- No do cholery jasnej! - krzyknęła Tasza. - Od kiedy to dampiry stoją wyżej od nas w hierarchii! Christian. - złożyła ręce w proszącym geście i wlepiła wzrok w bratanka. - To odbije się także na tobie. Kolejne oskarżenie skierowane na naszą rodzinę.
- Bo najwyraźniej jest z nami coś nie tak! - odparował chłopak. - I jeśli to objawia się z wiekiem, to chyba zacznę się modlić, żeby tego nie dożyć!
Zaczął nerwowo chodzić po sali, a jego ciotka wyglądała, jakby jej porządnie przyłożył.
- Christian... ale tu nie o to chodzi.
- Tak? - zapytał ze zbolałą, lekko drwiącą miną. - To niby o co?
Tasza przetarła twarz dłonią, ale to ja odpowiedziałam.
- O złamane serce.
***
- Słucham? - spytał moroj.
Tasza spojrzała na mnie z nienawiścią.
- I jaki w ogóle ma z tym związek Rose? - kontynuował chłopak. - To ona ci je złamała?
- Omamiła i odebrała mi faceta, którego kochałam.
Christian prychnął.
- Kogo mogła ci odbić, żeby nie był przynajmniej dziesięć lat młodszy od ciebie albo tyle samo od niej starszy?
Tasza już otwierała usta, ale w ostatniej chwili powstrzymała się od odpowiedzi. Spojrzała na mnie. Coś w jej twarzy się zmieniło. Jakby sobie uświadomiła, że tym wszystkim może jeszcze bardziej wkopać Dymitra. Pokręciła głową.
- Nie jesteś tego warta.
Podtrzymałam jej spojrzenie. Nikt się nie odzywał przez dłuższą chwilę. Napięcie między nami było prawie namacalne, dopóki Stan nie odchrząkną.
- Cieszę się, że doszłyście do jakiegoś porozumienia. Mam również nadzieje, że to już koniec z rękoczynami. Rose, jeśli będziesz chciała wnieść jakiekolwiek oskarżenie, to wiedz, że powiem, jak było.
Prawie otworzyłam usta ze zdziwienia.
- Pierwszy raz w życiu stajesz po mojej stronie. Wow.
- Nie przeginaj. - wytknął mnie palcem, po czym odwrócił się i ruszył do wyjścia.
W jego ślady poszła Tasza.
- Nie wniosę, żadnego oskarżenia. - zawołam za nimi.
Oboje zatrzymali się i odwrócili w moją stronę.
- Nie trzeba tego załatwiać w ten sposób.
Przez chwilę cała czwórka po prostu wpatrywał się we mnie.
- Jesteś pewna, Rose? - zaczął Mason, spoglądając z ukosa na Taszę. - Może...
- Nie, Mase. - przerwałam mu. - To sprawa między nami dwiema. A poza tym Ozera nie powinien kolejny raz odpowiadać za czyny swojej rodziny.
Moroj odzyskał już rezon i parsknął śmiechem.
- Myślałem, że mnie nie lubisz.
- Oh, ty też nie pałasz do mnie sympatią, ale dzisiaj mnie broniłeś. -wzruszyłam ramionami. - Możesz to uznać za spłatę długu.
Odwróciłam od niego wzrok i przeniosłam go na morojkę.
- Taszo... następnym razem, może po prostu porozmawiaj z tym, o kogo chodzi. Ta cała sytuacja tutaj, nic ci nie dała.
- Nie próbuj mnie pouczać. - syknęła, chociaż w jej oczach nie było już tej wcześniejszej wściekłości. - Nigdy.
Stan znowu spojrzał na nas zaniepokojony, nie wiedząc, czy znowu nie rzucimy się sobie do gardeł.
Jednak Tasza tylko kiwnęła głową i po kolejnej pełnej napięcia chwili opuściła salę. Odetchnęłam z ulgą.
- Jestem pod wrażeniem Hathaway. - odparł Alto i również wyszedł, zostawiając naszą trójkę samą.
***
Dymitr
Ellen stała przy biurku opierając się o niego rękami. Podniosła na mnie wzrok, gdy wszedłem i wytknęła mnie palcem.
- W tym momencie powinnam wywalić was oboje!
- Pani Dyrektor...
- Milcz, Belikow. Milcz i daj mi pomyśleć.
Usiadła ciężko na krześle i obróciła się powoli dookoła.
Raz, a potem drugi i trzeci.
Powoli zaczynało mnie to niepokoić.
W końcu zatrzymała się z twarzą zwróconą w moją stronę. Jej ręce spoczywały na oparciach krzesła. Twarz miała spokojną, lecz wiedziałem, że bije się z myślami.
Przez to, że w połowie dalej byłem z Rose na sali - choć tego nie okazłem - zaskoczyła mnie, gdy podniosła się gwałtownie i trzasnęła pięścią w biurko.
- Cholera, Belikow! Wielu rzeczy spodziewałabym się po różnych osobach, ale nie tego i nie po tobie! Wiem, że jesteś młody, wiem, że Hathaway ma taką, a nie inną reputację, ale jest do cholery twoją uczennicą! Jest niepełnoletnia! Gdzie się podziała twoja odpowiedzialność? Czy wiesz, że powinnam teraz po prostu donieść na ciebie? I że skończyłbyś przed sądem?
- Nic między nami się nie zdarzyło. Nie w ten sposób.
- Sugerujesz, że przed tobą nie była tak chętna do rozkładania nóg, jak przed innymi?
- Pani Dyrektor. - odparłem ostro.
Nie mogła tak po prostu oczerniać Rose.
- Co, Belikow? Zaprzeczasz, że robi to przed każdym, kto ma na to ochotę?
- Nic pani o niej nie wie. - syknąłem przez zaciśnięte zęby.
- Naprawdę? Jest tu od czwartego roku życia, a ty znasz ją zaledwie kilka miesięcy. Myślisz, że naprawdę wiesz o niej wszystko?
- Wiem, co pani sugeruje. I skoro dzieje się tak, a nie inaczej od długiego czasu, to czemu szkoła nic z tym nie robi?
- Robimy wszystko, co możemy.
- Z tego, co pani powiedziała, wynika zupełnie co innego.
- To nastolatki.
- No właśnie.
- Zawsze znajdą sposób, by robić to, czego nie powinni.
- Czyli przyznaje pani, że nie radzi sobie z tym, co się dzieje w pani szkole?
Szach mat.
- Za kogo ty się masz Belikow? - prychnęła morojka.- Masz reputację, ale kto tak naprawdę wie, co robisz, gdy nikt nie patrzy.
Zamiast się z nią kłócić, po prostu podtrzymałem jej spojrzenie. Miałem nadzieję, że to powiedziało jej wystarczająco. Po kilku pełnych napięcia chwilach przymknęła na oczy i zapytała o coś, czego się nie spodziewałem.
- Odkładając na bok wszelką moralność. Hathaway? Naprawdę?
Przecież widziała to na własne oczy.
- Co mam pani powiedzieć? - odpowiedziałem jedyny sposób, jaki przyszedł mi do głowy, wiedząc, że na to czekała i wzruszyłem ramionami.
Nie zamierzałem tłumaczyć się jej z moich uczuć.
Rose zdenerwowałoby, że odpowiedziałem pytaniem na pytanie, ale Ellen w ogóle nie zwróciła na to uwagi.
Machnęła tylko ręką i jęknęła.
- Zawsze miałam cię za porządnego człowieka, Belikow. Chciałbym wierzyć, że naprawdę nim jesteś. I, że to po prostu Hathaway ze swoim dziwnym sposobem bycia jakoś cię omamiła.
Ponownie zaczęła się kręcić na krześle. Raz w jedną, raz w drugą stronę.
Denerwowałem się coraz bardziej, bo cały czas nie powiedziała nic o tym, co zamierza zrobić z tą sytuacją. Bałem się także o Rose, o to, co w tym momencie może się z nią dziać.
Co, jeśli Ellen kazała komuś wyrzucić ją i wywieźć, póki ja jestem tutaj i nie mam możliwości reakcji? Póki nic nie podejrzewam?
"Uspokój się, Belikow." Gdzieś tam odezwała się moja racjonalna, strażnicza strona.
Nie mogłaby tego zrobić, bez konkretnego uzasadnienia. A to, że dalej tam stałem, znaczyło, że jeszcze nie podjęła decyzji. Zresztą jak wyjaśniłaby wyrzucenie Rose? Co napisałaby w papierach? Jej zachowanie ostatnio bardzo się poprawiło i zwalenie tego na nie, byłoby zwykłym oszczerstwem.
Moje myśli gnały jak szalone, to w jedną, to w drugą stronę. Starałem się uspokoić, ale nie umiałem. Miałem świadomość tego, że to wszystko jest moją winą i uświadomiłem sobie, że chyba naprawdę kocham tę dziewczynę. Nie wiedziałem, dlaczego akurat ona tak bardzo namieszała w moim życiu. Dlaczego zależało mi na niej bardziej niż na kimkolwiek wcześniej? Nie wiedziałem, dlaczego akurat przy niej tak się czułem, ale wiedziałem, już wtedy wiedziałem, że wezmę na siebie wszelkie konsekwencje, jakie to ze sobą poniesie.
Byłem tak bardzo pochłonięty myśleniem o tym wszystkim, że prawie podskoczyłem na głos dyrektorki.
- W obecnej sytuacji nie mogę sobie pozwolić na utratę żadnego strażnika, szczególne tak utalentowanego.
Zrobiła chwilową pauzę. Cały czas była obrócona do mnie plecami.
- Ale nie mam najmniejszych oporów, żeby wyrzuć Hathaway i to nawet w tej chwili. Skończyłaby się większość moich problemów i miałabym wreszcie święty spokój - odetchnęła melancholijnie. - Jednak wiem też, że nie uniknęłabym konsekwencji. Znając ciebie Belikow, to jak od początku ci na niej zależało i to, co dzisiaj widziałam, podejrzewam, że na pewno starałbyś się do tego nie dopuścić - i nawet nie chce wiedzieć jakimi względami kierowałbyś się tym razem - a już na pewno nie zostawiłbyś jej samej sobie. Albo załatwiłbyś jej naukę gdzie indziej, albo nawet odszedł z nią. W pierwszej sytuacji byłoby to bez sensu. Problem zostałby tylko przekazany w inne ręce, a mnie mogliby kiedyś pociągnąć do odpowiedzialności, za zatajenie prawdziwego powodu jej wydalenia i dodatkowo zostawienie ciebie na stanowisku. Do drugiej dopuścić nie mogę.
Westchnęła kolejny raz.
- Hathaway może zostać, ale proszę być świadomym strażniku Belikow, że tego nie zostawię. Zwołam zebranie i niech rada szkoły i strażnicy podejmą decyzję, co z nią zrobić po kolejnym poważnym wybryku. Jeśli będzie pozytywna, Hathaway zostanie, jeśli negatywna wyleci stąd hukiem, z takimi papierami, że nic już jej nie pomoże, a pan, Belikow, jeśli zdecyduje się z nią odejść, również będzie skończony. Wtedy powiem, co tak naprawdę się zdarzyło. Romans nauczyciela z uczennicą nie zostanie szybko zapomniany w naszym świecie.
Cały czas będąc obrócona do mnie plecami, uciszyła mnie gestem, jakby podejrzewając, że chcę się odezwać.
- W obu przypadkach decyzje podejmiemy po powrocie z Idaho. Do tego czasu wszystkie wasze zajęcia są odwołane. Kontaktować możecie się jedynie na moje wyraźne polecenie. Każdy inny kontakt będzie łamaniem polecenia służbowego, a więc kolejną podstawą do zwolnienia dyscyplinarnego, a także dowodem przeciwko panu podczas ewentualnego procesu.
Czekałem w ciszy na to, co jeszcze ma do powiedzenia, ale ona tylko z powrotem opadła na krzesło i wymamrotała cicho, że mogę odejść.
***
Rose
Usłyszałam pukanie do drzwi. Rzuciłam na oparcie krzesła bluzę, którą właśnie składałam i z westchnieniem ruszyłam otworzyć.
Miałam nadzieję, że nie był to nikt z moich przyjaciół. Nie chciałam im się ze wszystkiego tłumaczyć. Szczególnie Masonowi, który będąc świadkiem tej kłótni, koniecznie chciał wiedzieć, czym była spowodowana. Wiedziałam, że teraz już nie wymigałabym się od tej rozmowy, tak jak udało mi się to wcześniej pod pretekstem "czegoś do zrobienia."
Jednak gdy otworzyłam drzwi, za nimi zobaczyłam Dymitra.
Mimo wszystko nie spodziewałam się go tu.
Odsunełam się wpuszczając go do środka.
- Właśnie łamię polecenie służbowe. - mruknął, mijając mnie.
Oparł się ramieniem o ścianę, na łączeniu krótkiego korytarzyka i pokoju.
- Słucham?
Przeszłam obok niego i usiadłam po turecku na łóżku naprzeciwko niego, opierając się o ścianę. Nie obchodziło
mnie za jak prowokujące czy dwuznacznie ktoś mógłby to wziąć. To nie był ten nastrój, nie ta sytuacja.
- Cóż, Kirowa zabroniła mi się z tobą kontaktować.
- Więc... właśnie narażasz mnie na wydalenie ze szkoły?
- Ja... - spiął się i zmieszał. - Nie, skąd.
- Spokojnie. - Uśmiechnęłam się. - To był żart. I nie powinieneś już przypadkiem spać?
- A ty?
Kochałam, gdy odpowiadał pytaniem na pytanie.
- Z tego, co powiedziałeś, wynika, że nasze treningi zostały odwołane, więc mam rano jakieś dwie godziny więcej spania. Nie odczuje tego.
- Jeszcze przed chwilą o tym nie wiedziałaś. - powiedział, podnosząc brew. - I nie wolałabyś się wyspać?
Wzruszyłam ramionami, będąc świadoma tego, że on i tak wiedział, że coś jest na rzeczy. Tylko tym razem, o dziwo nie próbował tego ze mnie wyciągnąć. Może mając na uwadze dzisiejszą sytuację. Może podejrzewając, że to właśnie wokół niej krążą moje myśli.
I jeśli tak, to miał rację.
Milczeliśmy przez dłuższy czas, gdy każdy z nas odpłynął we własne myśli i mimo lekkiego napięcia między nami, ta cisza była relaksująca.
To ja ją w końcu przerwałam.
- Co jeszcze mówiła Kirowa?
- Odłożyła jakiekolwiek decyzje na czas wyjazdu.
- Tylko tyle?
Dymitr westchnął i wcześniej skrzyżowane na piersi ręce, włożył ręce w kieszenie swojego prochowca.
- Powiedziała, że nie może stracić kogoś takiego jak ja i że po tej sytuacji ma wszystko, czego potrzebowała, żeby cię wyrzucić.
- Wreszcie będzie mieć ze mną spokój.
- Nic nie zostało jeszcze ostatecznie powiedziane, Rose.
- Jednak oboje doskonale wiemy, jak to się skończy. Prędzej czy później czegoś się uczepią i w efekcie i tak nie skończę szkoły.
- Skończysz ją. I zostaniesz wspaniałą strażniczką. Oni po prostu nie dostrzegają tego, jaka naprawdę jesteś.
Unikając jego wzroku, wstałam i podeszłam do krzesła. Zabrałam z jego oparcia bluzę, poskładałam ją i położyłam na wcześniej przygotowaną kupkę ubrań. Schowałam to wszystko do
walizki leżącej na drugim końcu pokoju. Cały czas czułam na sobie spojrzenie Dymitra.
- Mam nadzieję, że to tylko na wyjazd. - odezwał się.
- I tak i nie. Potem mogę na to nie mieć czasu.
- Roza.
Zignorowałam to, że zwrócił się do mnie rosyjską wersją mojego imienia, której tak rzadko używał i kontynuowałam, nie patrząc na niego.
- Jeśli mnie wywalą, ostatnie chwile będę chciała spędzić z przyjaciółmi. Nie wiadomo kiedy lub czy w ogóle ich jeszcze zobaczę.
- Nie możesz tak myśleć. - wtrącił zatroskany.
- Albo czy będą chcieli mieć ze mną cokolwiek wspólnego, po tym, gdzie trafię i kim się stanę.
- Gwarantuję ci, że tam nie trafisz. Nie pozwolę na to. - zapewnił. - To jedno mogę ci obiecać.
- Dymitr...
- Poza tym nie wszystkie komuny są pełne dziwek. - zaskoczyło mnie to słowo w jego ustach, rzadko słyszałam, żeby tak się wyrażał. - Oczywiście są w nich miejsca, gdzie takowe przyjmują swoich klientów, ale w większości mieszkają tam też normalni ludzie. Z rodzinami.
- Na przykład takie jak ta, w której się wychowałeś?
- Tak.
Uśmiechnęłam się, nie do końca wierząc w to, co już się wydarzyło i co jeszcze zdarzyć się może.
Odwróciłam się i złapałam jego spojrzenie.
- Cokolwiek się stanie, proszę, pamiętaj, że kiedyś w twoim życiu był taki ktoś jak ja.
- Oh, Roza. - mruknął, podszedł i przyciągnął mnie do siebie.
Z chęcią wtuliłam się w niego.
To dało mi ukojenie i pozwoliło odsunąć pędzące myśli. Zamiast się zamartwiać, skupiłam się na nim. Na tym, jak pachniał, na rytmie jego serca, sposobie, w jaki mnie obejmował i jak bawił się moimi włosami. Chciałam zapamiętać ja najwięcej z mężczyzny dla którego, choć może niezbyt długo, byłam tak naprawdę ważna. Któremu zależało na czymś więcej niż tylko na moim wyglądzie i na tym, żeby się ze mną przespać. Zależało mu na mnie, na mojej duszy jak żadnemu wcześniej. Prawdziwie coś do mnie czuł i doskonale rozumiał. To jak się troszczył, bronił mnie, wysłuchiwał i pomagał. Był we mnie zakochany tak jak ja w nim. I choć była to beznadziejna sytuacja, bo nigdy nie powinniśmy czuć nic do siebie, to jednak chciałam się tego trzymać, a jego następne słowa potwierdziły, że on także.
- Odejdę, jeśli będzie trzeba.
Odsunęłam się od niego zszokowana tym, co usłyszałam.
- Słucham?
- Nigdy nie czułem czegoś takiego i wątpię, że poczułbym to jeszcze kiedykolwiek, gdybym teraz z tego zrezygnował. Gdym zrezygnował z ciebie. Poza tym nie zostawię cię na pastwę losu.
- To szaleństwo, Dymitr.
- Może. Jednak warte tego, co mogę zyskać. I choć nie wiem, jak rozwinie się nasza relacja, to chcę spróbować. Drugiej szansy mogę nie mieć.
- Dymitr...
Nie byłam pewna tego wszystkiego. Nie wiedziałam, co jest słuszne, a co nie. Nie wiedziałam co robić.
- Rose?
- Tak? - odpowiedziałam, choć tak naprawdę nie do końca tam byłam.
- Wszystko, co tu usłyszałaś, co powiedziałem i moje uczucia... Nie chcę, żebyś z tego powodu czuła jakąś presję.
Że jak? Najpierw deklaruje swoje uczucia do mnie, mówi, że byłby w stanie zrezygnować dla mnie ze służby, ze swojej kariery. Chce mnie chronić przed wyrzuceniem, a teraz jeszcze martwi się o to, jak ja to przyjęłam? Boże... jakim cudem zasłużyłam sobie na takiego człowieka?
- Nie martw się. - odpowiedziałam. - Ja... też chcę, chciałabym, tego... tylko nie wiem, czy takim kosztem. Tyle pracy włożyłeś, tyle lat trenowałeś i chcesz to wszystko zaprzepaścić dla jakiegoś uczucia?
- Myślisz, że nie warto?
- W ilu związkach byłeś? Jak długo one trwały?
- Właśnie ze względu na tamte związki wiem, w co się pakuję. Wiem, jak różne było to, co czułem wtedy od tego, co czuję teraz.
- Nie chcę cię stracić. Zależy mi na tobie jak na nikim innym, ale nie mogę pozwolić ci zaprzepaścić swojej przyszłości. Dymitr, masz dopiero dwadzieścia cztery lata. Co z twoją przyszłością, jeśli teraz przekreślisz ją takim czymś?
- Co z moją przyszłością, jeśli zostanę i zaprzepaszczę szansę na szczęście? Mogę mieć pracę, mogę być szanowany, ale bez szczęścia, bez miłości, których się na ich rzecz wyrzeknę. Co mi z takiego życia? Wiecznej pracy po kres moich dni? Czy na tym ma polegać życie?
- Złożyłeś przysięgę.
- Tak, by chronić tych, którzy sami nie potrafią się bronić. Jednak czy mam to robić kosztem swojego życia i szczęścia?
Nie odpowiedziałam, więc kontynuował.
- Nie wyrzekam się tego, ale sprzeciwiam systemowi, który każe mi to robić na takich warunkach. Nie akceptuje ich. Nie teraz kiedy mam ciebie. Zostałbym, gdybym mógł. Jednak obowiązują nas pewne zasady i jeśli ceną za miłość jest porzucenie służby, to zrobię to bez mrugnięcia okiem.
- Co się zmieniło w tak krótkim czasie?
Miałam na myśli to, że niedawno jeszcze mnie unikał, mówił, że nie możemy być razem, a teraz jest gotów porzucić służbę dla nas, jeśli tylko się na to zgodzę?
Jednak on doskonale wiedział, o co pytam.
- W końcu coś zrozumiałem. Broniłem się przed tym ze względu na to, co nam wpajano. Oni są ważniejsi. Ale teraz nawet nie wiem dlaczego. Uczą nas tego od dziecka i myślą, że będziemy trzymać się tego do końca. Ale nie. Każdy z nas prędzej czy później przekona się, ile traci. Zrozumie, co w życiu jest naprawdę ważne i że przeżycie go w samotności nie ma najmniejszego sensu. Jedni się z tym pogodzą inni nie. Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy.
- A ponoć to ja jestem buntownikiem. - uśmiechnęłam się.
- On siedzi w każdym z nas. - wzruszył ramionami. - Ty jako jedna z niewielu nie dałaś go w sobie zagłuszyć. I nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek się to udało.
- Za to twój odzywa się po tych wszystkich latach.
Uśmiechnął się lekko.
- Kiedyś mogliśmy służyć, jednocześnie mając rodziny. Potem coś się posypało i to też z naszej winy. Złe decyzje doprowadziły do tego, że coraz mniej dampirów decydowało się na związki. I w końcu ktoś zdecydował o tym, że dadzą jasny wybór. Albo służba, albo miłość. I tak nie powinno być. Dalej powinniśmy mieć wybór, choć niesie on ze sobą ryzyko.
- Jeszcze nie tak dawno z głupotę i marnotrawstwo uważałam to, że strażniczka Badiców zamierza zrezygnować ze służby, by wyjść za mąż. Ale teraz chyba ją rozumiem. Romans romansem, ale poważny związek i stawianie miłości ponad morojów? To by nie przeszło.
Uśmiechnął się i widziałam to nieme pytanie w jego oczach. "Więc?"
Czy byłam gotowa wziąć naszą relację na poważnie? Czy byłam gotowa, by związać się z tym człowiekiem, rezygnując z opieki nad Lissą? Odrzucić wszystko, czego uczono mnie przez lata? Stanąć twarzą w twarz z przyszłością, której nigdy wcześniej nie brałam pod uwagę? Jeśli mnie wyrzucą większość z tych rzeczy i tak nie będzie mieć znaczenia, ale właśnie biorąc je pod uwagę, powinnam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Czy w imię miłości byłabym w stanie zrezygnować z tego wszystkiego?
Nie wiedziałam, co nas czeka. Nie wiedziałam, co się wydarzy. Ale patrząc w czekoladowe oczy Dymitra, byłam pewna, wiedziałam, że będzie dobrze.
- Nie wiem, co to znaczy na dłuższą metę, - zaczęłam - ale chcę spróbować.
- I to mi w zupełności wystarczy.
- Nie boisz się, że kiedyś coś może nie wyjść?
- Planujesz złamać mi serce?
- Teraz ci się na żarty zebrało?
- Jesteś warta tego ryzyka.
Uśmiech pojawił się również na moich ustach. Zrobiłam dwa kroki do przodu, położyłam dłonie na jego piersi i zanim jego usta dotknęły moich, wyszeptałam:
- Wchodzę w to.
--------------
Wszystkie komentarze i opinie, bardzo, bardzo mile widziane 😊
No i wreszcie doczekaliście się trzeciej części! (Nie, żeby druga była w październiku... ) Czy jest ona ostatnią? Nie wiem. Może tak, a może nie, wszystko zależy od tego, czy jeszcze kiedyś natchnie mnie wena, by napisać coś dalej.
Więc... do zobaczenia następnym razem! ✨
środa, 8 sierpnia 2018
czwartek, 2 sierpnia 2018
Pamięć - 2.2
Coś ścisnęło mnie w środku, gdy to do mnie dotarło.
Byłam czyjąś żoną. Byłam żoną obcego mężczyzny. Faceta, którego nawet nie poznawałam.
I przerażało mnie to.
Czy to, dawało mu do mnie jakieś prawa? Czy mógł więcej, niż powinien?
Moja ręka zaczęła się trząść. Przełknęłam ślinę.
Dymitr odsunął się w tej samej chwili.
- Przepraszam. - szepnął na tyle cicho, że zastanawiałam się, czy naprawdę to powiedział.
A potem wyminął mnie i nie oglądając się za siebie, skierował do wyjścia z salonu. Po drodze mruknął coś po rosyjsku, a bogato ubrany moroj skinął mu głową. Minął nowicjusza i stojącego obok niego strażnika, zabrał płaszcz z wieszaka i wyszedł przez drzwi.
- Że co? - zapytałam, gdy zniknął mi z oczu.
Najwyraźniej mój głos brzmiał za cicho, ponieważ nikt nie zareagował. Musiałam odchrząknąć, żeby tym razem usłyszeli moje słowa.
- Co on powiedział?
Moroj zwrócił się w moją stronę.
- Może usiądziesz i posłuchasz? - zaproponował, zamiast odpowiedzieć na moje pytanie i wskazał kanapę, na której siedziała Lissa.
- Nie. - zaprotestowałam, podchodząc bliżej. - Co się tutaj do cholery dzieje? Czy to wszystko to jakaś chora gra?!
Była zdenerwowana, przerażona i choć w moim głosie słychać było żądanie, to nie byłam w stanie krzyczeć przez moje ściśnięte gardło, choć tak cholernie tego chciałam.
Lissa próbowała interweniować, z pewnością wiedząc, że się nie uspokoję.
- Spokojnie, Rose. Proszę...
- Nie! - przerwałam jej.
- Chcemy tylko...
Podniosłam rękę z obrączką.
- Jakim cudem jest to w ogóle możliwe?! Oboje jesteśmy dampirami, strażnikami! Jak do cholery do tego doszło?!
- Zostałam królową Rose. Mogę wprowadzać własne prawa.
Co ona bredziła? Niby jakim cudem? I jak niby zdołała zmienić prawo, które obowiązywało od wieków? Czy nie potrzebowała do tego zatwierdzenia rady? Nie było mowy, żeby ta banda królewskich dupków mogła kiedykolwiek się na coś takiego zgodzić. Jedyne co ich obchodziło to tylko własne tyłki.
- To nie jest możliwe. - pokręciłam głową. - Wyszłam za niego dla zielonej karty?
Szczęka Lissy o mało nie uderzyła w podłogę, a moroj zakrztusił się kawą.
- Co proszę? - żachnęła się blondynka.
- Jezu, Rose. - mruknął mężczyzna.
- Potrzebowaliście go legalnie w kraju - kontynuowałam - i to był najlepszy pomysł? Czysto biznesowe małżeństwo, tak? Tylko w takim razie, dlaczego akurat ja? Nie było lepszych kandydatek?
Lissa przesunęła rękami po włosach, a potem założyła je na piersi.
- Skąd ci to przyszło do głowy? - zapytała.
Wzruszyłam ramionami. Tak naprawdę, wydawało się to najbardziej realną z opcji.
- On nie jest stąd.
Powiedziałam to, co i tak już wszyscy wiedzieli. Jeśli nie wcześniej, to na pewno od czasu kiedy się odezwał. Jego rosyjski akcent mówił to jasno, a do tego był cudo... Nie! Nie myśli o tym Rose. Nie w ten sposób. On jest obcym człowiekiem.
- Tak - potwierdziła już trochę zirytowana Lissa - ale żył w Stanach na długo przed tym, zanim się spotkaliście.
- Więc o co chodzi? - zapytałam, nie rozumiejąc.
- O miłość między dwojgiem ludzi? - powiedziała, jakby nie mogąc uwierzyć w to, że w ogóle o to pytam. Jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Ale cholera, musiałam wiedzieć, o co naprawdę chodziło. Dlaczego nie chcieli powiedzieć mi prawdy. Przecież... to nie mogło być prawdą.
Westchnęłam z irytacją. Czy ja naprawdę oczekuję tak dużo?
- Liss, możemy pogadać w cztery oczy?
Dziewczyna rzuciła szybkie spojrzenie morojowi, ale uśmiechnęła się delikatnie do mnie. Miałam wrażenie, że coś z nim ustalała. Tak jakby mówiła mu, że wszystko będzie w porządku. Jakby ufała mu bardziej niż mi. Czy uważała mnie za zagrożenie? Czy myślała, że mogę ją skrzywdzić? Na litość boską, ona była moją przyjaciółką! Więcej, była moją podopieczną. Moją odpowiedzialnością. Pomijając wszystko inne, jej ochrona jest moją pracą, a ona jest ostatnią z Dragomirów. Cena nie byłaby warta jakichkolwiek korzyści. I przede wszystkim, dlaczego miałabym to robić?
- Pewnie. - odpowiedziała, wstając z kanapy.
Podeszła do mnie, złapała mnie za rękę i pociągnęła do wyjścia z salonu.
- Zaraz wrócimy! - zawołała do moroja.
Przeszłyśmy przez wielki hol, z drzwiami po lewej i schodami z antresolą po prawej stronie, do pomieszczenia naprzeciwko.
- Kolejna jadalnia? - spytałam zaskoczona.
Stół w salonie, przy którym siedział tamten facet, mógł pomieścić przynajmniej szesnaście osób. Ten tutaj był jeszcze większy.
Lissa pokiwała głową z entuzjazmem. Po wcześniejszej irytacji nie było nawet śladu. Jej nastroje zmieniały się jak w kalejdoskopie, a mi nie wydaje się, żeby kiedyś też tak było - cóż, pomijając czas, kiedy była pijana. Jednak jak widać, cztery lata to szmat czasu.
- Ten dom jest ogromny. - odparła z podekscytowaniem. - Będziesz zaskoczona tym, co jeszcze kryje.
- Naprawdę jesteś królową? - spytałam ją.
Bez różnicy na to, jak piękny był i ile rzeczy się w nim znajdowało, ten dom nie interesował mnie, nie w tamtej chwili. Najpierw musiałam dowiedzieć się czegoś o sobie i o czasie, którego ponoć nie pamiętałam. Lissa wydawała się do tego idealną kandydatką. Zawsze ufałam jej we wszystkim i nic nie wskazywało na to, żeby to się zmieniło. Przynajmniej taką miałam nadzieję.
Zawahała się, zanim odpowiedziała
- Tak. Jak już mówiłam.
- I mimo to dziwi cię to bogactwo i wystrój? - spytałam, przechadzając się po jadalni, patrząc na wszystko i nic konkretnego jednocześnie. - Czy sama nie jesteś w stanie mieć kilku domów takich jak ten?
- Cóż - zaczęła z nutką rozmarzenia w głosie. - Powiedzmy, że... Abe potrafi się urządzić.
Nie musiałam jej widzieć, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że się uśmiechała.
- Mogłabyś mieć to samo - kontynuowałam. - Wystarczyłoby tylko wynająć odpowiednich ludzi.
- Czy ty mi nie ufasz? - jej głos stał się ostrzejszy niż jeszcze chwilę wcześniej i wyraźnie słyszałam w nim zarzut. - Rose Hathaway czy ty mnie sprawdzasz?
Obróciłam się do niej i zobaczyłam, że stoi z założonymi rękami, patrząc na mnie przez zmrużone oczy.
- Może - odpowiedziałam lakonicznie i wzruszyłam ramionami. - Ale czy możesz mnie winić? Próbuję się odnaleźć w tym wszystkim. W końcu przed chwilą dowiedziałam się, że nie pamiętam czterech lat swojego życia. To nie zdarza się codziennie.
Widziałam, jak zmienia się wyraz jej twarzy i zanim mogłam zareagować, objęła mnie ramionami.
- Och, Rose. Tak mi przykro. Nie wyobrażam sobie, jak musisz się czuć.
Zanim zdążyłam odwzajemnić gest, odsunęła się, by na mnie spojrzeć. Jej twarz była pełna współczucia.
- Właśnie. Jak się czujesz?
Wyplątałam się do końca z jej objęć i westchnęłam.
- Jak w ukrytej kamerze. Mam wrażenie, że to wszystko jej jakimś chorym żartem.
Nie opowiedziała, tylko patrzyła na mnie. Choć wiedziałam, że była po prostu sobą - kochaną, delikatną Lissą, odwróciłam się, nie chcąc tego widzieć. Nie chciałam współczucia, nie potrzebowałam go. Potrzebowałam informacji, to one były kluczem do wszystkiego.
- To wszystko naprawdę się wydarzyło? - spytałam jeszcze raz. Ciężko było mi w to uwierzyć. - Jesteś królową i nikt nie przetrzymuje nas tu wbrew woli?
- Naprawdę, Rose. Nie okłamuję cię, nikt z nas tego nie robi. Nie mielibyśmy powodu.
Westchnęłam i usiadłam na krześle u szczytu stołu.
- Może jak usłyszysz resztę historii - kontynuowała blondynka - to wtedy przekonasz się, uwierzysz nam, że mówimy prawdę.
Racja może.
- Więc - odezwała się po chwili, gdy ja tego nie zrobiłam - to tyle? Możemy wracać?
- Nie. - zaprzeczyłam.
Chyba coś musiało być w moim głosie, bo kucnęła przede mną i położyła dłonie na moich kolanach. Małym uśmiechem zachęciła mnie, bym kontynuowała.
- Liss... - zaczęłam z wahaniem.
- Pytaj, o cokolwiek chcesz. - odpowiedziała natychmiast. - Masz gwarancję pełnej dyskrecji.
Przyłożyła jedną dłoń do serca w teatralnym geście. To nie pomagało. Jak miałam jej w pełni zaufać, skoro odnosiłam wrażenie, że nie traktuje mnie poważnie? Więc zamiast tego, co mnie dręczyło, zapytałam o co innego.
- Co się stało z Tatianą?
Popatrzyła na mnie dziwnie i odpowiedziała tak, jakbym robiła jej na złość.
- Naprawdę nie pamiętasz? - w jej głosie była drwina.
- Wydaje ci się, że żartowałabym sobie z tego? - spytałam, patrząc na nią gniewnie. Czy wróciłyśmy do przedszkola?
Co ona do cholery myślała? Naprawdę sądziła, że to idealny temat do żartów? - Jestem przerażona, Lisso! Jednego dnia kładę się normalnie w swoim łóżku, a kolejnego budzę nie wiadomo gdzie, w domu pełnym obcych ludzi i...
- Dobrze, Rose, dobrze! - przerwała mi. - Przepraszam. Nie powinnam była wątpić.
Patrzyłam na nią przez chwilę, ale w końcu kiwnęłam głową.
- Więc...? - ponagliła. - O co chodziło?
Musiałam jej powiedzieć. Nie wydawało mi się to świetnym pomysłem, ale do cholery kogo innego mogłam zapytać? Była moją przyjaciółką, przekonywałam się. Ufałam jej przez lata i teraz też musiałam jej zaufać. Od kogo innego mogłabym uzyskać odpowiedzi? Nikogo tu nie znałam.
- Śmiało. - zachęciła mnie.
Wzięłam głęboki oddech i wyrzuciłam z siebie.
- Czy to małżeństwo było z przymusu?
Lissa wyglądała na dalece zaskoczoną, zszokowaną lub wręcz urażoną tym pytaniem.
- Rose... Nie, skąd. Mówiłam ci to już wcześniej.
- To znaczy, że ja... chciałam tego?
- Cóż - mruknęła z uśmieszkiem. - Dymitrowi trochę zajęło, żeby cię przekonać, ale tak. Ostatecznie też tego chciałaś.
Jakby widząc, że mnie to nie przekonało i czytając moje obawy, podniosła brwi i westchnęła.
- Czy naprawdę myślisz, że ktokolwiek byłby w stanie zmusić cię do czegoś takiego?
Tak. Tak naprawdę, tak. Mogłam sobie wyobrazić, że ktoś mógł mnie zmusić do czegoś takiego. Mógł grozić mi lub moim bliskim. Mógł mieć coś na mnie. Mogłam zgodzić się na to, gdy było to lepszą z opcji. Boże, przecież ja nawet nie wiem, jaka byłam. Nie wiem nic o moim poprzednim życiu, o mojej przeszłości. Mogło być tysiąc powodów, dla których powiedziałam "tak". Jednak nie umiałam sobie wyobrazić, że zrobiłam to, bo tego chciałam.
- Nigdy nie myślałam o sobie jako żonie - zaczęłam. - Nie wyobrażam sobie tego, że mogę mieć męża. - westchnęłam i ukryłam twarz w dłoniach. - Lisso... Nie wiem co mam robić. Czuje się tak bardzo zagubiona. Dopiero co byłyśmy w Portland... a teraz mówisz mi, że minęły cztery lata. Jak mogły minąć cztery lata? Ledwo co wczoraj... - pokręciłam głową. - Nie jestem gotowa by się z tym wszystkim zmierzyć.
- Hej. - szturchnęła moje kolano, na którym trzymała swoje dłonie. - Spokojnie. Wszystko będzie dobrze.
- A co, jeśli on będzie czegoś ode mnie wymagał? Może i mam ten cholerny metal na palcu, ale on jest teraz dla mnie całkiem obcym człowiekiem. On nie może po prostu... - urwałam w połowie, gdy słowa ugrzęzły mi w gardle.
- Rose. Hej, Rose - znowu mnie szturchnęła. - Popatrz na mnie.
Po dłuższej chwili w końcu podniosłam wzrok i spojrzałam w jej błyszczące zielone oczy.
- Nie masz się o co martwić. Dymitr taki nie jest.
Prychnęłam.
- Tak? A jaki jest? Jest facetem jak każdy inny i jak każdy inny...
- Dymitr to nie każdy inny. - przerwała mi stanowczo. - Nie zmusi się do niczego wbrew twojej woli, chyba że będzie to obejmować ochronę życia.
Spuściłam wzrok, nie do końca wierząc w jej zapewnienia. Lissa westchnęła i dalej próbowała przekonać mnie, że to w czym tkwię, wcale nie jest szambem.
- On, można powiedzieć, ma swoją własną kategorię. Trudno porównywać go do innych lub przewidywać jak się zachowa. Oczywiście w pozytywnym sensie. - dodała natychmiast, jakby obawiała się, że mogłam pomyśleć coś innego. - W Akademii nowicjusze nazywali go Bogiem. Nie tylko przez to, jak wygląda. Myślę, że ty wiedziałaś to najlepiej.
Znałam ten ton i to spojrzenie, które mi dała. Nie miała na myśli przyzwoitych rzeczy. Ponownie ukryłam twarz w dłoniach, jednak tym razem z innego powodu.
- My robimy... TO prawda? - spytałam przez ręce.
- TO, Rose? - zaakcentowała tak jak ja, ale jej słowom towarzyszyło rozbawienie. - Nazywaj rzeczy po imieniu. Wszyscy jesteśmy tu dorośli. I tak z tego, co wiem, to uprawiacie seks tak jak każda normalna para.
O boże...
- On cię kocha, Rose.
- Psychopaci też kochają swoje żony.
Lissa pokręciła głową, już z pełnym uśmiechem.
- Chyba czujesz się coraz lepiej. I z tego, co wiedzę, to nie uwierzysz mi, dopóki się nie przekonasz. Choć - wyciągnęła do mnie rękę - posłuchasz naszej historii.
----------------
🎶 Hej, ho! Hej, ho! Opublikowałam to! 🎶
Wena przypłynęła i się napisało. ❤
Mój nowy rekord! 1.9k słów!
(w czymś co nie jest shotem - Romitri ma 2.6k)
Jak tam wasze wakacje? Bo ja wreszcie zrobiłam coś pożytecznego (mam na myśli napisanie i wrzucenie tego)! 🙈
Tu macie informację, gdzie jeszcze można mnie znaleźć i pod jakimi nazwami.
Byłam czyjąś żoną. Byłam żoną obcego mężczyzny. Faceta, którego nawet nie poznawałam.
I przerażało mnie to.
Czy to, dawało mu do mnie jakieś prawa? Czy mógł więcej, niż powinien?
Moja ręka zaczęła się trząść. Przełknęłam ślinę.
Dymitr odsunął się w tej samej chwili.
- Przepraszam. - szepnął na tyle cicho, że zastanawiałam się, czy naprawdę to powiedział.
A potem wyminął mnie i nie oglądając się za siebie, skierował do wyjścia z salonu. Po drodze mruknął coś po rosyjsku, a bogato ubrany moroj skinął mu głową. Minął nowicjusza i stojącego obok niego strażnika, zabrał płaszcz z wieszaka i wyszedł przez drzwi.
- Że co? - zapytałam, gdy zniknął mi z oczu.
Najwyraźniej mój głos brzmiał za cicho, ponieważ nikt nie zareagował. Musiałam odchrząknąć, żeby tym razem usłyszeli moje słowa.
- Co on powiedział?
Moroj zwrócił się w moją stronę.
- Może usiądziesz i posłuchasz? - zaproponował, zamiast odpowiedzieć na moje pytanie i wskazał kanapę, na której siedziała Lissa.
- Nie. - zaprotestowałam, podchodząc bliżej. - Co się tutaj do cholery dzieje? Czy to wszystko to jakaś chora gra?!
Była zdenerwowana, przerażona i choć w moim głosie słychać było żądanie, to nie byłam w stanie krzyczeć przez moje ściśnięte gardło, choć tak cholernie tego chciałam.
Lissa próbowała interweniować, z pewnością wiedząc, że się nie uspokoję.
- Spokojnie, Rose. Proszę...
- Nie! - przerwałam jej.
- Chcemy tylko...
Podniosłam rękę z obrączką.
- Jakim cudem jest to w ogóle możliwe?! Oboje jesteśmy dampirami, strażnikami! Jak do cholery do tego doszło?!
- Zostałam królową Rose. Mogę wprowadzać własne prawa.
Co ona bredziła? Niby jakim cudem? I jak niby zdołała zmienić prawo, które obowiązywało od wieków? Czy nie potrzebowała do tego zatwierdzenia rady? Nie było mowy, żeby ta banda królewskich dupków mogła kiedykolwiek się na coś takiego zgodzić. Jedyne co ich obchodziło to tylko własne tyłki.
- To nie jest możliwe. - pokręciłam głową. - Wyszłam za niego dla zielonej karty?
Szczęka Lissy o mało nie uderzyła w podłogę, a moroj zakrztusił się kawą.
- Co proszę? - żachnęła się blondynka.
- Jezu, Rose. - mruknął mężczyzna.
- Potrzebowaliście go legalnie w kraju - kontynuowałam - i to był najlepszy pomysł? Czysto biznesowe małżeństwo, tak? Tylko w takim razie, dlaczego akurat ja? Nie było lepszych kandydatek?
Lissa przesunęła rękami po włosach, a potem założyła je na piersi.
- Skąd ci to przyszło do głowy? - zapytała.
Wzruszyłam ramionami. Tak naprawdę, wydawało się to najbardziej realną z opcji.
- On nie jest stąd.
Powiedziałam to, co i tak już wszyscy wiedzieli. Jeśli nie wcześniej, to na pewno od czasu kiedy się odezwał. Jego rosyjski akcent mówił to jasno, a do tego był cudo... Nie! Nie myśli o tym Rose. Nie w ten sposób. On jest obcym człowiekiem.
- Tak - potwierdziła już trochę zirytowana Lissa - ale żył w Stanach na długo przed tym, zanim się spotkaliście.
- Więc o co chodzi? - zapytałam, nie rozumiejąc.
- O miłość między dwojgiem ludzi? - powiedziała, jakby nie mogąc uwierzyć w to, że w ogóle o to pytam. Jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Ale cholera, musiałam wiedzieć, o co naprawdę chodziło. Dlaczego nie chcieli powiedzieć mi prawdy. Przecież... to nie mogło być prawdą.
Westchnęłam z irytacją. Czy ja naprawdę oczekuję tak dużo?
- Liss, możemy pogadać w cztery oczy?
Dziewczyna rzuciła szybkie spojrzenie morojowi, ale uśmiechnęła się delikatnie do mnie. Miałam wrażenie, że coś z nim ustalała. Tak jakby mówiła mu, że wszystko będzie w porządku. Jakby ufała mu bardziej niż mi. Czy uważała mnie za zagrożenie? Czy myślała, że mogę ją skrzywdzić? Na litość boską, ona była moją przyjaciółką! Więcej, była moją podopieczną. Moją odpowiedzialnością. Pomijając wszystko inne, jej ochrona jest moją pracą, a ona jest ostatnią z Dragomirów. Cena nie byłaby warta jakichkolwiek korzyści. I przede wszystkim, dlaczego miałabym to robić?
- Pewnie. - odpowiedziała, wstając z kanapy.
Podeszła do mnie, złapała mnie za rękę i pociągnęła do wyjścia z salonu.
- Zaraz wrócimy! - zawołała do moroja.
Przeszłyśmy przez wielki hol, z drzwiami po lewej i schodami z antresolą po prawej stronie, do pomieszczenia naprzeciwko.
- Kolejna jadalnia? - spytałam zaskoczona.
Stół w salonie, przy którym siedział tamten facet, mógł pomieścić przynajmniej szesnaście osób. Ten tutaj był jeszcze większy.
Lissa pokiwała głową z entuzjazmem. Po wcześniejszej irytacji nie było nawet śladu. Jej nastroje zmieniały się jak w kalejdoskopie, a mi nie wydaje się, żeby kiedyś też tak było - cóż, pomijając czas, kiedy była pijana. Jednak jak widać, cztery lata to szmat czasu.
- Ten dom jest ogromny. - odparła z podekscytowaniem. - Będziesz zaskoczona tym, co jeszcze kryje.
- Naprawdę jesteś królową? - spytałam ją.
Bez różnicy na to, jak piękny był i ile rzeczy się w nim znajdowało, ten dom nie interesował mnie, nie w tamtej chwili. Najpierw musiałam dowiedzieć się czegoś o sobie i o czasie, którego ponoć nie pamiętałam. Lissa wydawała się do tego idealną kandydatką. Zawsze ufałam jej we wszystkim i nic nie wskazywało na to, żeby to się zmieniło. Przynajmniej taką miałam nadzieję.
Zawahała się, zanim odpowiedziała
- Tak. Jak już mówiłam.
- I mimo to dziwi cię to bogactwo i wystrój? - spytałam, przechadzając się po jadalni, patrząc na wszystko i nic konkretnego jednocześnie. - Czy sama nie jesteś w stanie mieć kilku domów takich jak ten?
- Cóż - zaczęła z nutką rozmarzenia w głosie. - Powiedzmy, że... Abe potrafi się urządzić.
Nie musiałam jej widzieć, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że się uśmiechała.
- Mogłabyś mieć to samo - kontynuowałam. - Wystarczyłoby tylko wynająć odpowiednich ludzi.
- Czy ty mi nie ufasz? - jej głos stał się ostrzejszy niż jeszcze chwilę wcześniej i wyraźnie słyszałam w nim zarzut. - Rose Hathaway czy ty mnie sprawdzasz?
Obróciłam się do niej i zobaczyłam, że stoi z założonymi rękami, patrząc na mnie przez zmrużone oczy.
- Może - odpowiedziałam lakonicznie i wzruszyłam ramionami. - Ale czy możesz mnie winić? Próbuję się odnaleźć w tym wszystkim. W końcu przed chwilą dowiedziałam się, że nie pamiętam czterech lat swojego życia. To nie zdarza się codziennie.
Widziałam, jak zmienia się wyraz jej twarzy i zanim mogłam zareagować, objęła mnie ramionami.
- Och, Rose. Tak mi przykro. Nie wyobrażam sobie, jak musisz się czuć.
Zanim zdążyłam odwzajemnić gest, odsunęła się, by na mnie spojrzeć. Jej twarz była pełna współczucia.
- Właśnie. Jak się czujesz?
Wyplątałam się do końca z jej objęć i westchnęłam.
- Jak w ukrytej kamerze. Mam wrażenie, że to wszystko jej jakimś chorym żartem.
Nie opowiedziała, tylko patrzyła na mnie. Choć wiedziałam, że była po prostu sobą - kochaną, delikatną Lissą, odwróciłam się, nie chcąc tego widzieć. Nie chciałam współczucia, nie potrzebowałam go. Potrzebowałam informacji, to one były kluczem do wszystkiego.
- To wszystko naprawdę się wydarzyło? - spytałam jeszcze raz. Ciężko było mi w to uwierzyć. - Jesteś królową i nikt nie przetrzymuje nas tu wbrew woli?
- Naprawdę, Rose. Nie okłamuję cię, nikt z nas tego nie robi. Nie mielibyśmy powodu.
Westchnęłam i usiadłam na krześle u szczytu stołu.
- Może jak usłyszysz resztę historii - kontynuowała blondynka - to wtedy przekonasz się, uwierzysz nam, że mówimy prawdę.
Racja może.
- Więc - odezwała się po chwili, gdy ja tego nie zrobiłam - to tyle? Możemy wracać?
- Nie. - zaprzeczyłam.
Chyba coś musiało być w moim głosie, bo kucnęła przede mną i położyła dłonie na moich kolanach. Małym uśmiechem zachęciła mnie, bym kontynuowała.
- Liss... - zaczęłam z wahaniem.
- Pytaj, o cokolwiek chcesz. - odpowiedziała natychmiast. - Masz gwarancję pełnej dyskrecji.
Przyłożyła jedną dłoń do serca w teatralnym geście. To nie pomagało. Jak miałam jej w pełni zaufać, skoro odnosiłam wrażenie, że nie traktuje mnie poważnie? Więc zamiast tego, co mnie dręczyło, zapytałam o co innego.
- Co się stało z Tatianą?
Popatrzyła na mnie dziwnie i odpowiedziała tak, jakbym robiła jej na złość.
- Naprawdę nie pamiętasz? - w jej głosie była drwina.
- Wydaje ci się, że żartowałabym sobie z tego? - spytałam, patrząc na nią gniewnie. Czy wróciłyśmy do przedszkola?
Co ona do cholery myślała? Naprawdę sądziła, że to idealny temat do żartów? - Jestem przerażona, Lisso! Jednego dnia kładę się normalnie w swoim łóżku, a kolejnego budzę nie wiadomo gdzie, w domu pełnym obcych ludzi i...
- Dobrze, Rose, dobrze! - przerwała mi. - Przepraszam. Nie powinnam była wątpić.
Patrzyłam na nią przez chwilę, ale w końcu kiwnęłam głową.
- Więc...? - ponagliła. - O co chodziło?
Musiałam jej powiedzieć. Nie wydawało mi się to świetnym pomysłem, ale do cholery kogo innego mogłam zapytać? Była moją przyjaciółką, przekonywałam się. Ufałam jej przez lata i teraz też musiałam jej zaufać. Od kogo innego mogłabym uzyskać odpowiedzi? Nikogo tu nie znałam.
- Śmiało. - zachęciła mnie.
Wzięłam głęboki oddech i wyrzuciłam z siebie.
- Czy to małżeństwo było z przymusu?
Lissa wyglądała na dalece zaskoczoną, zszokowaną lub wręcz urażoną tym pytaniem.
- Rose... Nie, skąd. Mówiłam ci to już wcześniej.
- To znaczy, że ja... chciałam tego?
- Cóż - mruknęła z uśmieszkiem. - Dymitrowi trochę zajęło, żeby cię przekonać, ale tak. Ostatecznie też tego chciałaś.
Jakby widząc, że mnie to nie przekonało i czytając moje obawy, podniosła brwi i westchnęła.
- Czy naprawdę myślisz, że ktokolwiek byłby w stanie zmusić cię do czegoś takiego?
Tak. Tak naprawdę, tak. Mogłam sobie wyobrazić, że ktoś mógł mnie zmusić do czegoś takiego. Mógł grozić mi lub moim bliskim. Mógł mieć coś na mnie. Mogłam zgodzić się na to, gdy było to lepszą z opcji. Boże, przecież ja nawet nie wiem, jaka byłam. Nie wiem nic o moim poprzednim życiu, o mojej przeszłości. Mogło być tysiąc powodów, dla których powiedziałam "tak". Jednak nie umiałam sobie wyobrazić, że zrobiłam to, bo tego chciałam.
- Nigdy nie myślałam o sobie jako żonie - zaczęłam. - Nie wyobrażam sobie tego, że mogę mieć męża. - westchnęłam i ukryłam twarz w dłoniach. - Lisso... Nie wiem co mam robić. Czuje się tak bardzo zagubiona. Dopiero co byłyśmy w Portland... a teraz mówisz mi, że minęły cztery lata. Jak mogły minąć cztery lata? Ledwo co wczoraj... - pokręciłam głową. - Nie jestem gotowa by się z tym wszystkim zmierzyć.
- Hej. - szturchnęła moje kolano, na którym trzymała swoje dłonie. - Spokojnie. Wszystko będzie dobrze.
- A co, jeśli on będzie czegoś ode mnie wymagał? Może i mam ten cholerny metal na palcu, ale on jest teraz dla mnie całkiem obcym człowiekiem. On nie może po prostu... - urwałam w połowie, gdy słowa ugrzęzły mi w gardle.
- Rose. Hej, Rose - znowu mnie szturchnęła. - Popatrz na mnie.
Po dłuższej chwili w końcu podniosłam wzrok i spojrzałam w jej błyszczące zielone oczy.
- Nie masz się o co martwić. Dymitr taki nie jest.
Prychnęłam.
- Tak? A jaki jest? Jest facetem jak każdy inny i jak każdy inny...
- Dymitr to nie każdy inny. - przerwała mi stanowczo. - Nie zmusi się do niczego wbrew twojej woli, chyba że będzie to obejmować ochronę życia.
Spuściłam wzrok, nie do końca wierząc w jej zapewnienia. Lissa westchnęła i dalej próbowała przekonać mnie, że to w czym tkwię, wcale nie jest szambem.
- On, można powiedzieć, ma swoją własną kategorię. Trudno porównywać go do innych lub przewidywać jak się zachowa. Oczywiście w pozytywnym sensie. - dodała natychmiast, jakby obawiała się, że mogłam pomyśleć coś innego. - W Akademii nowicjusze nazywali go Bogiem. Nie tylko przez to, jak wygląda. Myślę, że ty wiedziałaś to najlepiej.
Znałam ten ton i to spojrzenie, które mi dała. Nie miała na myśli przyzwoitych rzeczy. Ponownie ukryłam twarz w dłoniach, jednak tym razem z innego powodu.
- My robimy... TO prawda? - spytałam przez ręce.
- TO, Rose? - zaakcentowała tak jak ja, ale jej słowom towarzyszyło rozbawienie. - Nazywaj rzeczy po imieniu. Wszyscy jesteśmy tu dorośli. I tak z tego, co wiem, to uprawiacie seks tak jak każda normalna para.
O boże...
- On cię kocha, Rose.
- Psychopaci też kochają swoje żony.
Lissa pokręciła głową, już z pełnym uśmiechem.
- Chyba czujesz się coraz lepiej. I z tego, co wiedzę, to nie uwierzysz mi, dopóki się nie przekonasz. Choć - wyciągnęła do mnie rękę - posłuchasz naszej historii.
----------------
🎶 Hej, ho! Hej, ho! Opublikowałam to! 🎶
Wena przypłynęła i się napisało. ❤
Mój nowy rekord! 1.9k słów!
(w czymś co nie jest shotem - Romitri ma 2.6k)
*
Jak tam wasze wakacje? Bo ja wreszcie zrobiłam coś pożytecznego (mam na myśli napisanie i wrzucenie tego)! 🙈
*
Tu macie informację, gdzie jeszcze można mnie znaleźć i pod jakimi nazwami.
(Wypisane również na moim profilu oraz u góry bloga pod nagłówkiem)
*
I wakacyjnie, wakacyjny arcik! 🌴🌞
(Więcej znajdziecie na Instagranie, Facebooku i Tumblr) 😉wtorek, 13 marca 2018
Pamięć - Miniaturka - 2.1
Rose
Obudziłam się z bolącą głową. Cholera. Przecież wczoraj, aż tak dużo nie wypiłam. Do tego jeszcze, ktoś zaświecił światło w pokoju.
- Liss. - mruknęłam, naciągając kołdrę na oczy. - Liss.
Po dłuższej chwili, gdy nikt mi nie odpowiadał, pomału otworzyłam oczy. Pokój, który zobaczyłam, nie był naszym pokojem w mieszkaniu.
Usiadłam na łóżku, oceniając sytuację i w ostatniej chwili powstrzymałam się od zawołania Lissy, widząc mężczyznę śpiącego na krześle obok mojego łóżka. Gdyby nie to, że był ubrany na czarno, a przy pasku miał przypięty kołek, pomyślałabym, że to po prostu jeden z imprezowiczów. Wyszłam ostrożnie z łóżka, po cichu podeszłam do strażnika i ostrożnie zabrałam mu kołek. Wiedziałam jedno. To, że on tu jest, znaczy, że są tu też jego koledzy. I jesteśmy daleko od domu.
Choć nigdy wcześniej nie miałam kołka w ręce, dłużej niż przez chwilę, to teraz trzymając go, czułam się niezwykle pewnie. Podeszłam do drzwi i uchyliłam je ostrożnie, cały czas uważając, by nie obudzić strażnika. Wychyliłam się z pokoju. Na korytarzu było pusto, a kawałek dalej na lewo, kończyła się ściana i zaczynała poręcz od schodów, tworząc antresolę. Najpierw miałam zamiar zorientować, gdzie w ogóle jesteśmy, a potem poszukać Lissy. Jeszcze raz upewniwszy się, ze strażnik w pokoju dalej śpi i korytarz jest pusty, nie zamykając drzwi, ruszyłam w stronę schodów.
- Rose? - usłyszałam zdziwiony głos za sobą.
Obróciłam się błyskawiczne i stanęłam oko w oko z wysokim strażnikiem. Zanim on zdążył coś więcej powiedzieć albo zrobić zaatakowałam.
Nie wiem, czy tylko mi się wydawało, ale usłyszałam jego śmiech.
Był dobry. Cholernie dobry. Zanim się obejrzałam, odebrał mi kołek i odrzucił gdzieś na bok. Dawałam sobie z nim radę tylko dlatego, że instynktownie wykonywałam ruchy, których nie pamiętam, żebym kiedykolwiek się uczyła. Blokowałam go tak, jakbym była w stanie przewidzieć to, co zaraz zrobi.
Jednak do czasu. Strażnik okazał się lepszy. Unieruchomił moje ręce na moich plecach, prawą obejmując mnie od przodu i przytrzymując moją lewą, a lewą, trzymając moją prawą z tyłu. Nie był to mocny uścisk, ale stanowczy.
Oddychałam ciężko nie tylko za zmęczenia, ale również z powodu jego bliskości.
Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek pokazywali nam ten sposób na przytrzymanie kogoś. Nie był na tyle uniwersalny, żeby większość mogła go używać. Gdyby nie to, że strażnik był dużo silniejszy ode mnie, bez problemu wyrwałabym mu się.
Poza tym było w tym coś więcej. Coś głębszego, bardziej intymnego. I nie wiem, czy bardziej podobało mi się to, że tak przystojny facet trzyma mnie w ten sposób, czy jednak niepokoiło, że robi to, choć jest mi zupełnie obcy.
- Już? - zapytał.
Miałam dziwne wrażenie, że się uśmiecha i że w jego głosie zabrzmiała nutka rozbawienia.
- Rose? - zapytał, gdy nie odpowiadałam.
Wykorzystałam moment, w którym próbował obrócić mnie przodem do siebie i wyrwałam mu się.
- Kim ty do cholery jesteś?!
Uśmiech zniknął z jego twarzy, a strażnik stał się śmiertelnie poważny.
- Słucham?
- Gdzie Lissa? Gdzie nas wywieźliście? Pracujesz dla dworu?
- Nic nie pamiętasz?
Miał ładny głos, a jego słowa były podszyte lekkim rosyjskim akcentem. Sama nie wiem, skąd to wiedziałam. I miałam wrażenie, że w innych okolicznościach mogłabym go słuchać godzinami.
Jednak wtedy był tylko moim przeciwnikiem i to na tym musiałam się skupić.
- Dziwisz się? Odurzyliście mnie!
- Co? Nie, Roza...
- Roza?! Kim ty do cholery jesteś? Ach, z resztą! Muszę znaleźć Lissę.
Rzuciłam mu ostatnie spojrzenie i pobiegłam w stronę schodów. Skoro nie było wyższego piętra, a przynajmniej nigdzie nie zauważyłam prowadzących tam schodów, to Lissa powinna być gdzieś na parterze. Jeśli z jakichś powodów musieliśmy przebywać w budynku innym niż akademia, z mniejszą ochroną, to z pewnością chcieli trzymać ją jak najdalej ode mnie. Jednak znalazłam ją szybciej, niż się spodziewałam. W dużym salonie, na lewo od schodów siedziała na jednej z kanap. W pomieszczeniu oprócz niej był jakiś chłopak - bez tatuaży na karku, nowicjusz albo niezaprzysiężony - i bogato ubrany moroj.
- Liss!
Dziewczyna od razu przeniosła na mnie spojrzenie, podobnie jak dwójka facetów.
- Jesteś cała? Coś ci zrobili? - spytałam, rozglądając się po pomieszczeniu i oceniając moje szanse.
- Słucham? - spytała zdezorientowana.
- Co ty znowu wyrabiasz Rose? - spytał moroj z uśmiechem.
Kolejna osoba, która wydaje się mnie znać, a ja nie mam pojęcia, kim jest. Coś tu bardzo nie gra.
- Ci ludzie są z akademii? Chcą nas tam odesłać?
- Co? Nie, Rose... - blondynka wstała z kanapy i zaczęła do mnie podchodzić. - Wszystko w porządku?
Dobrze im bliżej mnie i wyjścia się znajdzie, tym mamy większe szanse.
- Poza tym, że zamiast w naszym pokoju w Portland obudziłam się tutaj, gdziekolwiek to jest, ze strażnikiem obok łóżka?
Dziewczyna przełknęła ślinę i popatrzyła mi w oczy. Wyglądała na zagubioną i przestraszoną.
- Nie pamiętasz?
- Czego? Tego, jak mnie odurzyli i przywlekli tu? Nie bardzo.
- Jezu, Rose nie żartuj sobie z nas. - odezwał się moroj.
- A kim ty jesteś, że zachowujesz się, jakby ci na mnie zależało?
Nie odpowiedział, tylko wpatrywał się we mnie, jakby nie wierzył, że dzieje się to naprawdę.
- Świetnie, że wszyscy tutaj jesteście tak bardzo rozmowni.
- Spotkałaś już kogoś? - spytała Lissa.
- Tak. - odpowiedziałam i pociągnęłam ją za sobą w lewo w stronę wyspy kuchennej. - Wysokiego, przystojnego strażnika z długimi włosami.
- Dymitra? - spytała zaskoczona.
- Nie wiem. - odparłam, podchodząc do szuflad.- Cholernie dobrze walczy i odebrał mi kołek, który załatwiłam sobie dosłownie chwilę wcześniej.
W pierwszej szufladzie, do której zajrzałam, znalazłam porządny stalowy nóż.
- To też się nada.
- Matko, Rose! Odłóż to! Zrobisz komuś krzywdę!
- Chcesz się stąd wydostać?
- Co? Nie! Jestem tu z własnej woli.
- Słucham!?
- To nasi przyjaciele. Nikt nie trzyma nas tu siłą.
- To ludzie z Akademii. Zabiorą cię tam z powrotem, tego chcesz?
- Rose, proszę, posłuchaj.
- Liss. - złapałam ją za rękę. - Dobrze się czujesz? Podali ci coś?
W oczach morojki zaczęły zbierać się łzy.
- Wiele się zmieniło, Rose, od czasu kiedy byłyśmy w Portland.
Rzuciłam spojrzenie w stronę moroja, który kazał chłopakowi iść po jakiegoś Belikowa.
- Ile się mogło zmienić przez parę godzin?
- Minęły cztery lata, Rose.
Parsknęłam śmiechem.
- Świetny żart, Księżniczko. Tylko następny postaraj się wymyślić w bardziej sprzyjających okolicznościach. Zaraz ściągną wsparcie, choć.
- Nigdzie nie idę.
- Kiedy zmieniłaś zdanie?
- Zmieniłam tylko tytuł, do reszty się przyzwyczaiłam.
- Chyba nie rozumiem...
- Jestem Królową, Rose. Nie księżniczką.
- Słucham? - spytałam, kolejny raz zastanawiając się poważnie na jej kondycją psychiczną. To duch czy coś jej podali?
- Po prostu usiądź na chwilę i daj nam to wyjaśnić. Ściągniemy lekarza, wszystkiego się dowiemy.
Zanim zdążyłam powiedzieć, że nic mi nie jest i to bardziej jej jest potrzebna pomoc, do pomieszczenia wrócił nowicjusz, strażnik, z którym walczyłam u góry - Dymitr, jak nazwała go Lissa - i strażnik z mojego pokoju. Nie wiedziałam, który z nich był Belikowem, a który przypałętał się po drodze.
- Rose. - Lissa zwróciła moją uwagę. - Proszę.
- Nie wiem, o co tu chodzi, ale musimy się stąd wydostać.
- Miałaś wypadek, Rose. Najwyraźniej doznałaś większych obrażeń, niż sądziliśmy. I jeśli nie grasz z nami w jakąś chorą grę, jeśli naprawdę nie pamiętasz, to pozwól sobie pomóc.
- Nie wiem, o czym miałabym nie pamiętać. - bąknęłam i ściszyłam ton. - I może to z tobą jest coś nie tak, nie ze mną. Jeśli ci coś podali i wmówili różne rzeczy, wiedz, że wyciągnę cię z tond i zrobię wszystko, żeby cię odzyskać.
- Cały ogród jest obstawiony królewskimi strażnikami. - odezwał się moroj. - Możesz próbować, wyciągnąć ją z tond siłą, ale jedno słowo któregokolwiek z nas i wszyscy zrzucą się, by ją chronić. Nie wyjdziesz i nie uciekniesz, nie masz szans.
Zanim do końca to do mnie dotarło, zauważyłam, że Dymitr gdzieś zniknął. Skarciłam się w myślach za to niedopilnowanie.
Okazało się jednak, że za późno.
Zdałam sobie sprawę, że znalazł się za mną w chwili, w której jednym sprawnym ruchem odebrał mi nóż, rzucił go na blat i ponownie mnie obezwładnił, przyciskając do lodówki. Tym razem zrobił to bardziej profesjonalnie.
Szarpnęłam się, ale nic to nie dało. Zaklęłam pod nosem.
- Rose. - odezwała się znowu Lissa.
- Co?! - spytałam wkurzona.
- Porozmawiaj z nami. Tylko tego chcemy. Mogłabym użyć wpływu, ale wolę, żebyś sama podjęła tę decyzję.
- Nikt nie chce was tu skrzywdzić. - ponownie odezwał się moroj, ale tym razem nawet na niego nie spojrzałam.
- Mamy ci dużo do wyjaśnienia. - kontynuowała Lissa. - Dymitr cię puści, usiądziemy i spokojnie porozmawiamy. Proszę. Naprawdę nie wiem, co się stało, ale martwimy się o ciebie.
- Martwicie się?! Nie znam tych ludzi! Nie wiem, kim są i nie chce mieć z nimi nic wspólnego! Wyciągnęłam cię z tego bagna raz i zrobię to znowu, nie pozwolę, by trzymano cię tu siłą.
Dalej patrzyłam na nią hardo, zastanawiając się jak się do tego wszystkiego zabrać i co dokładnie mam zrobić, żeby ją odzyskać. Nie wiem, co jej podali, jak namówili ją do tego wszystkiego, ale...
- Proszę. - powtórzył Dymitr ledwo słyszalnie.
Na dźwięk jego głosu przeszedł mnie dreszcz i zastanowiłam się, czy to wyłapał. Znowu znaleźliśmy się niebezpiecznie blisko siebie i choć w inny sposób niż wcześniej, to dalej było w tym coś więcej. Sytuacji nie ułatwiało to, że był tak cholernie przystojny, miał cudowny głos i zniewalająco pachniał.
- Rose. - znów odezwała się Lissa błagalnym tonem.
- Okej. - skapitulowałam po kolejnej pełnej napięcia chwili. - Porozmawiam z wami, choć dalej w to nie wierzę. I będę grzeczna.
Na pokaz. Przez jakiś czas. Muszę mieć większą swobodę, żeby zapoznać się z terenem i oszacować moje szanse.
Lissa skinęła głową, a na jej ustach zagościł uśmiech. Przeniosła wzrok na Dymitra.
- Zaczniesz?
Nie dostała, żadnej odpowiedzi jednak kontynuowała tak, jakby ją dostała.
- Powinna dowiedzieć się najpierw.
Przeniosła wzrok na mnie, uśmiechnęła się delikatnie i odeszła w stronę kanapy.
Dymitr powoli rozluźnił uścisk, puścił mnie i odsunął się. Zrobiłam krok do tyłu, strzepałam ręce, by odzyskać w nich pełne krążenie i czekałam, aż zacznie mówić. Milczał jak zaklęty i przez chwile zastanawiałam czy w ogóle oddycha. Spojrzałam na niego, stojącego po mojej prawej i napotkałam jego niepewne spojrzenie. Jego klatka piersiowa unosiła się powoli jakby, naprawdę każdy oddech sprawiał mu trudność.
Choć chciałabym się dowiedzieć, co takiego ma mi do powiedzenia, nie naciskałam i czekałam, aż będzie gotowy. Jednak skoro Lissa kazała mu przekazać mi to najpierw - zapewne obawiając się mojej reakcji na zwlekanie z tą informacją - musiało to być coś ważnego.
Dymitr
Nie mogłem wykrztusić słowa. Stałem tam tylko i patrzyłem na nią, boleśnie świadomy, że nie pamięta. Mnie nie pamięta. I niczego innego od Portland.
Chodź wcześniej, wyrywała mi się, krzyczała, że chce się z tond wydostać i nie ma z nami nic wspólnego, w tamtej chwili tylko milczała i czekała, aż ja się odezwę, albo coś zrobię.
Nie potrafiłem jednak. Czułem gule w gardle i wiedziałem, że nie będę w stanie nic wykrztusić.
Jedyne co wydawało mi się łatwe do zrobienia, to pocałowanie jej. Głowa i usta jeszcze ze mną współpracowały. Wiedziałem jednak, że nie mogę tego zrobić.
Nie chciałem wyjść na nachalnego, gdy po prostu byłem zagubiony. Szczególne po tym, jak zachowałem się u góry, całkowicie nieświadomy jej stanu.
Nie chciałem jej również do niczego zmuszać, choć to, co miałem jej do powiedzenia i tak miało postawić ją przed faktem dokonanym.
W końcu udało mi się uspokoić oddech. Zebrałem się w sobie i wyciągnąłem moją prawą rękę w jej stronę. Wierzchem dłoni dotknąłem lekko jej ramienia i podniosłem wzrok na jej twarz, obserwując jej reakcję. Nie zauważyłem jednak sprzeciwu. Zaskoczenie i zaciekawienie z nutką niepewności owszem, ale nic, co wskazywałaby na to, że powinienem przestać.
Zrobiłem dwa kroki, tak, że znalazłem się za nią i oparłem się o blat. Cały czas śledziła mnie wzrokiem, który przeniosła na swoją prawą rękę, kiedy przesunąłem swoją dłonią w dół w kierunku jej. Wsunąłem ją od wewnętrznej strony i splotłem lekko nasze palce, po czym uniosłem je na wysokość jej oczu.
Rose
Minęła cała wieczność, zanim w końcu jego oddech się uspokoił.
Uniósł swoją rękę i delikatnie dotknął mojego ramienia, jakby bał się mojej reakcji. Gdy jednak nie zaprotestowałam w żaden sposób, zrobił dwa kroki do przodu i znalazł się za mną. Patrzyłam na niego, póki nie zaczął zjeżdżać swoją dłonią, w dół po mojej ręce. Gdy minął łokieć, zaczął kierować się wewnętrzną stroną mojej ręki. Drgnęłam, gdy jego delikatny dotyk wywołał przyjemne mrowienie. Wsunął swoje palce w moje i podniósł splecione ręce na wysokość moich oczu.
Na chwile przestałam oddychać, gdy na naszych dłoniach dostrzegłam dwie identyczne obrączki.
Obudziłam się z bolącą głową. Cholera. Przecież wczoraj, aż tak dużo nie wypiłam. Do tego jeszcze, ktoś zaświecił światło w pokoju.
- Liss. - mruknęłam, naciągając kołdrę na oczy. - Liss.
Po dłuższej chwili, gdy nikt mi nie odpowiadał, pomału otworzyłam oczy. Pokój, który zobaczyłam, nie był naszym pokojem w mieszkaniu.
Usiadłam na łóżku, oceniając sytuację i w ostatniej chwili powstrzymałam się od zawołania Lissy, widząc mężczyznę śpiącego na krześle obok mojego łóżka. Gdyby nie to, że był ubrany na czarno, a przy pasku miał przypięty kołek, pomyślałabym, że to po prostu jeden z imprezowiczów. Wyszłam ostrożnie z łóżka, po cichu podeszłam do strażnika i ostrożnie zabrałam mu kołek. Wiedziałam jedno. To, że on tu jest, znaczy, że są tu też jego koledzy. I jesteśmy daleko od domu.
Choć nigdy wcześniej nie miałam kołka w ręce, dłużej niż przez chwilę, to teraz trzymając go, czułam się niezwykle pewnie. Podeszłam do drzwi i uchyliłam je ostrożnie, cały czas uważając, by nie obudzić strażnika. Wychyliłam się z pokoju. Na korytarzu było pusto, a kawałek dalej na lewo, kończyła się ściana i zaczynała poręcz od schodów, tworząc antresolę. Najpierw miałam zamiar zorientować, gdzie w ogóle jesteśmy, a potem poszukać Lissy. Jeszcze raz upewniwszy się, ze strażnik w pokoju dalej śpi i korytarz jest pusty, nie zamykając drzwi, ruszyłam w stronę schodów.
- Rose? - usłyszałam zdziwiony głos za sobą.
Obróciłam się błyskawiczne i stanęłam oko w oko z wysokim strażnikiem. Zanim on zdążył coś więcej powiedzieć albo zrobić zaatakowałam.
Nie wiem, czy tylko mi się wydawało, ale usłyszałam jego śmiech.
Był dobry. Cholernie dobry. Zanim się obejrzałam, odebrał mi kołek i odrzucił gdzieś na bok. Dawałam sobie z nim radę tylko dlatego, że instynktownie wykonywałam ruchy, których nie pamiętam, żebym kiedykolwiek się uczyła. Blokowałam go tak, jakbym była w stanie przewidzieć to, co zaraz zrobi.
Jednak do czasu. Strażnik okazał się lepszy. Unieruchomił moje ręce na moich plecach, prawą obejmując mnie od przodu i przytrzymując moją lewą, a lewą, trzymając moją prawą z tyłu. Nie był to mocny uścisk, ale stanowczy.
Oddychałam ciężko nie tylko za zmęczenia, ale również z powodu jego bliskości.
Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek pokazywali nam ten sposób na przytrzymanie kogoś. Nie był na tyle uniwersalny, żeby większość mogła go używać. Gdyby nie to, że strażnik był dużo silniejszy ode mnie, bez problemu wyrwałabym mu się.
Poza tym było w tym coś więcej. Coś głębszego, bardziej intymnego. I nie wiem, czy bardziej podobało mi się to, że tak przystojny facet trzyma mnie w ten sposób, czy jednak niepokoiło, że robi to, choć jest mi zupełnie obcy.
- Już? - zapytał.
Miałam dziwne wrażenie, że się uśmiecha i że w jego głosie zabrzmiała nutka rozbawienia.
- Rose? - zapytał, gdy nie odpowiadałam.
Wykorzystałam moment, w którym próbował obrócić mnie przodem do siebie i wyrwałam mu się.
- Kim ty do cholery jesteś?!
Uśmiech zniknął z jego twarzy, a strażnik stał się śmiertelnie poważny.
- Słucham?
- Gdzie Lissa? Gdzie nas wywieźliście? Pracujesz dla dworu?
- Nic nie pamiętasz?
Miał ładny głos, a jego słowa były podszyte lekkim rosyjskim akcentem. Sama nie wiem, skąd to wiedziałam. I miałam wrażenie, że w innych okolicznościach mogłabym go słuchać godzinami.
Jednak wtedy był tylko moim przeciwnikiem i to na tym musiałam się skupić.
- Dziwisz się? Odurzyliście mnie!
- Co? Nie, Roza...
- Roza?! Kim ty do cholery jesteś? Ach, z resztą! Muszę znaleźć Lissę.
Rzuciłam mu ostatnie spojrzenie i pobiegłam w stronę schodów. Skoro nie było wyższego piętra, a przynajmniej nigdzie nie zauważyłam prowadzących tam schodów, to Lissa powinna być gdzieś na parterze. Jeśli z jakichś powodów musieliśmy przebywać w budynku innym niż akademia, z mniejszą ochroną, to z pewnością chcieli trzymać ją jak najdalej ode mnie. Jednak znalazłam ją szybciej, niż się spodziewałam. W dużym salonie, na lewo od schodów siedziała na jednej z kanap. W pomieszczeniu oprócz niej był jakiś chłopak - bez tatuaży na karku, nowicjusz albo niezaprzysiężony - i bogato ubrany moroj.
- Liss!
Dziewczyna od razu przeniosła na mnie spojrzenie, podobnie jak dwójka facetów.
- Jesteś cała? Coś ci zrobili? - spytałam, rozglądając się po pomieszczeniu i oceniając moje szanse.
- Słucham? - spytała zdezorientowana.
- Co ty znowu wyrabiasz Rose? - spytał moroj z uśmiechem.
Kolejna osoba, która wydaje się mnie znać, a ja nie mam pojęcia, kim jest. Coś tu bardzo nie gra.
- Ci ludzie są z akademii? Chcą nas tam odesłać?
- Co? Nie, Rose... - blondynka wstała z kanapy i zaczęła do mnie podchodzić. - Wszystko w porządku?
Dobrze im bliżej mnie i wyjścia się znajdzie, tym mamy większe szanse.
- Poza tym, że zamiast w naszym pokoju w Portland obudziłam się tutaj, gdziekolwiek to jest, ze strażnikiem obok łóżka?
Dziewczyna przełknęła ślinę i popatrzyła mi w oczy. Wyglądała na zagubioną i przestraszoną.
- Nie pamiętasz?
- Czego? Tego, jak mnie odurzyli i przywlekli tu? Nie bardzo.
- Jezu, Rose nie żartuj sobie z nas. - odezwał się moroj.
- A kim ty jesteś, że zachowujesz się, jakby ci na mnie zależało?
Nie odpowiedział, tylko wpatrywał się we mnie, jakby nie wierzył, że dzieje się to naprawdę.
- Świetnie, że wszyscy tutaj jesteście tak bardzo rozmowni.
- Spotkałaś już kogoś? - spytała Lissa.
- Tak. - odpowiedziałam i pociągnęłam ją za sobą w lewo w stronę wyspy kuchennej. - Wysokiego, przystojnego strażnika z długimi włosami.
- Dymitra? - spytała zaskoczona.
- Nie wiem. - odparłam, podchodząc do szuflad.- Cholernie dobrze walczy i odebrał mi kołek, który załatwiłam sobie dosłownie chwilę wcześniej.
W pierwszej szufladzie, do której zajrzałam, znalazłam porządny stalowy nóż.
- To też się nada.
- Matko, Rose! Odłóż to! Zrobisz komuś krzywdę!
- Chcesz się stąd wydostać?
- Co? Nie! Jestem tu z własnej woli.
- Słucham!?
- To nasi przyjaciele. Nikt nie trzyma nas tu siłą.
- To ludzie z Akademii. Zabiorą cię tam z powrotem, tego chcesz?
- Rose, proszę, posłuchaj.
- Liss. - złapałam ją za rękę. - Dobrze się czujesz? Podali ci coś?
W oczach morojki zaczęły zbierać się łzy.
- Wiele się zmieniło, Rose, od czasu kiedy byłyśmy w Portland.
Rzuciłam spojrzenie w stronę moroja, który kazał chłopakowi iść po jakiegoś Belikowa.
- Ile się mogło zmienić przez parę godzin?
- Minęły cztery lata, Rose.
Parsknęłam śmiechem.
- Świetny żart, Księżniczko. Tylko następny postaraj się wymyślić w bardziej sprzyjających okolicznościach. Zaraz ściągną wsparcie, choć.
- Nigdzie nie idę.
- Kiedy zmieniłaś zdanie?
- Zmieniłam tylko tytuł, do reszty się przyzwyczaiłam.
- Chyba nie rozumiem...
- Jestem Królową, Rose. Nie księżniczką.
- Słucham? - spytałam, kolejny raz zastanawiając się poważnie na jej kondycją psychiczną. To duch czy coś jej podali?
- Po prostu usiądź na chwilę i daj nam to wyjaśnić. Ściągniemy lekarza, wszystkiego się dowiemy.
Zanim zdążyłam powiedzieć, że nic mi nie jest i to bardziej jej jest potrzebna pomoc, do pomieszczenia wrócił nowicjusz, strażnik, z którym walczyłam u góry - Dymitr, jak nazwała go Lissa - i strażnik z mojego pokoju. Nie wiedziałam, który z nich był Belikowem, a który przypałętał się po drodze.
- Rose. - Lissa zwróciła moją uwagę. - Proszę.
- Nie wiem, o co tu chodzi, ale musimy się stąd wydostać.
- Miałaś wypadek, Rose. Najwyraźniej doznałaś większych obrażeń, niż sądziliśmy. I jeśli nie grasz z nami w jakąś chorą grę, jeśli naprawdę nie pamiętasz, to pozwól sobie pomóc.
- Nie wiem, o czym miałabym nie pamiętać. - bąknęłam i ściszyłam ton. - I może to z tobą jest coś nie tak, nie ze mną. Jeśli ci coś podali i wmówili różne rzeczy, wiedz, że wyciągnę cię z tond i zrobię wszystko, żeby cię odzyskać.
- Cały ogród jest obstawiony królewskimi strażnikami. - odezwał się moroj. - Możesz próbować, wyciągnąć ją z tond siłą, ale jedno słowo któregokolwiek z nas i wszyscy zrzucą się, by ją chronić. Nie wyjdziesz i nie uciekniesz, nie masz szans.
Zanim do końca to do mnie dotarło, zauważyłam, że Dymitr gdzieś zniknął. Skarciłam się w myślach za to niedopilnowanie.
Okazało się jednak, że za późno.
Zdałam sobie sprawę, że znalazł się za mną w chwili, w której jednym sprawnym ruchem odebrał mi nóż, rzucił go na blat i ponownie mnie obezwładnił, przyciskając do lodówki. Tym razem zrobił to bardziej profesjonalnie.
Szarpnęłam się, ale nic to nie dało. Zaklęłam pod nosem.
- Rose. - odezwała się znowu Lissa.
- Co?! - spytałam wkurzona.
- Porozmawiaj z nami. Tylko tego chcemy. Mogłabym użyć wpływu, ale wolę, żebyś sama podjęła tę decyzję.
- Nikt nie chce was tu skrzywdzić. - ponownie odezwał się moroj, ale tym razem nawet na niego nie spojrzałam.
- Mamy ci dużo do wyjaśnienia. - kontynuowała Lissa. - Dymitr cię puści, usiądziemy i spokojnie porozmawiamy. Proszę. Naprawdę nie wiem, co się stało, ale martwimy się o ciebie.
- Martwicie się?! Nie znam tych ludzi! Nie wiem, kim są i nie chce mieć z nimi nic wspólnego! Wyciągnęłam cię z tego bagna raz i zrobię to znowu, nie pozwolę, by trzymano cię tu siłą.
Dalej patrzyłam na nią hardo, zastanawiając się jak się do tego wszystkiego zabrać i co dokładnie mam zrobić, żeby ją odzyskać. Nie wiem, co jej podali, jak namówili ją do tego wszystkiego, ale...
- Proszę. - powtórzył Dymitr ledwo słyszalnie.
Na dźwięk jego głosu przeszedł mnie dreszcz i zastanowiłam się, czy to wyłapał. Znowu znaleźliśmy się niebezpiecznie blisko siebie i choć w inny sposób niż wcześniej, to dalej było w tym coś więcej. Sytuacji nie ułatwiało to, że był tak cholernie przystojny, miał cudowny głos i zniewalająco pachniał.
- Rose. - znów odezwała się Lissa błagalnym tonem.
- Okej. - skapitulowałam po kolejnej pełnej napięcia chwili. - Porozmawiam z wami, choć dalej w to nie wierzę. I będę grzeczna.
Na pokaz. Przez jakiś czas. Muszę mieć większą swobodę, żeby zapoznać się z terenem i oszacować moje szanse.
Lissa skinęła głową, a na jej ustach zagościł uśmiech. Przeniosła wzrok na Dymitra.
- Zaczniesz?
Nie dostała, żadnej odpowiedzi jednak kontynuowała tak, jakby ją dostała.
- Powinna dowiedzieć się najpierw.
Przeniosła wzrok na mnie, uśmiechnęła się delikatnie i odeszła w stronę kanapy.
Dymitr powoli rozluźnił uścisk, puścił mnie i odsunął się. Zrobiłam krok do tyłu, strzepałam ręce, by odzyskać w nich pełne krążenie i czekałam, aż zacznie mówić. Milczał jak zaklęty i przez chwile zastanawiałam czy w ogóle oddycha. Spojrzałam na niego, stojącego po mojej prawej i napotkałam jego niepewne spojrzenie. Jego klatka piersiowa unosiła się powoli jakby, naprawdę każdy oddech sprawiał mu trudność.
Choć chciałabym się dowiedzieć, co takiego ma mi do powiedzenia, nie naciskałam i czekałam, aż będzie gotowy. Jednak skoro Lissa kazała mu przekazać mi to najpierw - zapewne obawiając się mojej reakcji na zwlekanie z tą informacją - musiało to być coś ważnego.
Dymitr
Nie mogłem wykrztusić słowa. Stałem tam tylko i patrzyłem na nią, boleśnie świadomy, że nie pamięta. Mnie nie pamięta. I niczego innego od Portland.
Chodź wcześniej, wyrywała mi się, krzyczała, że chce się z tond wydostać i nie ma z nami nic wspólnego, w tamtej chwili tylko milczała i czekała, aż ja się odezwę, albo coś zrobię.
Nie potrafiłem jednak. Czułem gule w gardle i wiedziałem, że nie będę w stanie nic wykrztusić.
Jedyne co wydawało mi się łatwe do zrobienia, to pocałowanie jej. Głowa i usta jeszcze ze mną współpracowały. Wiedziałem jednak, że nie mogę tego zrobić.
Nie chciałem wyjść na nachalnego, gdy po prostu byłem zagubiony. Szczególne po tym, jak zachowałem się u góry, całkowicie nieświadomy jej stanu.
Nie chciałem jej również do niczego zmuszać, choć to, co miałem jej do powiedzenia i tak miało postawić ją przed faktem dokonanym.
W końcu udało mi się uspokoić oddech. Zebrałem się w sobie i wyciągnąłem moją prawą rękę w jej stronę. Wierzchem dłoni dotknąłem lekko jej ramienia i podniosłem wzrok na jej twarz, obserwując jej reakcję. Nie zauważyłem jednak sprzeciwu. Zaskoczenie i zaciekawienie z nutką niepewności owszem, ale nic, co wskazywałaby na to, że powinienem przestać.
Zrobiłem dwa kroki, tak, że znalazłem się za nią i oparłem się o blat. Cały czas śledziła mnie wzrokiem, który przeniosła na swoją prawą rękę, kiedy przesunąłem swoją dłonią w dół w kierunku jej. Wsunąłem ją od wewnętrznej strony i splotłem lekko nasze palce, po czym uniosłem je na wysokość jej oczu.
Rose
Minęła cała wieczność, zanim w końcu jego oddech się uspokoił.
Uniósł swoją rękę i delikatnie dotknął mojego ramienia, jakby bał się mojej reakcji. Gdy jednak nie zaprotestowałam w żaden sposób, zrobił dwa kroki do przodu i znalazł się za mną. Patrzyłam na niego, póki nie zaczął zjeżdżać swoją dłonią, w dół po mojej ręce. Gdy minął łokieć, zaczął kierować się wewnętrzną stroną mojej ręki. Drgnęłam, gdy jego delikatny dotyk wywołał przyjemne mrowienie. Wsunął swoje palce w moje i podniósł splecione ręce na wysokość moich oczu.
Na chwile przestałam oddychać, gdy na naszych dłoniach dostrzegłam dwie identyczne obrączki.
poniedziałek, 19 lutego 2018
Informacja
Blog został (dość nagle) przeniesiony z platformy blog.pl, która 28 lutego 2018 została zamknięta.
Wcześniej pod adresem: http://rose-dymitr.blog.pl/
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Zapoznanie
Dzieję się to gdzieś w trakcie pobytu Rose i Dymitra w Baia w "Homecoming". *** Zwykłe, spokojne przedpołudnie w domu Beliko...
-
- To na pewno dobry pomysł? - siedzieliśmy w gabinecie królowej, czekając aż samolot będzie gotowy do startu. - Christian gadasz o tym od g...
-
- No do cholery jasnej! - krzyknęła Tasza. - Od kiedy to dampiry stoją wyżej od nas w hierarchii! Christian. - złożyła ręce w proszącym geśc...