Adrian wyszedł niemal natychmiast, po swoim monologu, wspominając tylko, że mamy "na nich" zaczekać i chyba to jest to, o czym wspominała Lissa. Musimy obgadać sprawy bezpieczeństwa w jak najmniejszym, zaufanym gronie. Robert jest nieobliczalny i kto wie, co jeszcze może zrobić. Potrzebujemy paru osób, które w razie zagrożenia będą wiedziały co robić. I ten jakiś tajemniczy ktoś, teoretycznie ma nam pomóc przy omawianiu spraw, dotyczących bezpieczeństwa królowej. Równie dobrze moglibyśmy zawiadomić dwór o problemach, jakie sprawia Robert, ale skoro możemy sami coś zdziałać w tym kierunku, to po co robić zamieszanie? Iwaszkow stwierdził, że musi się przewietrzyć i znaleźć coś do picia, oczywiście miał na myśli coś z procentami. Chyba pierwszy raz w tej kwestii byłam skłonna mu przyznać racje. Pamiętam, co ze mną robił mrok w czasach gdy zabierałam go od Lissy i wypicie dwóch czy trzech kieliszków w celu powstrzymania go, wydaje się dobrym rozwiązaniem.
- To było dziwne. - skwitował Daniel po wyjściu Iwaszkowa.
- To jeden z tych przyjemniejszych skutków użytkowania ducha.
- Przyjemniejszych? - prychnął Evans - Przecież on plótł trzy po trzy. Co, gdyby pod w takim stanie palnął coś nieodpowiedniego przed nieodpowiednimi ludźmi?
- Zwykle to kontroluje, ale dzisiaj jest jakiś dziwny... Zresztą sama nie wiem. - Muszę z nim później pogadać, w końcu mamy trochę niewyjaśnionych spraw. - Z drugiej strony można to łatwiej wyjaśnić, niż fakt, że w niekontrolowanym przypływie emocji oszpecił jakąś królewską buźkę. Ku mojemu zdziwieniu Eddie parsknął śmiechem.
- Tak, pamiętam tą twoją akcję w akademii, gdy stłukłaś Jesse'go. Mimo że już dawno go zabrali, ty dalej się mi się wyrywałaś. Może nie było tego widać, ale ledwo potrafiłem cię wtedy utrzymać, a przy Dymitrze uspokoiłaś się niemal natychmiast.
- Ale nie spoczęłam na tym. - dodałam na swoją obronę. - Próbowałam mu zwiać, ale zanim zrobiłam dwa kroki, on zdążył mnie unieruchomić. Rozmowa i moje argumenty też nie skutkowały. Ucieczka temu człowiekowi jest niemożliwa!
- Dlatego nazywają go bogiem. - Castile uśmiechnął się półgębkiem, co wywołało mój śmiech.
- Czekaj, czekaj. Skoro to wszystko, o czym tu mówimy, pochodzi z mocy ducha, to jakim cudem działo na ciebie? Z tego, co wiem, to jest to piąty żywioł, którym władają, jak to dawniej mówiono niezdeklarowani.
- Co jeszcze o nim wiesz? - zainteresowała się Lissa.
- Że za jego pomocą można leczyć. Tak przynajmniej słyszałem. Po ataku na akademie rozeszły się plotki, że księżniczka Dragomir leczyła ludzi.
- Między innymi tak. Pamiętasz wypadek rodziców Lissy?
- Tak, ale co znaczy to "między innymi."
- Znaczy, że każdy użytkownik ducha, którego do tej pory poznałam, ma jakieś inne umiejętności. Wracając do tematu, Lissa jako jedyna przeżyła ten wypadek...
- Przecież ty też, chyba nie mam jakichś halucynacji od przeszło dwóch tygodni.
- Nie, nie masz, Lissa przywróciła mnie do życia.
- Umarłaś?
- Tak, szczerze mówiąc, to dwa razy.
- I mam nadzieje, że to się już nie powtórzy. - zaczęła poważnym tonem Wasylisa. - Wiesz, co wtedy czułam? Co bym czuła, gdybyś znowu zrobiła mi takie coś? Jak by się czuł Eddie... - tu przerwała, widząc twarz dampira przepełnioną bólem. Chłopak nie wyobrażał sobie utraty mnie po tym, co się stało z Masonem. Ze mną było tak samo, nie wyobrażałam sobie, że mogłoby go zabraknąć w moim życiu. Tamte wydarzenia na każdym z nas zostawiły jakiś ślad, jeszcze, gdy pomyśle o tym cały wyjeździe... Jak mamy przekazać matce, że jej dziecko nie żyje? - Ale pamiętam wtedy Dymitra, patrząc z perspektywy czasu, to było zabawne.
Eddie posłał królowej wdzięczne spojrzenie, za poprowadzenie tematu na inne tory i od razu włączył się do rozmowy.
- Żałuj, że nie widziałaś tego w całości. Waleczny i dzielny strażnik Belikov...
- Eddie! - krzyknęłam przez śmiech wyobrażając sobie tą sytuację. Pierwszy raz w życiu widzieli, Dymitra z trochę innej strony.
- No co?
- Zmień temat. Zdaje się, wcześniej wspominałeś o jakiejś dziewczynie, prawda?
- Czemu nic nie mówiłeś? - Lissa uśmiechnęła się promiennie.
- Ja... To znaczy... Rose, cholera! Ty zawsze musisz mnie w coś wpakować.
- Taki mój urok. - wzruszyłam ramionami.
- Zatrzymajcie się wszyscy na chwile. - przerwał Daniel. - Czy wy w ogóle o mnie pamiętacie?
- Rozwalasz mi łóżko, które potem na nowo będę musiała ścielić, więc owszem pamiętam. Nie wiem jak z resztą.
- Nie gadaj głupot, Hathaway. - prychnął Eddie. - Ty i ścielenie łóżka? Jakoś sobie tego nie wyobrażam.
Lissa spojrzała na niego z chytrym uśmieszkiem.
- Wiesz, miała dobrego nauczyciela. Nie wiem jakie metody stosuje, ale działa.
- Liss!
- Ludzie! - wkurzył się Evans i nie dał Dragomirównie dojść do głosu. - Niech mi ktoś w końcu wyjaśni, o co chodzi, bo czuje się trochę jak na chemii!
- Czemu jak na chemii? - zdziwiła się Lissa.
- Bo to czarna magia...nie zmieniaj tematu! Czy ten Belikov, o którym gadacie, ma coś wspólnego z tym sławnym strażnikiem z Rosji? Jego nazwisko brzmiało jakoś podobnie... Przynajmniej tak mi się wydaje, ostatnio skupiłem się na studiach i docierały do mnie tylko najważniejsze informacje, jak zabójstwo królowej. Boże! Przestańcie się śmiać! Co ja takiego powiedziałem?
- To dokładnie ta sama osoba. - Eddie zdecydował się mu udzielić informacji. - Strażnik Dymitr Belikov. Przydzielony zeszłej jesieni do Świętego Władimira, aktualnie strażnik niejakiego Christiana Ozery chłopaka Jej Wysokości Królowej Wasylisy. I co chyba najważniejsze w tej sprawie, to były mentor i aktualny chłopak Rose Hathaway.
- Sama bym tego lepiej nie ujęła. - pochwaliła go Lissa. Ja nie wiedziałam, czy się cieszyć z takiego obrotu sprawy, czy wręcz przeciwnie. Daniel wyglądał na trochę zmieszanego, ale po chwili chcąc odciągnąć od siebie uwagę, zagadał do Eddiego na temat pracy. Lissa, widząc zaistniałą sytuację, sięgnęła po książkę z małego, drewnianego stolika, usadowiła się na tapicerowanym fotelu w rogu pokoju i zagłębiła w lekturę. Nie znam drugiej osoby, która z dla zabicia czasu wybrałaby pozycje pod tytułem "Metodologia na pierwszym roku studiów prawniczych oraz zmiany prawne w USA ostatnich siedemdziesięciu lat."
Sama usadowiłam się na parapecie, skąd miałam dobry widok na wszystko. Nie wiem dlaczego, ale wróciłam pamięcią do momentów, w których mrok przejmował nade mną kontrolę i prawdę mówiąc, co nieco mu zawdzięczam. Zabicie Wiktora - pomijając kwestie moralne i inne konsekwencje, jak mściwy braciszek - też ma swoje plusy, jednego szaleńca mniej na świecie. Atak na Jesse'go w Akademii, zakończony incydentem w stróżówce, dzięki któremu dowiedziałam się, że przyszłość moja i Dymitra, jako pary jest możliwa. Nasz związek też wniósł dużo do naszego świata. Przywrócenie strzygi odkryło nowe możliwości ducha. Wybór nowej, młodej królowej był początkiem rewolucji w naszym świecie. Ustawa o związkach między strażnikami - o którą Lissa tak dzielnie walczyła - zasiała ziarno nadziei w sercach dampirów. Małżeństwa, które wcześniej odeszły, bo prawo nie pozwalało na ich związki, teraz zostały powitane z otwartymi ramionami. Dodatkowa pomoc w naszych szeregach zawsze jest mile widziana.
Mimo że wcześniej odnieśliśmy sukces, musimy brać odpowiedzialność za swoje czyny, bo jedno się nie zmieniło. Oni są ważniejsi.
Tak było, tak jest i tak będzie. Moroje pozwalają na zmiany, ufając jednocześnie, że podejdziemy do tego z rozwagą. Nie możemy odstawić ich na bok, stawiając na pierwszym planie nasze potrzeby. Służba jest formą pracy, ale zupełnie inną od tej ludzkiej. Porównując przeciętnego człowieka z dampirem można dostrzec wiele podobieństw, ale także wiele różnic. W normalnym świecie nieprzyjście do pracy może kosztować cię naganę czy utratę posady. U nas - czyjeś życie. Zaniedbanie, czy niedopilnowanie czegoś tak samo. Oni pracują osiem godzin dziennie, my musimy być do dyspozycji dwadzieścia cztery na dobę. Gdy jakaś asystentka wielkiego dyrektora dowie się, że jej bliskim coś zagraża, wybiega z biura, nie przejmując się konsekwencjami. U nas tak nieodpowiedzialne zachowanie mogłoby to kosztować kogoś życie. Dlatego musielibyśmy zabrać podopiecznego ze sobą lub jeśli nie wyrazi takiej chęci albo nie będzie możliwości, załatwić zastępstwo, co nie zawsze jest wykonalne. W ostateczności sprawdzić, czy nic mu nie grozi i za pozwoleniem, zostawić go samego, co także nie obeszłoby się bez konsekwencji. Inną sprawą jest to, co byśmy zrobili, gdyby jednemu i drugiemu groziło niebezpieczeństwo. Komu byśmy rzucili się na pomoc? Morojowi, z którym wiąże nas przysięga czy ukochanej osobie? To jest sytuacja, gdy najlepiej jest się nie zastanawiać. I tak każda podjęta decyzja będzie zła.
Tego zawsze bał się Dymitr. Tego momentu wyboru.
Taka sytuacja już miała miejsce, gdy Tasza mnie postrzeliła. Rozmawialiśmy o niej. Gdy ja rzuciłam się, by chronić Lisse, on poszedł w ślad za mną, chcąc ochronić... No właśnie, kogo? Pomyślałam wtedy, że mógł udzielić prostej odpowiedzi, mówiąc, że chciał zepchnąć z linii strzału nas obie. Ale on powiedział tylko: nie wiem. Powiedział, dokładnie to, co powiedzieć powinien. W takiej sytuacji nie wiedział co robić. On. Człowiek, który w wieku dwudziestu paru lat przeszedł więcej, niż nie jeden emerytowany strażnik przez całe swoje życie. Doświadczony w swoim fachu, podziwiany i uznawany za wzór przez wielu, strażnik Belikow. Nie wiedział, co zrobić. Kogo ratować.
Czy jest w ogóle na świecie osoba, która by wiedziała?
Co robić, kogo chronić...?
------------------
Dawno mnie tu nie było, ale mam nadzieję, że jest tu jeszcze ktoś, kto to czyta :D
Jeśli tak, mile widziany był by jakiś ślad :)
Autorka.
niedziela, 5 czerwca 2016
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Zapoznanie
Dzieję się to gdzieś w trakcie pobytu Rose i Dymitra w Baia w "Homecoming". *** Zwykłe, spokojne przedpołudnie w domu Beliko...
-
- To na pewno dobry pomysł? - siedzieliśmy w gabinecie królowej, czekając aż samolot będzie gotowy do startu. - Christian gadasz o tym od g...
-
- No do cholery jasnej! - krzyknęła Tasza. - Od kiedy to dampiry stoją wyżej od nas w hierarchii! Christian. - złożyła ręce w proszącym geśc...