają ten temat.
- Można by kogoś wskrzesić? - dokończył za mnie Eddie. Obróciłam się by spojrzeć na niego, ale on dalej wpatrywał się w sufit. - Też ostatnio o tym myślałem. Mason był moim przyjacielem, chociaż teraz jak na to patrze to od dłuższego czasu byliście dla mnie jak rodzeństwo. Przecież znam was lepiej niż własną matkę. I będą już przy tym temacie, nie wiem czy ci to mówił, ale nie długo po waszej ucieczce Alice zerwała z nim kontakt.
- Ale jak to? Przecież zawsze byli blisko ze sobą tak blisko.
- Też mnie to właśnie zdziwiło. Mason próbował się z nią wielokrotnie kontaktować, ale nic to nie dało. Dwa tygodnie później dostał list gdzie prosiła go żeby się z nią nie kontaktował dopóki sama tego nie zrobi.
- To dziwne.
- Bardzo. Do tego przed wczoraj na nazwisko Masona przyszedł list do dworu. - wyciągnął z kieszeni kopertę i podał mi ją.
- Czytałeś?
- Tak. - wyciągnęłam list z koperty i moim oczom ukazało się kilka starannie napisanych zdań.
Drogi synku,
Przepraszam, że nie kontaktowałam się z tobą przez ostanie 3 lata, ale był to dla mnie ciężki czas. Mam nadzieje, że wybaczysz mi moje postępowanie i odwiedzisz mnie w święta. Może wtedy będę miała okazje ci wszystko wyjaśnić.
Mama.
Podniosłam wzrok na Eddiego i już wiedziałam co zamierza.
- Chcesz tam lecieć, prawda?
- Tak, tylko nie wiem kiedy. Myślałem, żeby lecieć zaraz po świętach, wtedy moglibyśmy wrócić w rocznice, ale jest problem z biletami, a samochodem to trochę za długo.
- O to się nie martw, Abe wszystko załatwi.
- Rose, otwieraj. - rozległo się pukanie, podeszłam do drzwi i je otworzyłam. Daniel i Adrian wyminęli mnie z głupimi uśmieszkami, a Lissa od razu rzuciła mi się na szyje.
- Po pierwsze nie strasz mnie tak więcej, po drugie - odsunęła się, żeby spojrzeć mi w oczy. - też nic nie wiem, Adrian jest strasznie tajemnicy.
- Castilie! Co ty tu robisz? - Daniel uśmiechnął się od ucha do ucha witając z Eddie'm. Dragomirówna rzuciła mi pytające spojrzenie i =weszła do pokoju.
- Rada stwierdziła, że królowa potrzebuje dodatkowej ochrony, a tak naprawdę to chyba nie chcą zostawiać jej tylko z Rose. W jej kartotece już trochę się nazbierało.
- Myślałem, że powiesz coś w stylu "Przyjechałem studiować bla, bla, bla", a potem ja bym cie wyśmiał prowokując tym Hathaway, która dołączyła by do dyskusji i zrobiło by się ciekawie. - Evans wyszczerzył się, puszczając im oczko.
- Masz wyobraźnie koleżko. - Adrian włączył się do rozmowy, zaskakując nas tematem który podjął. Lissa zdążyła się już przywitać z Eddie'm i stała przy oknie niezbyt zadowolona - pewnie dlatego, że rada podejmując decyzje nie powiadomiła jej. To, że jest młoda nie znaczy, że mogą robić co im się żywnie podoba. Takie zachowanie może narobić więcej problemów niż pożytku. Mogę się założyć, że przy najbliższej wizycie na dworze, mimo masy rzeczy, które będzie musiała zrobić znajdzie czas, by zwołać rade i powiedzieć im co o tym myśli - lecz teraz wyraz jej twarzy się zmienił i byłam pewna, że sprawdza aurę Iwaszkowa. - Zastanawiam się czy umiał byś stworzyć jakąś sensowną historyjkę, najlepiej coś dla dzieci. Bajkę z morałem, do której ja zrobił bym barwne ilustracje. Właśnie Rose, od nowego semestru idę na studia. Wyobraź sobie jak nasza książka, przepraszam twoja książka z moimi ilustracjami, jest kupowana przez ludzi na całym świecie. - wyciągną z kieszeni małe prostokątne pudełko, nie przerywając swojego monologu. - My zarabiamy krocie, ty masz życie ustawione do końca życia, a mnóstwo nowych zleceń na ilustracje do książek. W końcu odezwie się do mnie jakiś człowiek z propozycją rozwijania mojego talentu. - zapalił papierosa i z powrotem podniósł na nas wzrok - Macie miny jakbyście właśnie zobaczyli lamparcią zebrę.
- Nie ma czegoś takiego. - pierwszy otrząsnął się Daniel.
- Ależ jest, to połączenie konia i żyrafy. Ale chyba nie po to się tu zebraliśmy, prawda?
sobota, 27 lutego 2016
sobota, 6 lutego 2016
Rozdział 17
Przekręciłam się na lewy bok, wdychając przyjemny zapach poduszki. Otworzyłam delikatnie jedno oko. Światło słoneczne przebijało się przez rolety nadając pomarańczowy odcień wszystkiemu dookoła. Poranki takie jak ten lubiłam najbardziej. Momenty gdy budzisz się ze świadomością, że przed tobą jeszcze kilka godzin leniuchowania. Wtuliłam się jeszcze bardziej w mięciutką pościel, lecz zanim zdążyłam zasnąć do mojej świadomości przebił się obraz kobiety przywiązanej do krzesła.
- O szlak.
Wygramoliłam się z łóżka przecierając oczy. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że jestem sama w pokoju. Rozejrzałam się w poszukiwaniu jakiegoś śladu, który by mówił gdzie się wszyscy udali. I znalazłam. Na szafce nocnej leżała jakaś karteczka.
Poszliśmy coś zjeść ; )
Takie śliczne bazgroły i uśmiechnięta buźka mogły świadczyć tylko o tym, że pisał to Adrian. Wzięłam telefon ze stołu sprawdzając godzinę. Brak nieodebranych połączeń świadczył o tym, że najnowsze wieści nie dotarły jeszcze na Dwór i jestem za to wdzięczna Lissie. Dymitr pewnie od razu by się zamartwiał, a Hans... Cóż lepiej omińmy ten temat. Wyszłam z pokoju i powlokłam się na stołówkę. Jak to w środku tradycyjnego, studenckiego dnia wszędzie było pełno ludzi. Każdy gdzieś zmierzał i każdy miał coś do załatwienia. Wygląd ludzi był przeróżny. Od kolesi w garniturach, poprzez tradycjonalistów w koszulach i normalnych ludzi, do dziewczyn w miniówach i ludzi z subkultur. Na stołówce zastałam tylko Josha, który pomachał mi z drugiego końca sali i wrócił do jedzenia. Kolejny kierunek kawiarnia. Mam nadzieje, że nie byli tak nierozsądni i nie poszli gdzieś na miasto. Może osłony nie są tu tak silne i często odnawiane jak na dworze, ale to zawsze jakaś ochrona. Nie zdążyłam dobrze wejść do środka gdy zauważył mnie Gideon.
- Przed chwilą wyszli, Rose! - krzyknął do mnie zza baru. O tej porze mieli tu niezły tłok, właśnie kończyło się większość zajęć i ludzie gromadzi się tu by spędzić razem trochę czasu. Byli to gównie konsumenci kawy. Jak twierdzi większość, w cały mieście nie ma lepszej.
- Dzięki bardzo! - odpowiedziałam mu.
- Do usług, Hathaway! - wyszczerzył się odgarniając czarną grzywkę z czoła. Opuściłam kawiarnie do której napływało coraz więcej ludzi i uświadomiłam sobie, że przecież mogłam do nich po prostu zadzwonić. Geniusz ze mnie. Przeszukałam kieszenie i okazało się, że nie wzięłam telefonu z pokoju. Boże, co się dzisiaj ze mną dzieje?
Eddie
Wszedłem do sekretariatu i złożyłem resztę potrzebnych papierów.
- Witamy na Leight panie Castile. - wyrecytowała ze znudzeniem tleniona blondynka.
- Dzięki. - rzuciłem wychodząc.
Jakiś czas błąkałem się po uniwersytecie, i miałem wrażenie, że chodzę w kółko. Ta sekretarka niby wszystko mi wyjaśniła...
- Cześć nowy? - podszedł do mnie z boku jaki chłopak, obróciłem się do niego i stanąłem jak wryty. Myślałem, że ma jakieś zwidy czy coś. Do jasnej cholery, stała przede mną żywa kopia Masona. Opanowałem się po chwili.
- Tak. Cześć. - powiedziałem nadal w szoku. - Wiesz może gdzie jest dortium dziewczyn?
- Nie sorry. Wczoraj przyjechałem, ale wiem kto może pomóc. - powiedział z uśmiechem rudzielec. - Choć. A tak w ogóle to jestem Alex.
- Eddie. - podałem mu rękę. Skręciliśmy dwa razy w prawo i weszliśmy na stołówkę. - Czy twój kolega jest kucharzem? - spytałem, a on wybuchnął śmiechem.
- Nie, chociaż ciekawie było by go zobaczyć w kuchni z garami. - powiedział wymijając kolejne stoliki.
- Mogę mu załatwić mały kurs. - zaproponowałem.
- O ciekawa propozycja. Trzeba to przemyśleć. To on. - pokazał chłopaka, bruneta, który siedział sam przy ośmioosobowym stoliku. Podszedł do niego.
- Siema stary. - poklepał go po plecach, a tamten mało się nie zakrztusił.
- Alex, do cholery! Kiedyś mnie zabijesz. - powiedział z pretensją w głosie.
- Oj nie jęcz tylko kończ jeść, bo potrzeba twojej pomocy.
- Mojej pomocy, w czym? - obrócił się do nas.
- Ten tu jest nowy i nie wie jak znaleźć dortium dziewczyn, a mi jeszcze nie powiedziałeś jak mam tam trafić.
- Jestem Josh. - przedstawił się ten drugi.
- Eddie.
- To co idziemy? W końcu muszę wiedzieć gdzie zamieszkują tutejsze damy. - powiedział teatralnie rudzielec. Nawet ma podobne poczucie humoru.
- Nie wszystkie z nich są damami.
- Oj, nie czepiaj się młody.
- A tak w ogóle gdzie ty masz bagrze? - zmienił temat Josh.
- W samochodzie. Nie chciałem komuś wparować do pokoju z tekstem typu "Cześć. Jestem Eddie. Będziemy razem mieszkać".
- A który numer masz? - zaciekawił się Alex. Wyciągnąłem z kieszeni klucz, który dostałem w sekretariacie.
- 56. - odpowiedziałem i oboje wybuchli śmiechem. - O co wam chodzi? Chyba nie mieszka tam jakis laluś w różowej koszulce, bo tego bym nie zniósł.
- Nie nie mieszka. To nasz pokój. - powiedział Josh.
- O to chyba dość dobrze trafiłem. Mam nadzieje, że wieczorami nie przebieracie się w sukienki i nie tańczycie kankana lub czegoś innego. - udałem przerażenie.
- Nie, ale podsunąłeś nam dobry pomysł. - tym razem odpowiedział Alex.
- Oto jesteśmy. Szukasz jakiegoś konkretnego pokoju? - spytał brunet.
- W sumie to tak. Numer 105. Mieszkają tam moje przyjaciółki.
- Jo to nie tam gdzie ta cała mistrzyni walk?
- Znacie Rose? - Od razu domyśliłem się o kogo chodzi.
- Ja tak. - przytaknął brunet.
- Ja niestety nie, ale mam nadzieje poznać. Może mnie czegoś nauczy.
- Oto apartament Rose i Lissy. - Josh zapukał kilka razy do drzwi, ale nikt nie otwierał.
- O ona ma koleżankę? - podłapał Alex.
- Tak. Która ma chłopaka. - na moje słowa zrzedła mu mina.
- Ej. Burzysz moje marzenia i niszczysz mi dzieciństwo. - powiedział udając obrażonego.
- Już dobrze, ty moje biedne dziecko. - powiedział z pełną powagą Josh. - Eddie mogę cie o coś zapytać?
- Chodzi o Rose, prawda? - dało się to wyczytać z jego twarzy, zabujał się.
- Tak. Tylko proszę nie mówcie nikomu. - przytaknęliśmy oboje. - Czy ona ma kogoś?
- Czemu się jej po prostu nie zapytasz? - rzucił z uśmiechem rudzielec. Był nieźle rozbawiony zakłopotaniem przyjaciela.
- I z czego się cieszysz? - rzucił brunet z pretensją w głosie. - Nigdy się w nikim nie zakochałeś więc nie wiesz jak to jest. Eddie?
- Alex ma racje. Nie wiem czy Rose by sobie życzyła, żebym udzielał takich informacji, a jej lepiej nie zaleźć za skórę.
- Och, no proszę. Gdybyś ty się zakochał nie chciał byś wiedzieć takiej rzeczy? - nie wiem dlaczego od razu przez myśl przeleciała mi twarz Jill...
- Ma. - rzuciłem bez zastanowienia, byle by tylko ten obraz zniknął mi z przed oczu.
- To coś poważnego? - Josh nie dawał za wygraną.
- Dużo razem przeszli. Od samego początku coś stawało na ich drodze. Nigdy nie widziałem ludzi, którzy mimo tylu przeszkód jakie życie stawia na ich drodze, nie poddawali się. Walczą nawzajem o siebie i nieraz dokonywali niemożliwego. Oni nie widzą świata poza sobą. - wyjaśniłem, ale żaden z nich się nie odezwał i przez dłuższą chwile staliśmy w ciszy.
- Castile próbujesz się włamać?
- O szlak.
Wygramoliłam się z łóżka przecierając oczy. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że jestem sama w pokoju. Rozejrzałam się w poszukiwaniu jakiegoś śladu, który by mówił gdzie się wszyscy udali. I znalazłam. Na szafce nocnej leżała jakaś karteczka.
Poszliśmy coś zjeść ; )
Takie śliczne bazgroły i uśmiechnięta buźka mogły świadczyć tylko o tym, że pisał to Adrian. Wzięłam telefon ze stołu sprawdzając godzinę. Brak nieodebranych połączeń świadczył o tym, że najnowsze wieści nie dotarły jeszcze na Dwór i jestem za to wdzięczna Lissie. Dymitr pewnie od razu by się zamartwiał, a Hans... Cóż lepiej omińmy ten temat. Wyszłam z pokoju i powlokłam się na stołówkę. Jak to w środku tradycyjnego, studenckiego dnia wszędzie było pełno ludzi. Każdy gdzieś zmierzał i każdy miał coś do załatwienia. Wygląd ludzi był przeróżny. Od kolesi w garniturach, poprzez tradycjonalistów w koszulach i normalnych ludzi, do dziewczyn w miniówach i ludzi z subkultur. Na stołówce zastałam tylko Josha, który pomachał mi z drugiego końca sali i wrócił do jedzenia. Kolejny kierunek kawiarnia. Mam nadzieje, że nie byli tak nierozsądni i nie poszli gdzieś na miasto. Może osłony nie są tu tak silne i często odnawiane jak na dworze, ale to zawsze jakaś ochrona. Nie zdążyłam dobrze wejść do środka gdy zauważył mnie Gideon.
- Przed chwilą wyszli, Rose! - krzyknął do mnie zza baru. O tej porze mieli tu niezły tłok, właśnie kończyło się większość zajęć i ludzie gromadzi się tu by spędzić razem trochę czasu. Byli to gównie konsumenci kawy. Jak twierdzi większość, w cały mieście nie ma lepszej.
- Dzięki bardzo! - odpowiedziałam mu.
- Do usług, Hathaway! - wyszczerzył się odgarniając czarną grzywkę z czoła. Opuściłam kawiarnie do której napływało coraz więcej ludzi i uświadomiłam sobie, że przecież mogłam do nich po prostu zadzwonić. Geniusz ze mnie. Przeszukałam kieszenie i okazało się, że nie wzięłam telefonu z pokoju. Boże, co się dzisiaj ze mną dzieje?
Eddie
Wszedłem do sekretariatu i złożyłem resztę potrzebnych papierów.
- Witamy na Leight panie Castile. - wyrecytowała ze znudzeniem tleniona blondynka.
- Dzięki. - rzuciłem wychodząc.
Jakiś czas błąkałem się po uniwersytecie, i miałem wrażenie, że chodzę w kółko. Ta sekretarka niby wszystko mi wyjaśniła...
- Cześć nowy? - podszedł do mnie z boku jaki chłopak, obróciłem się do niego i stanąłem jak wryty. Myślałem, że ma jakieś zwidy czy coś. Do jasnej cholery, stała przede mną żywa kopia Masona. Opanowałem się po chwili.
- Tak. Cześć. - powiedziałem nadal w szoku. - Wiesz może gdzie jest dortium dziewczyn?
- Nie sorry. Wczoraj przyjechałem, ale wiem kto może pomóc. - powiedział z uśmiechem rudzielec. - Choć. A tak w ogóle to jestem Alex.
- Eddie. - podałem mu rękę. Skręciliśmy dwa razy w prawo i weszliśmy na stołówkę. - Czy twój kolega jest kucharzem? - spytałem, a on wybuchnął śmiechem.
- Nie, chociaż ciekawie było by go zobaczyć w kuchni z garami. - powiedział wymijając kolejne stoliki.
- Mogę mu załatwić mały kurs. - zaproponowałem.
- O ciekawa propozycja. Trzeba to przemyśleć. To on. - pokazał chłopaka, bruneta, który siedział sam przy ośmioosobowym stoliku. Podszedł do niego.
- Siema stary. - poklepał go po plecach, a tamten mało się nie zakrztusił.
- Alex, do cholery! Kiedyś mnie zabijesz. - powiedział z pretensją w głosie.
- Oj nie jęcz tylko kończ jeść, bo potrzeba twojej pomocy.
- Mojej pomocy, w czym? - obrócił się do nas.
- Ten tu jest nowy i nie wie jak znaleźć dortium dziewczyn, a mi jeszcze nie powiedziałeś jak mam tam trafić.
- Jestem Josh. - przedstawił się ten drugi.
- Eddie.
- To co idziemy? W końcu muszę wiedzieć gdzie zamieszkują tutejsze damy. - powiedział teatralnie rudzielec. Nawet ma podobne poczucie humoru.
- Nie wszystkie z nich są damami.
- Oj, nie czepiaj się młody.
- A tak w ogóle gdzie ty masz bagrze? - zmienił temat Josh.
- W samochodzie. Nie chciałem komuś wparować do pokoju z tekstem typu "Cześć. Jestem Eddie. Będziemy razem mieszkać".
- A który numer masz? - zaciekawił się Alex. Wyciągnąłem z kieszeni klucz, który dostałem w sekretariacie.
- 56. - odpowiedziałem i oboje wybuchli śmiechem. - O co wam chodzi? Chyba nie mieszka tam jakis laluś w różowej koszulce, bo tego bym nie zniósł.
- Nie nie mieszka. To nasz pokój. - powiedział Josh.
- O to chyba dość dobrze trafiłem. Mam nadzieje, że wieczorami nie przebieracie się w sukienki i nie tańczycie kankana lub czegoś innego. - udałem przerażenie.
- Nie, ale podsunąłeś nam dobry pomysł. - tym razem odpowiedział Alex.
- Oto jesteśmy. Szukasz jakiegoś konkretnego pokoju? - spytał brunet.
- W sumie to tak. Numer 105. Mieszkają tam moje przyjaciółki.
- Jo to nie tam gdzie ta cała mistrzyni walk?
- Znacie Rose? - Od razu domyśliłem się o kogo chodzi.
- Ja tak. - przytaknął brunet.
- Ja niestety nie, ale mam nadzieje poznać. Może mnie czegoś nauczy.
- Oto apartament Rose i Lissy. - Josh zapukał kilka razy do drzwi, ale nikt nie otwierał.
- O ona ma koleżankę? - podłapał Alex.
- Tak. Która ma chłopaka. - na moje słowa zrzedła mu mina.
- Ej. Burzysz moje marzenia i niszczysz mi dzieciństwo. - powiedział udając obrażonego.
- Już dobrze, ty moje biedne dziecko. - powiedział z pełną powagą Josh. - Eddie mogę cie o coś zapytać?
- Chodzi o Rose, prawda? - dało się to wyczytać z jego twarzy, zabujał się.
- Tak. Tylko proszę nie mówcie nikomu. - przytaknęliśmy oboje. - Czy ona ma kogoś?
- Czemu się jej po prostu nie zapytasz? - rzucił z uśmiechem rudzielec. Był nieźle rozbawiony zakłopotaniem przyjaciela.
- I z czego się cieszysz? - rzucił brunet z pretensją w głosie. - Nigdy się w nikim nie zakochałeś więc nie wiesz jak to jest. Eddie?
- Alex ma racje. Nie wiem czy Rose by sobie życzyła, żebym udzielał takich informacji, a jej lepiej nie zaleźć za skórę.
- Och, no proszę. Gdybyś ty się zakochał nie chciał byś wiedzieć takiej rzeczy? - nie wiem dlaczego od razu przez myśl przeleciała mi twarz Jill...
- Ma. - rzuciłem bez zastanowienia, byle by tylko ten obraz zniknął mi z przed oczu.
- To coś poważnego? - Josh nie dawał za wygraną.
- Dużo razem przeszli. Od samego początku coś stawało na ich drodze. Nigdy nie widziałem ludzi, którzy mimo tylu przeszkód jakie życie stawia na ich drodze, nie poddawali się. Walczą nawzajem o siebie i nieraz dokonywali niemożliwego. Oni nie widzą świata poza sobą. - wyjaśniłem, ale żaden z nich się nie odezwał i przez dłuższą chwile staliśmy w ciszy.
- Castile próbujesz się włamać?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Zapoznanie
Dzieję się to gdzieś w trakcie pobytu Rose i Dymitra w Baia w "Homecoming". *** Zwykłe, spokojne przedpołudnie w domu Beliko...
-
- To na pewno dobry pomysł? - siedzieliśmy w gabinecie królowej, czekając aż samolot będzie gotowy do startu. - Christian gadasz o tym od g...
-
- No do cholery jasnej! - krzyknęła Tasza. - Od kiedy to dampiry stoją wyżej od nas w hierarchii! Christian. - złożyła ręce w proszącym geśc...