sobota, 30 grudnia 2017

Rozdział 21

- Dobrze wyglądasz, Josh. - powiedziałam pocieszająco, podchodząc do chłopaka. Usiadłam koło niego na ławce.
- Ta maść, jest naprawdę dobra. - odpowiedział, bez towarzyszącemu słowom, tak charakterystycznemu dla niego entuzjazmowi.
- Co z nim?
Josh oderwał wzrok od Alexa i spojrzał na mnie. Wyglądał, jakby mierzył się z najgorszymi chwilami w życiu. Zdałam sobie sprawę, że gdyby nie maska strażnika, wtedy w pokoju, Eddie wyglądałby podobnie. Samo wspomnienie Masona było do zniesienia, ale w połączeniu z tym...
Przełknęłam ślinę.
- Aż tak źle?
- Nawet sobie nie wyobrażasz. W życiu nie widziałem go tak załamanego. Najpierw odrzucił połączenie od siostry, co nie było normalne, bo zawsze mieli wręcz perfekcyjne stosunki, rozumieli się we wszystkim i zawsze wspierali. Potem przyszedł tu i siedział dłuższy czas, nie odzywając się, ani nie reagując na moje pytania. Dałem mu spokój i tylko siedziałem tu, mając nadzieję, że mu się poprawi, ale on tylko coraz bardziej pogrążał się w rozpaczy. Gdy próbowałem jeszcze raz do niego zagadnąć, w momencie zdecydował się jednak zadzwonić do siostry i od godziny wisi na telefonie. Naprawdę nie umiem sobie wyobrazić, dlaczego to tak na niego wpłynęło i co on teraz może czuć. Znamy się od dziecka, jesteśmy przyjaciółmi, powinienem umieć mu pomóc... - westchnął i zagryzł pięść. - Ja, ja... Ja już nie wiem.
- Przyjaźń jest specyficzną więzią. W razie problemów trzeba się postawić w odwrotnej sytuacji. Masz przyjaciela i niby chcesz mu wszystko powiedzieć, bo wiesz, że cię wesprze, ale z drugiej strony nie chcesz go zadręczać swoimi problemami. I w tym momencie pojawia się problem i musisz znaleźć najlepszy sposób na jego rozwiązanie, bo inaczej będziesz miał sobie za złe, że przyjaciel czuje się równie tandetnie, jak ty i to z twojej winy. Przerwałam, uświadamiając sobie, że brzmiało to, jak jedna z życiowych Zen lekcji Dymitra. Uśmiechnęłam się pod nosem i kontynuowałam.
- Musisz do niego podejść i spróbować jeszcze raz. Przytocz jakąś historie z przeszłości, w której pomagaliście sobie nawzajem. Powinno pomóc.
Gdy obróciłam się z powrotem w jego stronę, Josh wpatrywał się we mnie z szeroko otwartymi oczami.
- Jesteś w moim wieku, a mówisz i zachowujesz się jak osoba dużo starsza i szanowana, która przez lata zbierała doświadczenie. Dzięki, Rose.
Wstał i skierował się w kierunku Alexa. Tamten widząc go, odłożył telefon, rzucił coś i chciał odejść, ale Josh nie dał się spławić. Szarpnął przyjaciela za ramie i wskazał mnie. Rudzielec przyglądał mi się przez chwile, potarł dłonią czoło i obrócił się z powrotem do bruneta.
Dalej ciężko mi było patrzeć obojętnie na tego chłopaka. Cały czas nie wierzyłam w to, że naprawdę może istnieć ktoś tak podobny do Masona. Akurat do Masona. Dlaczego nie mógł być to drugi Eddie? Albo Adrian, Ozera czy nawet ja? Podniosłam się z miejsca z nadzieją, że tym razem dotrę do pokoju, lecz jak zwykle coś mi przeszkodziło. Ledwo zrobiłam trzy kroki, z boku wpadła na mnie jakaś dziewczyna.
- Przepraszam. - bąknęła zawstydzona, ale po chwili otworzyła szeroko oczy, wpatrując się w mnie. Miałam nadzieję, że to nie dlatego, że mnie poznała.
- Możesz być moją przyjaciółką! To znaczy, możesz?
- Słucham?
- Chodzi o to, żebyś poudawała, co? Przez chwilę? Takich trzech gości z klubu się do mnie przywaliło. Idą cały czas za mną. Nie chce z nimi gadać. To znaczy, chciałabym, ale się boję. No wiesz, coś palnę totalnie bez sensu i to by było głupie, a oni nie chcą się odczepić. Tylko nie myśl, że są jacyś obleśni. Nie, nie, jeden jest nawet całkiem fajny, ale pijany i wiesz no, taka znajomość, ona nie może się dobrze potoczyć prawda? A ja potem nie chcę mieć problemów, bo tak trudno było mi się tu dostać i nie chcę, żeby za coś mnie wyrzucili i...
- Stój. - przerwałam jej. - Spokojnie. Łap czasem oddech.
- Yyy.- bąknęła. - Tak. Przepraszam.
Spuściła na chwilę wzrok i założyła za ucho pasmo blond włosów.
- To jak? - spytała z nadzieją. - Pomożesz mi?
Zanim zdążyłam jej odpowiedzieć, dziewczyna wskazała na cos za moimi plecami.
- Bo właśnie tuuu idąąą.
Obróciłam się w tamtą stronę i dostrzegłam trzech chłopaków, o których mówiła blondynka. Jeden z nich trzymał flaszkę, drugi papierosa, a trzeci bardziej na nich wisiał, niż szedł. Postanowiłam pomóc dziewczynie, widząc, że nie będzie z nimi za dużego problemu. Gdy bardziej się im przyjrzałam, dostrzegłam coś, co niekoniecznie chciałam widzieć. Jednym z nich był Adrian.
- Rany boskie.
- Dasz sobie radę? - spytała, marszcząc brwi.
- Tak. Nie martw się.
Blondynka nie skomentowała tego w żaden inny sposób, po prostu stała i obserwowała, jak potoczy się sytuacja.
Trójka w końcu dokulała się do nas. Brunet w środku prawie już nie kontaktował, Adrian gapił się gdzieś w przestrzeń, a ten pierwszy, cóż, był to ten typ, który po alkoholu nabierał tej wkurzającej pewności siebie.
- No i wreszcie cię mamy, ślicznotko. Czemu tak uciekałaś?
- Bo nie chciała z wami rozmawiać? A teraz zabieraj swojego koleżkę i zmiatajcie do pokoi.
- Nie. My...
- Nie chcesz się ze mną kłócić.
- Ma rację. - odezwał się Adrian. - Nie chcesz.
Tamten chciał zaprotestować kolejny raz, ale Adrian pociągnął ich w stronę budynków.
- Idziemy.
- O nie. - zaprotestowałam. - Ty się nigdzie nie wybierasz.
Złapałam moroja za rękę, a on puścił swojego koleżkę i dał im odejść.
- Dziękuję! - wykrzyknęła radośnie blondynka. - Dziękuję!
Pomachała nam jeszcze i odbiegała.
Nie zastanawiając się dłużej nad nią, zwróciłam się do Adriana.
- Chyba powinniśmy porozmawiać.
- O czym? - ze zdziwieniem dostrzegła, że był bardziej trzeźwy, niż wyglądał. - O tym, ze mnie zdradziłaś? Naprawdę tego chcesz?
Może tylko trochę za bardzo szczery. Wiedziałam jednak, że jutro będzie pamiętał o czym rozmawialiśmy.
- Adrian. - skarciłam go.
Niekoniecznie chciałam, by pół uniwerku wiedziało o tym, co zdarzyło się w moim życiu. Dobrego czy złego.
- Co? - zapytał lakonicznie, jak to miał w zwyczaju w niewygodnych sytuacjach.
- Ja... Spędziłam, z tobą dużo czasu i naprawdę cię pokochałam.
- Przestań już. Nie zależy ci na mnie. Nie tak naprawdę. Nikomu na mnie nie zależy, więc może po prostu dasz mi święty spokój. I tak już wystarczająco mnie skrzywdziłaś.
- Zobacz moją aurę, jeśli mi nie wierzysz! - wypaliłam. - Za nic nie chce cię stracić, Adrian. Jesteś moim przyjacielem. Od czasu, w którym cię poznałam, nie wyobrażam sobie świata bez ciebie, a to, co mówisz, jest totalnie niedorzeczne. Nawet jeśli nie dla mnie, to dookoła masz pełno osób, którym jesteś potrzebny!
- Bzdura. Wszyscy sobie beze mnie poradzą. Udowodnił to czas, kiedy byłem w śpiączce. Jeden z lepszych okresów w moim życiu.
- Przejrzyj na oczy, świat nie kończy się tylko na twoich koleżkach od butelki. Pomyśl, chociażby o Jill. Bardzo jej pomogłeś po koronacji, kiedy musiała się odnaleźć w tym arystokratycznym świecie. Byłeś dla niej wsparciem, a teraz co? Całe dnie spędzasz z butelką, popatrz na siebie! - zrobiłam chwile przerwy, zbierając myśli. - Przyjechałeś tu z jakiegoś powodu, wiedziałeś, że Doru coś planuje. Przyjechałeś nas ostrzec, pomóc. Masz niską opinię o sobie, twierdzisz, że się do niczego nie nadajesz, ale czy na pewno?
- Skąd wiesz, że po prostu nie uciekłem od problemów, jakie czekałyby mnie na dworze z matką? Z tym całym bagnem.
- Nie wiem, czy otworzy ci to oczy na cokolwiek lub, czy zmieni twoje zachowanie, ale powtórzę to jeszcze raz. Myślisz o sobie jak o ofierze...
- Nie jestem, Hathaway - przerwał mi stanowczo - i nigdy nie będę chrzanionym superbohaterem jak ty i Belikow!
- Nikt od ciebie tego nie wymaga!
- Właśnie to powiedziałaś!
- Wcale nie! Chce, tylko żebyś nie patrzył na siebie takim krytycznym okiem! Jesteś naprawę wartościowym człowiekiem, zobacz to w końcu! Byłeś zupełnie innym człowiekiem zimą, kiedy się poznaliśmy. Rozpieszczonym nastolatkiem, z arystokratycznej rodziny, któremu w głowie tylko zabawa i imprezy, a nie libacje i użalanie się nad sobą. Czemu nie możesz do tego wrócić?
- Bez ciebie jestem niczym, rozumiesz?! Zniszczyłaś mój świat. Nie tak łatwo jest się pozbierać po stracie ukochanej osoby.
- Wiem, jak to jest Adrian. Byłam w identycznej sytuacji po przemianie Dymitra. Mój świat tez zawalił się w momencie, ale próbowałam coś z tym zrobić. Gdy wróciłam, starałam się pozbierać swoje życie do kupy. Wtedy pomogłeś mi swoją obecnością. Kto wie, jakby to wyglądało bez ciebie.
- Poradziłabyś sobie. - burknął, wypuszczając dym z buzi.
- Widzisz? Mimo wszystkiego, co mi wyrzucałeś w ostatnim czasie, dalej we mnie wierzysz i dostrzegasz moje zalety. Czemu nie potrafisz zobaczyć ich w sobie?
Nie odpowiedział.
- Poznasz kiedyś kogoś, kto powie ci to samo co ja, ale z jego ust te słowa nabiorą znaczenia i potraktujesz je poważnie. Chociaż mam nadzieję, że część z nich do ciebie dotarła. Przemyśl to.
Widząc, że nie zamierza mnie zaszczycić swoim spojrzeniem, zrezygnowałam z dalszych prób przemówienia mu do rozsądku i skierowałam się do akademika.
- Rose! - zatrzymał mnie jego głos. Obróciłam się z powrotem. Przeszywał mnie wzrokiem jakby, chciał ze mnie wyczytać wszystkie informacje - Czy gdy byłaś ze mną, choć przez chwile to było szczere? Nie mogę zobaczyć twojej aury, ale liczę, że powiesz prawdę.
- Próbowałam odbudować swoje życie, i tak, to było szczere. Chciałam być z tobą, chciałam, żeby nam wyszło, ale nie wiem, co kierowało wtedy moim myśleniem. Może chciałam po prostu zapomnieć o przeszłości, o Dymitrze... otrząsnąć się z tego, zacząć od nowa, albo wywiązać się z danego słowa.
- Hm? - chyba nie do końca wiedział, o czym mówię.
- Pamiętasz, jak przyszłam do ciebie po pieniądze...
- Nie kończ. - uciął ostro.
- Chciałeś szczerości. - odpowiedziałam podobnym tonem. - a poza tym miałam dać ci szansę, nigdy nie obiecywałam, że wyjdzie z tego coś więcej.
- A potem pojawił się Belikow i odżyła ta cała wielka miłość.
- Nie musiała odżywać, bo nigdy nie przestałam go kochać. To, że ktoś zniknie z twojego życia, nie sprawia, że przestaje się go kochać.
- Jednak będąc ze mną, mogłabyś chociaż spróbować, zwłaszcza że on był wtedy potworem.
- A myślisz, że nie próbowałam? Robiłam to setki razy, ale nie da się ot, tak odkochać, po prostu zapomnieć. Nawet kiedy był strzygą i mordował niewinnych, ja nadal widziałam w nim tylko to, jaki był kiedyś. Nie potrafiła przestać do niego czuć tego, co czułam, wiedząc, kim był kiedyś, nie potrafiłam, kochając go, widzieć w nim tylko i wyłącznie potwora. A potem, gdy dowiedziałam się, że istnieje szansa, by go odmienić... moja nadzieja na odzyskanie go odżyła. Dopiero wiedząc to wszystko, wróciłam do Ameryki Adrian... Jak czując to wszystko, mogłam pokochać kogoś innego? - westchnęłam. - Dając ci szanse, tak naprawdę próbowałam oszukać własne serce. Nie udało mi się, bo mimo tego wszystkiego dalej go kochałam.
- Przestań, Rose.
- Wiem, że postępowałam źle. Dobrze się z tobą czułam i fantastycznie bawiłam, ale to za mało by zbudować związek. Nie rozumieliśmy się tak, jak powinniśmy i nie ufaliśmy sobie tak, jak powinniśmy ufać.
Z Dymitrem było zupełnie inaczej. Przez to, jakie łączyły nas relacje, to co do siebie czuliśmy, szło w parze, z tym że znajdowaliśmy w sobie oparcie i mogliśmy sobie ufać. Choć bardziej to ja znajdowałam oparcie w nim, bo on rzadko kiedy otwierał się, aż na tyle. I szybko okazało się, że on doskonale mnie rozumie i mogę do niego przyjść z każdym problemem, a on mi pomoże, rzuci nowe światło na sprawę czy coś zaradzi.
- Nie chcę słuchać tych ckliwych historyjek. - próbował mi przerwać Adrian.
Udałam, że go nie słyszę i kontynuowałam.
- Tak wiele nas łączyło. Zrozum, że nie potrafiłam o nim tak szybko zapomnieć. Obiecałam, że dam ci szansę, ale tak naprawdę wtedy zrobiłabym wiele, byś tylko dał mi te pieniądze. Jeśli chcesz, oddam je co do grosza, tylko...
- Nie, Rose. Nie trzeba.
- Wiem, że źle postępowałam i chciałabym cię za to przeprosić. Wiem, że nie łatwo będzie mi wybaczyć, ale nie chcę, by zawsze między nami było źle.
- Rose...
- Po prostu przemyśl to, dobrze? Może, gdy emocje już do końca opadną, uda nam się kiedyś na nowo zbudować naszą przyjacielską relację.
- Rose...
- Jeszcze raz ci przerwę, ale to dlatego, że to ty zawsze podczas naszych spotkań miałeś głos. Chciałam, żebyś w reszcie posłuchał też tego, co ja mam do powiedzenia.
Uśmiechnęłam się do niego i widząc, że nie ma mi nic więcej do powiedzenia, zostawiłam go na dziedzińcu i udałam się w stronę pokoju. Musiałam dostarczyć te papiery, dowiedzieć się czego tak naprawdę chce Robert i spróbować skontaktować się z Dymitrem. Miałam też nadzieję, że ta paczuszka od Abego to jakiś fajny gadżet, który pozwoli mi przebrnąć przez jutrzejsze egzaminy. Brakowałoby mi jeszcze tylko problemów na uczelni.

----------------

Jesteeem! Po półtora roku, ale jestem, z tym oto nowym rozdziałem! :-D

Mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze zagląda xD
(Jeśli tak, komentujcie proszę, żebym choćby wiedziała czy ktoś tu jeszcze zagląda :-) )
Do zobaczenia, mam nadzieję, wcześniej niż latem 2019 xD

(z 22 rozdziałem oczywiście, shoty i miniaturki będą wpadać częściej :-P )

Pozdrawiam! ❤️



+ dla niepoinformowanych, można mnie znaleźć także na tumblr (roza-dhampir) i instagramie (roza.dhampir), z taki oto rzeczami:


czwartek, 2 listopada 2017

Miniaturka - 1.1

Dymitr obejmuje mnie ręką, nie pozwalając zrobić niczego głupiego. Również jest zdenerwowany, ale jak zwykle potrafi się pohamować.
Więc po prostu stoimy koło siebie, pod ścianą, z zamiarem zmycia się stąd najszybciej jak się da.
Do tego czasu spokój zapewnia nam piorunujące spojrzenie Dymitra, które posyła każdemu, kto się zbliży.
***
W którymś momencie siadamy na podłodze, w kącie, z którego mamy dobry widok na całe pomieszczenie. Opieramy się o siebie, milcząc. Słowa nie są nam potrzebne. Oboje zdajemy sobie sprawę z sytuacji, w jakiej jesteśmy. Rozmawialiśmy o tym chwile zaraz po przybyciu, wymieniliśmy się spostrzeżeniami. Dymitr powiedział, że mnie kocha i że mam o tym zawsze, ale to zawsze pamiętać. Nie wiem, co mu chodzi po głowie. Boję się tego, ale to nie jest dobry czas na taką rozmowę. Musimy się z tego wydostać, to jest pewne. I albo zrobimy to razem, albo wcale. Nie zostawię go. Nigdzie się bez niego nie ruszam. Nie ma takiej opcji. Szczególnie że wiem, iż powtórna przemiana w jego przypadku jest niemożliwa. Muszę go tylko przekonać, nakłonić, żeby mi obiecał, że jeśli kiedykolwiek dojdzie do takiej sytuacji, w której jedno z nas będzie zagrożone przemianą, zrobi wszystko, żeby się ratować i mnie zostawi.
I to wcale nie będzie łatwe. Nie będzie chciał tego zrobić, nie dopuści do siebie myśli, że mogłabym kiedykolwiek przechodzić to, przez co on przeszedł.
Ale gdy to będzie jedynym rozwiązaniem, żebyśmy mogli być znów razem? Za tygodni, parę miesięcy czy lat. Czy to nie jest tego warte?
Teraz wydaje mi się, że jestem zdolna do takiego poświęcenia i mam zamiar się tego trzymać, choćby nie wiem, jak było źle. Może kiedyś, po odmienienu - jeśli uda się to zrobić - będę tego żałowała, ale na razie mnie to nie obchodzi. Zawsze tak działam. Najpierw robię, a dopiero później przejmuję się konsekwencjami. Wiem, że zrobię wszystko, żeby ratować Dymitra. Nie pozwolę mu mnie zostawić kolejny raz, tym razem na zawsze.
Być może będzie się obwiniać, że to jego wina, że nie udało mu się mnie uratować, że mnie zostawił, ale kiedyś sobie wybaczy.
Zrobiłabym bym to wszystko dla nas, żebyśmy jeszcze kiedyś mogli być razem.
***
Patrzę na spokojną twarz Dymitra, który śpi oparty na moim ramieniu. Wracam wspomnieniami, do czasów, kiedy mogliśmy bez żadnych przeszkód cieszyć się sobą, niedługo po tym, jak Lissa objęła tron. I teraz żałuję, że stanowczo zaprzeczałam wszelkim aluzjom Dymitra odnośnie ślubu. Gdybyśmy wtedy się pobrali, uniknęlibyśmy wielu problemów. I to po części moja wina, że tu się znaleźliśmy. Owszem, najwięcej złego wyrządziła rewolucja, ale to przeze mnie nie mogliśmy odejść, zanim to tak naprawdę się zaczęło, przeze mnie zostaliśmy rozdzieleni, a później musieliśmy uciekać, nie chcąc stracić siebie nawzajem. Również przeze mnie wiele par takich jak my, tkwi w tym chorym systemie. Oni czekali na to, aż my zrobimy pierwszy krok. Po tak radykalnych zmianach, jakie wprowadziła Lissa, mimo wszystko oni bali się być razem. Jeśli my byśmy to zrobili, jeśli zobaczyliby, że to naprawdę możliwe i legalne, poszliby za nami. Nastąpiłaby największa od paru wieków fala zmian i nikt nie mógłby już tego zmienić.
***
Dymitr zrywa się na równe nogi, gdy drzwi do sali otwierają się z hukiem. Wstaje zaraz za nim, nie zwracając uwagi na osoby wbiegające do pomieszczenia. Prawie siłą obracam jego twarz w moją stronę, a potem całuje go ten ostatni raz, zanim znów się zobaczymy. Dymitr oddaje pocałunek, ale niepewnie, z obawą. Wie, że on znaczy coś więcej, ale nie potrafi powiedzieć co konkretnie. Tym razem to ja odsuwam się pierwsza. Belikow posyła mi krótkie pytające spojrzenie i od razu wraca do analizowania sytuacji. Chłopak współpracujący z Daszkowem wciska wszystkim kit, że chwilowo go unieszkodliwił i, że możemy uciekać. Nikt oprócz mnie nie wie, że to podpucha, ale wszyscy nawet ci mu nieufający biorą nogi za pas, widząc drogę ucieczki. Dymitr idzie w ślad za nimi, trzymając moją rękę i ciągnąc mnie za sobą. Niechętnie puszcza mnie na chwilę, gdy uświadamiam sobie, że przy wstawaniu telefon wypadł mi z kieszeni. To jedyna szansa, na kontakt z ludźmi, którzy mogą nam pomóc. Wracam po niego, a Dymitr przechodzi już za próg, nie wiedząc, że tym wszystko zapieczętował. Jest czterdziestą dziewiątą osobą, która wychodzi i gdy czujniki to rejestrują, kurtyna przeciwpożarowa opada między nami, odcinając mi drogę ucieczki.
- Dobrze się spisałaś, Hathaway. Miło będzie z tobą współpracować. - odzywa się współpracowniki Roberta, obracając w dłoni kołek.
Ignoruje go i podchodzę do okna, skąd mam dobry widok na przystań i ludzi wybiegających tam z budynku. Pakują się na jacht w popłochu, przepychając się jeden przez drugiego. Gdzieś w połowie widze Dymitra. Szybko zorientował się w sytuacji i w pewnym momencie, kiedy drzewa odsłaniają mu widoczność na dom, spogląda do góry. Prosto na mnie. A potem znów zaczyna się rozglądać i analizować sytuację. Gdy napotyka mój wzrok, kręcę głową, choć nie jestem pewna czy to dostrzega i przykładam dłoń do szyby.
Na mały taras pode mną wychodzą skorumpowani strażnicy z bronią. Z przystani, nie można dostać się do domu, żadną inną drogą niż tą, którą uciekli. Dymitr zapewne by cos wykombinował. Dostałby się do mnie, gdyby nie tyle broni i ludzie w panice próbujący go wciągnąć na pokład. Twardo stoi na ziemi nie dając się im. Rozumie już, co chciałam mu przekazać tym pocałunkiem. Wskakuje na jacht, chwile przed tym, jak strażnicy unoszą broń, a wyłoniony z tłumu kapitan rusza. Ucieka razem z nimi, bo wie, że tego chciałam. Wie, że próbując mnie teraz ratować, tylko pogorszyłby tę sytuację. Dymitr jest mądry, szybko domyśla się wielu rzeczy, szczególnie jeśli są one związane ze mną.
Nie wie jedynie, że ta krótka chwila, w której zasnęłam wtulona w niego, wystarczyła, by we śnie odwiedził mnie Robert i zawarł ze mną umowę. Moim jedynym warunkiem był Dymitr, jego wolność i zapewnienie, że Doru i każdy z jego ludzi zostawi go w spokoju. Oddałam swoje życie w jego ręce w zamian za nietykalność Dymitra. Arystokracje dorzucili w pakiecie. Mi byli obojętni, on potrzebował ich tylko, bo za dużo wiedzieli. Razem z zawarciem między nami umowy, stali się bezużyteczni.
Teraz to jedyne, nad czym Dymitr będzie się zastanawiał. I w końcu zrozumie, że tu chodziło tylko i wyłącznie o niego.
Bo przecież chcieliśmy odejść ze służby, porzucić to życie i wyprowadzić się do Rosji. Nie ratowałbym arystokracji po tym, co nam zrobili.
I Dymitr odejdzie. Będzie szukał mnie na własną rękę, nieograniczany żadnym morojskim prawem.
I wierzę w to, że wszystko mu się uda i zamieszkamy razem w Bai, a niedługo po tym, dokładniej niż do tej pory, on pokaże mi tą jego Rosję. Tą, którą on kocha. Którą ja pokocham, bo kocham jego.
Kocham Dymitra Belikowa i zamierzam się tego trzymać, kiedy tylko będę mogła. Nawet jeśli na jakiś czas to uczucie przestanie dla mnie istnieć. Wiem, że nigdy nie przestanę, go kochać, choćby nie wiem, jak nasze życie się kiedyś potoczyły.
Krzyżuje ramiona i zaciskam usta, próbując się nie rozsypać. Nie wiem, czy wszystko się uda i, prawdę mówiąc, jestem przerażona.
- Idziemy. - Cecil łapie mnie za rękę i ciągnie do tyłu. Robię krok, nie chcąc się przewrócić i strzepuje jego dłoń.
- Łapy przy sobie.
- Spokojnie. Niedługo będziemy najlepszymi wspólnikami.
- Jedyne co kiedykolwiek będzie nas łączyć to, że zostaniesz moją przystawką. Gwarantuję ci, że będziesz pierwszą osobą, w którą wbije zęby po przebudzeniu.
Chłopak śmieje się, tak jakby usłyszał dobry dowcip i ciągnę mnie do wyjścia. Kurtyna przeciwpożarowa podnosi się i po drugiej stronie czeka już na nas Robert z Anną i dwóch ich pomocników z karabinami na ramionach.
- Po co to całe przedstawienie.
- Działam zapobiegawczo. Poza tym znana jesteś ze swojej wybuchowości i...
- Nieprzewidywalności. - kończy za niego Anna.
Kolejny już raz widzę ją w niebieskiej sukience, jednak mogę się założyć, że te wszystkie poprzednie były w innych odcieniach.
- I kto to mówi. - odparowuje.
Robert zaciera ręce.
- Szykuje się świetna zabawa.

------------------

Miło by było gdybyście zostawili po sobie jakiś ślad :) ❤️

Do napisania tej miniaturki, (bo może kiedyś doczeka się kontynuacji... :D ) zainspirowało mnie to zdjęcie:

11849221_179220392413043_554246463_n[1]

czwartek, 12 października 2017

Co by było, gdyby...? - 1.2

- Strażniku Belikow. - odezwała się dyrektorka, próbując przybrać naturalny ton głosu. - Za pięć minut w moim gabinecie.
Dymitr nie miał z tym większego problemu.
- Oczywiście. - odpowiedział zwyczajnie, służbowym tonem.
Oprócz lekko przyśpieszonego oddechu, nic w jego wyglądzie nie odbiegało od postawy wzorowego strażnika. Kirowa wyszła, nie oglądając się za siebie i nieświadomie spowodowała kolejny problem.
- To dlatego... - zaczęła Tasza łamiącym się głosem. - Dlatego się wahałeś. Dlatego powiedziałeś, że się zastanowisz. Od razu mogłam się domyślić, że chodzi o coś więcej, niż o kolejną zmianę przydziału w tak krótkim czasie. Oferowałam Ci tak wiele... Prace w terenie, stały związek, dzieci...
Kobieta przeniosła wzrok na mnie.
- Jednak jak widzę, użeranie się z małolatami wcale ci nie przeszkadza.
Że jak?! Tasza zaproponowała Dymitrowi, żeby został jej strażnikiem?! I ona - przełknęłam ślinę - chciała czegoś więcej? Od swojego przyjaciela? Że, co proszę?! Już miałam otworzyć buzię i powiedzieć jej co nieco na ten temat, ale zdałam sobie sprawę, że to mogłoby to tylko pogorszyć sytuację. Raz w życiu postąpiłam tak, jak powinnam. Wow.
Morojka starła łzy z policzków, próbując się całkowicie nie rozkleić.
- Dmika... Zmieniłeś się, od naszego ostatniego spotkania.
Dymitr stał jeszcze chwile nieruchomo, lecz niestety cały czas tyłem do mnie, więc nie widziałam jego twarzy. Podejrzewałam jednak, że jak zwykle nie wyrażała zupełnie nic, co potwierdziły następne słowa Taszy.
- I ta twoja cholerna obojętność!
Belikow bez słowa skierował się do wyjścia, zabierając po drodze z ławki swój prochowiec.
- A teraz tak po prostu stąd wyjdziesz?! - w głosie kobiety ledwo dało się wychwycić wcześniejszy smutek. - Porozmawiaj ze mną ty cholerny tchórzu!
Dymitr zatrzymał się z ręką na klamce.
- Przepraszam. - powiedział cicho, po czym opuścił salę.
Mimo iż mogłoby się wydawać, że była to wypowiedź skierowana do Taszy w geście skruchy, wcale tak nie było. Mówił do mnie i obie zdawałyśmy sobie z tego sprawę.
Wziął na siebie całą odpowiedzialność za tą sytuację. Przepraszał za to, co się wydarzyło. Za to, że pozwolił sobie na chwile nieuwagi i w co nas przez to wpakował. Och, miałam nadzieję, że będzie mi dane jeszcze z nim porozmawiać.
- To przez ciebie, głupia zdziro! - krzyknęła morojka już pewnym głosem, choć błyszczące smugi dalej znaczyły jej policzki.
Nawet w takiej sytuacji, z zaczerwienionymi oczami i twarzą wypełnioną bólem dalej była piękna. Łzy i smutek dopełniały ją, tak samo, jak blizny.
- To ty mi go odebrałaś!
Tasza zrobiła krok do przodu i gdyby wzrok mógł zabijać, to nie musiałaby próbować zrobić tego własnoręcznie. Nie spodziewałam się, że tak szybko znajdzie się przy mnie i ledwo zdołałam zablokować jej cios. Skupiła się tylko na zemście i na zadaniu jak największej liczby ciosów zapominając, że w walce technika jest równie ważna. Znowu ja musiałam pamiętać, że mimo wszystko jest morojką i nie mogę jej skrzywdzić, więc pozostała mi jedynie obrona i szukanie jakiegoś jej słabego punktu. Po chwili okazało się, że mamy jeden wspólny. Obie miałyśmy długie, rozpuszczone włosy. Gdy blokowałam jej kolejny cios, dłonią zdążyłam chwycić trochej jej włosów i za nie pociągnąć. Tasza krzyknęła i próbowała mnie odepchnąć, ale ja nie puściłam jej i gdy cofałam się, by złapać równowagę, pociągnęłam ją za sobą. Upadła na podłogę i to był mój moment. Puściłam jej włosy i sprawnie unieruchomiłam ręce, wyginając je do tyłu. Przygniotłam ją kolanem do ziemi, cały czas uważając, by za bardzo jej nie skrzywdzić, czego ona mi nie ułatwiała, cały czas się szarpiąc.
- Puszczaj mnie, gówniaro!
- Musisz się uspokoić. - odparłam spokojnie.
Z satysfakcją pomyślałam, że Dymitr byłby ze mnie dumny za opanowanie w takiej sytuacji.
- Nie będziesz mi rozkazywać!
- Naprawdę chcesz się ze mną kłócić?
- Pójdę z tym do dyrektorki! - sapnęła ciężko przed następnym zdaniem. - Możesz już sobie szukać miejsca pod latarnią!
- Co się tu... Rose?! - usłyszałam głos Christiana. Obróciłam się przez ramie i zobaczyłam go stojącego w drzwiach z przerażeniem na twarzy. - Co ty robisz? Puść ją natychmiast!
W tym momencie nieświadomie poluźniłam uścisk i to wystarczyło Taszy. Szarpnęła się jeszcze raz i zdołała uwolnić jedną rękę, z mojego uścisku. Odepchnęła się nią od podłogi i zrzuciła mnie z siebie.
Będąc na czworaka, miała przewagę i próbowała mnie zaatakować. Przeturlałam się w bok i stanęłam na nogach, Tasza podniosła się zaraz po mnie i kontynuowała atak. Christian krzyczał cały czas, żebyśmy przestały, ale jego ciotka wyraźnie nie miała takiego zamiaru, a ja tylko się broniłam. Chłopak zniknął wkrótce potem.
Morojka z czasem coraz bardziej się męczyła. Walka trochę ją ostudziła, ale zawziętość w oczach nie zniknęła. Gdy do sali wpadł Alto z Ozerą i Masonem, kobieta w końcu dała się odciągnąć. Bratanek posadził ją na ławce, a Ashford przyniósł wody, podczas gdy Stan zabrał się do wyjaśniania sprawy.
Posłał mi wściekłe spojrzenie.
- Co się tu do cholery działo?!
- To nie moja wina! - broniłam się. - To ta wariatka rzuciła się na mnie.
- Nie pogrywaj sobie ze mną, Hathaway.
- Mówię prawdę!
- Głupia suka. - warknęła Tasza.
- Ciociu! - krzyknął oburzony moroj.
- Co!? - zawtórował mu wkurzony Mason.
- Wyjdź, Christian. - nakazała kobieta tonem nieznoszącym sprzeciwu. Ten zignorował ją i dążył do wyjaśnienia sytuacji.
- Co powiedziałaś?
- O tej małej wywłoce?
Wstała, zgniatając już pusty kubek po wodzie i zaczęła do mnie podchodzić.
- Pani Ozera... - zaczął Mason.
- Nie wysilaj się - rzuciała Tasza przez ramie. - i tak nic z tego nie będzie. Ona złamie ci serce.
- Co? - zapytałam zdezorientowana.
- Jest w tobie zakochany. Naprawdę tego nie zauważyłaś?
Przerzuciłam wzrok z kobiety na Masona. Ten próbował coś powiedzieć, ale po chwili zrezygnował. Przeczesał ręką rude włosy i przyglądał mi się z zażenowaniem.
- Rose... - zaczął drżącym głosem.
Kontem oka zobaczyłam jakich ruch. Obróciłam się w samą porę, by uchronić się od ciosu, a niefortunny los sprawił, że odpychając Tasze, trafiłam w jej nos, z którego puściła się krew. Kobieta krzyknęła i na krótko w jej oczach pojawił się strach, jednak szybko został zastąpiony spojrzeniem "a tu cię mam".
- Widzieliście na własne oczy! To ona mnie zaatakowała! Ja chciałam tylko przejść! Strażniku, Alto?
- Nie może pan! - krzyknął Mason. - To będzie zwykłe oszczerstwo!
- Ashford... - warknął strażnik niskim głosem.
- Christian również może poświadczyć. - dampir nie dawał za wygraną - Prawda Ozera?
Moroj patrzył to na jednego to na drugiego trochę zdezorientowany, po czym zatrzymał przerażony wzrok na swojej ciotce. Pewnie nigdy nie przypuszczał, że mogła być zdolna do czegoś takiego. Po chwili jednak kiwnął głową.
- Christian? - zapytała Tasza spiętym głosem.
Chłopak przełknął ślinę.
- Nie mogę postąpić inaczej. Nie wiem, co zaszło pomiędzy tobą, a Rose, ale większość dowodów świadczy przeciwko tobie. Nie przyczynie się do wywalenia jej ze szkoły, bez względu na to, jakie mamy relacje.
- Strażniku Alto? - zwróciła się tym razem do dampira, już bardziej opanowanym głosem.
- Przepraszam, ale nie. Nie mogę skłamać. Nie w tej sprawie. To prawda, mam na pieńku z Hathaway, ale to nie znaczy, że oczernię ją przed dyrekcją. Kiedy ją wywalą, nie będzie miała żadnych oporów, żeby skopać mi tyłek. Dbam również o swoje interesy.
To sprawiło, że się uśmiechnęłam. Czyżby Stan żartował? W takiej sytuacji?
- No do cholery jasnej! - krzyknęła Tasza. - Od kiedy to dampiry stoją wyżej od nas w hierarchii! Christian. - złożyła ręce w proszącym geście i wlepiła wzrok w bratanka. - To odbije się także na tobie. Kolejne oskarżenie skierowane na naszą rodzinę.
- Bo najwyraźniej jest z nami coś nie tak! - odparował chłopak. - I jeśli to objawia się z wiekiem, to chyba zacznę się modlić, żeby tego nie dożyć!
Zaczął nerwowo chodzić po sali, a jego ciotka wyglądała, jakby jej porządnie przyłożył.
- Christian... ale tu nie o to chodzi.
- Tak? - zapytał ze zbolałą, lekko drwiącą miną. - To niby o co?
Tasza przetarła twarz dłonią, ale to ja odpowiedziałam.
- O złamane serce.

------------------

7 i kawałek ekranu! Jej! Wszystko, co wrzucam, przeważnie ma cztery :P

***

"Pamiętam lata temu 
Ktoś powiedział mi, że powinienem być
Ostrożny kiedy chodzi o miłość
Byłem..."

niedziela, 1 października 2017

Co by było, gdyby...? - 1.1

"Co by było, gdyby...?" sytuacja potoczyła się inaczej, czyli jedna z kategorii wrzucanych tu one-shotów czy miniaturek.

Pewne dziewczyny z jednej z facebookowych stronek o AW, wstawiły taką zabawę, że wrzucają fragment czy sytuację z danej części Akademii, a my wymyślamy własne jej rozwinięcie - i to, co tu widzicie, pisałam właśnie tam. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że w przyszłości zacznę pisać dalszy ciąg tego fragmenciku, a potem parę sytuacji na tej samej zasadzie i wpadnę na pomysł zrobienia z tego serii. :D

Mam nadzieję, że nie namieszałam wam tym wyjaśnieniem jeszcze bardziej :P

Zapraszam do czytania :D

***
"- Rose – powiedział ostrzegawczo. Ignorując go, pchnęłam raz jeszcze. Gdy przemówił następnym razem, jego głos był dużo ostrzejszy. – Rose. Stop.
Cofnęłam się od manekina, zaskoczona własną zadyszką. Nie zdawałam sobie sprawy, że pracowałam tak ciężko. Moje plecy uderzyły o ścianę. Nie mając drogi ucieczki, spoglądałam jak najdalej od niego, wbijając wzrok w podłogę. (...)

(...) Jego ręka, zamiast sięgnąć włosów, niespodziewanie pochwyciła moją, dotychczas dźgającą go w klatkę. Przyszpilił ją do ściany i byłam całkowicie zaskoczona widząc płomienie emocji w jego oczach. Nie była to dokładnie złość... tylko innego rodzaju frustracja.
- Nie mów mi co czuję. – warknął. (...)
- Więc to prawda?
- Nie rozumiem?
- Zawsze musisz być górą. Jesteś taki sam jak ja...
- Przeciwnie - odparł, z trudem zachowując spokój. - Nauczyłem się panować nad sobą.
Nie wierzyłam mu za grosz.
- Nieprawda. Robisz dobrą minę do złej gry. Zachowujesz spokój, a za chwilę tracisz równowagę. - Przysunęłam się bliżej i zniżyłam głos. - Zdarza się, że po prostu nie chcesz się kontrolować."

Puścił mnie, cofając się o kilka kroków. Ręce zacisnął w pięści i zamknął oczy. Nie wiem, o czym myślał, ale próby uspokojenia oddechu nie przynosiły skutku. Obserwując go dłuższą chwilę, zdałam sobie sprawę, że nigdy wcześniej go takiego nie widziałam. To było dziwne, a jednocześnie fascynujące. Dane mi było, poznać go z innej strony...
- To nie jest takie łatwe, Rose.
Poderwałam głowę, słysząc jego słowa. Nawet nie wiedziałam, że spuściłam wzrok, dopóki nie usłyszałam jego głosu, w którym nie pozostało już nic ze wcześniejszego zdenerwowania. Ale ten ton. Słyszałam go już.
- Szczególnie przy tobie.
- Przesłyszałam się? - spytałam cicho.
Na więcej nie umiałam się zdobyć. Wcześniej dogadywałam mu, bez jakichkolwiek zahamowań, a teraz?
- Nie poznaje się od jakieś czasu. Myślę i robię rzeczy, których nie powinienem. - podszedł do mnie i oparł dłoń na moim policzku. - Nie powinienem tego robić, ale nie mogę się powstrzymać. Za każdym razem, kiedy cię widzę, muszę walczyć ze sobą, żeby nie podejść i cię nie pocałować. Nie wiem, co ze mną zrobiłaś, nie wiem jakim cudem masz na mnie tak dziwny wpływ. Znam cię tak krótko, ale nie sypiam po nocach, bo zaprzątasz moje myśli. Nawet nie wiem, czy ta wypowiedź ma jakikolwiek sens, ale próbuję w jakiś sposób, powiedzieć ci, co czuję. Co samo w sobie też nie jest proste i jasne...
- Proszę, przestań gadać. - przerwałam mu i złapałam za koszulkę, przyciągając go do siebie.
Tak jak podejrzewałam, odwzajemnił pocałunek i to było coś wyjątkowego. Przelaliśmy w niego wszystkie emocje dzisiejszego dnia, aż do momentu, gdy została sama słodycz. Całowałam się z wieloma chłopakami, ale takiego czegoś, nie doświadczyłam jeszcze nigdy. To było inne i wyjątkowe tak samo, jak Dymitr. Całe moje ciało przechodziła elektryczność i niebywała rozkosz. On czy ja nie było różnicy. Byliśmy tylko my. Jego ręce, pod moją bluzką doprowadzały mnie do szaleństwa i...
- Dymitr?! - przerażenie, rozpacz, zdziwienie, nie wiem co, w tym głosie sprawiło, że tak gwałtownie oderwaliśmy się od siebie. Zakręciło mi się w głowie, więc oparłam się o ścianę i przymknęłam oczy. Słyszałam jakieś krzyki. Kogoś zrozpaczonego i oburzonego. To chyba były dwa głosy.
- Hathaway!!!
Gdy po dłuższej chwili otworzyłam oczy, wszystko się wyjaśniło.
W drzwiach stała Tasza, razem z Kirową.

------------------

Mam nadzieję, że mimo wszystko połapaliście się o co z tym chodzi :P

Uprzedzając pytania, tak, będzie kolejna część tego :D

Więc... do zobaczenia niedługo! :D

piątek, 1 września 2017

One-shot #1

- Rose! - zawołał Evans z drugiego końca korytarza. - Zaniesiesz to do Hansa?
Zamachał średniej wielkości paczką, którą trzymał w ręce.
- Ja już skończyłam służbę.
Podbiegł do mnie.
- Proszę. Masz po drodze.
Zmierzyłam go wzrokiem.
- Bardzo.
- Rose, no proszę.
- Dobra, dawaj to i nie jęcz.
- Jesteś wielka.
- Wisisz mi przysługę! - zawołałam za nim, ale tego już nie było.
Pokręciłam głową i przeciągnęłam się. To był meczący dzień. Masakrycznie nudny, ale męczący. Marzyłam tylko o ciepłym łóżku i Dymitrze obok. Ewentualnie jeszcze kubku gorącej czekolady.
W połowie drogi do Hansa idąc krużgankiem*, w oddali zauważyłam Dymitra, który przecinał dziedziniec, wracając po skończonej służbie do domu. Mało się dzisiaj widzieliśmy, bo Christian wybył gdzieś z samego świtu, jeszcze za strażnikami z nocnej zmiany i nie pojawił się przez cały dzień. Chciałam go zawołać, ale ktoś mnie uprzedził. Jakaś małolata rzuciła mu się w ramiona, a on odwzajemnił uścisk.
Co tu się do cholery dzieje?!
Schowałam się za kolumną tak, żeby nie było mnie widać i obserwowałam sytuację.
Belikow puścił dziewczynę, zamienił z nią dwa słowa, a ona z powrotem się na nim uwiesiła. Na odchodnym pocałowała go w policzek, a on się za nią obejrzał, z uśmiechem. Z tym, który tak rzadko u niego widywałam. Dampirka odmachała mu również ze szczęściem wypisanym na twarzy.
Kto to do cholery jest?!
Poczekałam, aż Dymitr oddali się na bezpieczną odległość i dogoniłam tę dziewczynę.
- Hej, młoda!
- Do mnie mówisz? - spytała, odwracając się w moją stronę.
Miała jeszcze wyraźniejszy akcent niż Dymitr, choć u niej nie brzmiał tak pięknie. Albo po prostu patrzyłam na nią przez pryzmat tego, co się tu stało.
- Oho, Rosjanka.
- Tak... - zaczeła powoli, marszcząc brwi. Chyba nie bardzo wiedziała, o co mi chodzi. - Jakiś problem?
- Jak długo się znacie?
- Kto? Z kim?
- Nie udawaj głupiej. Oczywiście, że ty z Dymitrem.
Zaśmiała się. Bezczelna.
- Ja z Dymitrem? Od zawsze. I to dosłownie. Wychowywaliśmy się razem.
Prychnęłam.
- Dupek.
- Co?
- Nie ważne. - Wytknęłam ją palcem. - Nie wtrącaj się do nie swoich spraw.
- Ale...
- Odwal się od niego dobrze ci radze!
Dziewczyna nawet nie mrugnęła, tylko dalej wpatrywała się we mnie z lekkim uśmiechem.
Odwróciłam się, mając zamiar poważne porozmawiać z Dymitrem, a potem ewentualne wrócić do tej gówniary.
- Ty jesteś Rose? - zawołała za mną.
- Hathaway! Rose Hathaway! Dobrze zapamiętaj sobie to nazwisko!
Gdyby nie paczka, dla Hansa, w której dostarczenie się wkopałam, od razu poszłabym wygarnąć Dymitrowi.
Cholera.
Drzwi do mieszkania były otwarte, co dobrze się składało, bo nie miałam zamiaru jeszcze mocować się z zamkiem.
- Belikow! Belikow wyłaź, gdziekolwiek się ukryłeś!
- Rose? - wychylił się z łazienki, wycierając ręce. - Co się stało?
Wrzucił ręcznik do łazienki i zaczął do mnie podchodzić.
- Co się stało?! - prychnęłam. - Ty się jeszcze pytasz, co się stało?! Wszystko widziałam! Oszukałeś mnie! To się stało!
Dymitr zatrzymał się i pokręcił głową zmieszany.
- Hej, spokojnie. Ja... Co w ogóle widziałaś? Kiedy?
- Ciebie i tę dziewczynę! Na placu! Przytulaliście się! Przy ludziach! A ponoć taki zamknięty w sobie jesteś i nie pokazujesz emocji! Może ja cię w ogóle nie znam! Może masz dwie zupełnie różne twarze, jedną tu, a drugą w Rosji! Belikow, do cholery! Kim ty w ogóle jesteś?!
- Wiktoria...
- A więc tak się nazywa. - wtrąciłam się. - Mi wypominałeś różnicę wieku, a ona jest jeszcze młodsza! Kiedy to się w ogóle zaczęło?
- Wiktoria jest moją siostrą. - przerwał mi.
- Co? - zbaraniałam.
- No tak. Nie wiedziałem nic o jej przyjeździe. Byłem zaskoczony, gdy tak po prostu wyrosła przede mną, jak spod ziemi.
- Czemu nic nie mówiłeś?
Podniósł brew.
- A dałaś mi dojść do słowa?
Wpatrywałam się w niego przez chwilę, próbując zrozumieć, co się tu tak naprawdę stało.
- Boże. - przetarłam dłonią twarz i zaczęłam chodzić po pokoju. - A jej tam zrobiłam awanturę. I kazałam się od ciebie odwalić.
Dymitr parsknął śmiechem. Ty swoim krótkim, pięknym śmiechem.
- Tak, pewnie. - mruknęłam pod nosem. - Śmiej się, śmiej. Zasłużyłam.
Podszedł i przyciągnął mnie do siebie. Objęłam go w pasie i oparłam głowę na jego torsie. Przymknełam oczy relaksując się. Kochałam ten rodzaj spokoju, którego zawsze doświadczałam w jego ramionach.
- Przepraszam.
- Nie masz za co. Dla niewtajemniczonego obserwatora to faktycznie mogło wyglądać podejrzanie. Też bym się zdenerwował i zażądał wyjaśnień, widząc cię z jakimś nieznanym facetem w takiej sytuacji.
- No właśnie. To podstawowa różnica między nami. Ty najpierw chciałbyś usłyszeć co mam na ten temat do powiedzenia, a ja od razu się na ciebie wydarłam i nie dałam ci dojść do słowa.
Pocałował mnie w czubek głowy.
- Chyba muszę iść też ją przeprosić.
- Nie musisz. Zaraz tu będzie. Miała się przebrać i przyjść cię poznać.
- Że co?
Odsunełam się od niego na długość rąk, wybałuszając oczy. Belikow uśmiechnął się pocieszająco. Przymknęłam oczy i westchnęłam.
- No to zrobiłam genialne pierwsze wrażenie. Nie, żeby mnie to kiedykolwiek obchodziło.
Dymitr pocałował mnie w czoło i odgarnął włosy z mojej twarzy.
- Nie martw się. Wiktoria nie ocenia ludzi po pozorach. Co do pozostałych sióstr, to Sonia mogłaby się trochę uprzedzić, ale i tak z pewnością każda z nich pokocha cię po bliższym poznaniu.
- Twoja mama pewnie też. I to jako pierwsza z nich wszystkich. - zakpiłam.
- Dokładnie. - odpowiedział.
- Ja nie mówiłam poważnie.
- A ja owszem.
- O matko.
Znowu się o niego oparłam. Po chwili Dymitr podniósł mój podbródek, żebym popatrzyła mu w oczy.
- Czyżby Rose Hathaway się bała?
- Och spadaj.
Dźgnęłam go palcem w pierś.
- Nie masz czego. - zapewnił. - Po prostu bądź sobą.
- Ta... łatwo mówić. Zależy mi na tobie i nie chce mieć żadnych zatargów z twoją rodziną.
- Słuchasz mnie w ogóle?
- Tak.
- Więc przestań się martwić.
Nie miałam nawet szansy kolejny raz zaprotestować, bo Dymitr zamknął mi usta pocałunkiem.
Nie trwało to długo, ale nie powiem, było skuteczne. Przeszkodziło nam pukanie do drzwi. Odsunęliśmy się od siebie w momencie, w którym nasz gość nacisnął klamkę. Wiktoria wyjrzała zza drzwi z uśmiechem.
- Drzwi się zamyka, tu nie afryka!
Weszła do środka, z jakimś młodym dampirem i skierowała prosto do brata. Chciała go uścisnąć, ale zatrzymała się w pół kroku i spojrzała na mnie.
- Możemy? - spytała przez śmiech.
Odwróciłam wzrok zażenowana, a ona objęła brata. Potem podała mi rękę.
- Wiktoria Belikow. Miło mi cię poznać Rose.

------------------

*KRUŻGANEK - korytarz biegnący wzdłuż zewnętrznych ścian budowli, otwarty arkadami na dziedziniec. Na ogół przykryty sklepieniem lub stropem krzyżowym, na zewnątrz otwarty najczęściej arkadami filarowymi lub kolumnowymi.

Dziękuje bardzo @KaringaKlara, która, gdy miałam problem z nazwaniem tego, wymyśliła "kolumny, podtrzymujące sklepienie przy dziedzińcu" i po wpisaniu tego wujek google wreszcie zrozumiał, o co mi chodzi i zdradził, jak to się fachowo nazywa.

Pozdrawiam również @WeronikaKonikowska, która, gdy wysłałam fragment pierwowzoru tego zdania z luką na brakujące słowo, ("...gdy przechodziłam pod ... dziedzińca w oddali zauważyłam...") zareagowała jako pierwsza i od razu chciała wiedzieć "Kogo?".

------------------
W najbliższym czasie pojawi się parę one-shotów i miniaturek! :D

Pozdrawiam wszystkich, którzy tu jeszcze zaglądają :D

+ Dla niewtajemniczonych, którzy nie zaglądają, ani na facebookową stronę, ani na mojego wattpada, piszę jeszcze Zonilę, opowiadanie o (aktorach grających Rose i Dymitra) Zoey Deutch i Danili Kozlovsky'im ❤ Tak, uwielbiam ich razem ❤  Publikowane jest na razie tylko na wattpad'zie i tu pytanie: ktoś chce, żeby wrzucać to także na bloga? :D

Do następnego! :D

Zapoznanie

Dzieję się to gdzieś w trakcie pobytu Rose i Dymitra w Baia w "Homecoming". *** Zwykłe, spokojne przedpołudnie w domu Beliko...