czwartek, 12 września 2019

Zapoznanie

Dzieję się to gdzieś w trakcie pobytu Rose i Dymitra w Baia w "Homecoming".

***

Zwykłe, spokojne przedpołudnie w domu Belikowów, zaskakując wszystkich, przerwał dzwonek do drzwi.

Nie spodziewali się dzisiaj żadnych gości, szczególnie tak wcześnie. Dymitr miał klucze, a miejscowi przeważnie pukali. Kobiety siedzące w salonie wymieniły pytające spojrzenia. Jako znajdująca się wtedy najbliżej drzwi Olena poszła otworzyć.

Ze wszystkich ludzi, nie spodziewała się zobaczyć przed drzwiami, wymyślenie ubranego moroja.

– Oleno – powitał ją radośnie. – Witaj!

– Panie Mazur – odpowiedziała uprzejmie, starając się nie okazać, jak bardzo była zaskoczona jego obecnością.

Każdy, kto pojawiał się w Baia, musiał mieć w tym cel, ale tym razem widząc tego człowieka przed drzwiami, kobieta podejrzewała, że nie był on dobry. Ibrahim Mazur nigdy nie robił nic bez powodu, a jego wizyty w większości przypadków nie zwiastowały nic dobrego.

– Czy w czymś przeszkodziłem?

– Nie – Olena pokręciła głową – właśnie przygotowuję obiad.

W tym samym czasie, w pokoju obok zaciekawiona Wiktoria, która podeszła do okna, by sprawdzić kto przyszedł, nabrała gwałtownie powietrza. Widząc drogi samochód na ich podjeździe, od razu zrozumiała kto ich odwiedził, a gdy usłyszała z korytarza głos mężczyzny mówiącego z charakterystycznym akcentem, zadrżała ze strachu.

W tamtym momencie mogła myśleć tylko o umowie, którą Rose zawarła z nim, żeby wyciągnął ją z rąk Rolana.

Obróciła się do Karoliny, która siedziała na kanapie, kołysząc mała Katię na rękach, ze strachem w oczach. Starsza siostra tylko podkręciła głową, jakby chcąc jej przekazać, żeby nie panikowała.

Stojącą przy drzwiach Olenę również niepokoiła jego wizyta. Szczególnie to, że pojawił się tu znowu, dokładnie wtedy, kiedy Rose, szczególnie że nie widziano go w okolicy od jakiegoś czasu. Ostatnim razem był tu w kwietniu, wtedy kiedy ona i z tego, co wiedziała również z jej powodu. Do tego Wiktoria wyznała któregoś razu, że Rose zawarła z nim jakąś umowę, na mocy której jeden z jego ludzi interweniował podczas jej spotkania z Rolanem – facetem, który był ojcem dziecka Sonii.

Być może Mazur wrócił po spłatę długu. Powinna była zapytać Dimkę, czy wie o tym i ostrzec go, by uważał.

Ibrahim był niebezpiecznym mężczyzną, genialnym negocjatorem i manipulatorem. Zajmował się wieloma brudnymi i podejrzanych sprawami, często bez mrugnięcia okiem łamiąc prawo lub balansując na jego krawędzi. Jednak przede wszystkim – jak sam zwykł o sobie mówić – był biznesmenem i nie robił nic za darmo.

Nie bez powodu nazywano go Zmey.

Kobieta nie pokazała jednak, że jego wizyta ją martwiła.

– Co Pana tu sprowadza? – Zapytała uprzejmie.

– Czy dzieci w domu?

– Nie wszystkie.

– Rosemarie i Belikow?

Ach, Abe oczywiście wiedział, że Dymitr żyje, kobieta zdziwiłaby się, gdy nie. Z jego wszystkimi kontaktami, jakie zapewne miał na całym świecie nie zdziwiłaby się, gdyby był jedną z pierwszych osób, które znały tę informację.

Jednak to pytanie skierowało jej myśli również w innym kierunku. Nie miała pewności i Dymitr też nigdy tego nie przyznał, ale kobieta podejrzewała, że jej syn lata temu zawarł z Abe umowę, która miała utrzymać ich ojca, a jej dawnego partnera – Randala Iwaszkowa – z dla od ich rodziny. Może Abe stwierdził, że najlepiej odebrać dług w momencie, gdy oboje są w jednym miejscu i co najważniejsze – biorą pod uwagę wszystkie niedawne wydarzenia – dopóki oboje żyją.

– Wyszli po zakupy – odpowiedziała ostrożnie. – Czy coś nie tak?

– Ależ nie – moroj odpowiedział wyjątkowo entuzjastycznie z małym uśmiechem na ustach. – Skąd taki pomysł?

Jego oczy błyszczały ciekawością, jakby naprawdę chciał usłyszeć odpowiedź, jednak zanim Olena zdołała ją uformować, on kontynuował:

– Jest jednak pewna informacja, przy której chciałbym, żeby mogła być cała rodzina.

Kobieta podniosła brwi. Zmiana taktyki? Zamiast cichej groźby na uboczu, postanowił zastraszyć całą rodzinę?

– Wejdzie Pan i wypije herbatę, zanim wrócą?

– Myślę, że to nie będzie konieczne – powiedział i obejrzał się na samochód, którym przyjechał. – Mam wrażenie, że zaraz tu będą.

W chwili, gdy to powiedział, dwójka dampirów pojawiła się na drodze prowadzącej do domu Belikowów. Abe odwrócił się na krótko i mrugnął do Oleny. W normalnych, przyjaznych okolicznościach można by potraktować ten gest zwyczajnie, jednak nic co pochodziło od Abe Mazura, nie było ani przyjazne, ani zwyczajne. Każde słowo i każdy gest, służyły tylko dwóm celom – interesom i zastraszaniu. I choć Olena nie przyznałaby tego, ten mężczyzna doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że potrafi to wykorzystywać.

Kobieta podkręciła głową i zamiast obserwować moroja, skupiła uwagę na swoim synu i jego dziewczynie. Gdy zbliżyli się wystarczająco, Abe zwrócił się do Rose.

– Czy nie cieszy cię mój widok, że przewracasz oczami na samo moje wspomnienie?

– Mam nadzieję, że ani facet, który nas śledził, ani ten, który obserwuje nas z samochodu to nie Pavel. Zdążyłam już go polubić, nie każ zmieniać mi zdania, tylko dlatego, że wykorzystujesz go do swoich niedorzecznych planów.

Olena spojrzała z niedowierzaniem na parę, która właśnie do nich dołączyła, a potem na Sonię, która pojawiła się koło niej w drzwiach. Obie kobiety były zaskoczone i zmieszane tą wymianą zdań. Dlaczego Rose zachowywała się tak śmiało i beztrosko w rozmowie z Abe? Dlaczego jej syn po prostu obserwował tę sytuację, bez krzty zaniepokojenia? Dlaczego Abe wydawał się mniej wrogi, ze swoim swobodnym tonem niż jeszcze przed chwilą? Kobiety nie rozumiały tego i w napięciu czekały na wyjaśnienie sytuacji.

Przednie okno samochodu w drzwiach pasażera otworzyło się, zwracając uwagę wszystkich i ukazując Pavela, stukającego z zaangażowaniem w klawisze laptopa.

– Nie bój się, to nie ja – uspokoił dziewczynę, nie odrywając wzroku od ekranu. – Już dawno nauczyłem mówić się "nie" jego szalonym planom.

Spojrzał na nich na chwilę.

- Miło was widzieć.

– I ciebie, Pavel – Dymitr odpowiedział za oboje i kiwnął mu głową.

– Co on znowu kombinuje? – spytała Rose, odnosząc się do ojca i lekko mrużąc oczy.

– Myślę, że tym razem nic szczególnego – Pavel wzruszył ramionami. – Chciał się po prostu zapoznać.

– Słowa Abe i "po prostu" nie współistnieją ze sobą.

– Wiem – mężczyzna uśmiechnął się do niej.

– Czy to już wszystko – wtrącił Abe – czy zamierzacie kontynuować tę rozmowę, jakby nas tu nie było?

– Nas? – Rose odwróciła się w stronę drzwi, w których teraz oprócz Oleny stały obie jej starsze córki, każda ze zmieszaniem i niepokojem wypisanym na twarzy. Zapewne nie miały pojęcia, dlaczego Abe pojawił się tak nagle przed ich domem i czego może chcieć. Wszyscy doskonale wiedzieli, że ten człowiek nie robił nic bez powodu. Dodatkowo jej nonszalanckie przywitanie i rozmowa ze strażnikiem w samochodzie, sprawiały, że sytuacja nie stawała się dla nich ani trochę bardziej oczywista. – Myślę, że głównie chodzi ci o ciebie, Staruszku.

– Do zobaczenia, Rose – odezwał się Pavel, a potem kiwnął głową strażnikowi – Belikow.

Rose uśmiechnęła się do niego, zanim szyba z powrotem się zamknęła.

– Czy możemy już przejść, do tej części spotkania, w której wszystko zaczyna się wyjaśniać? – Domagał się Abe.

– Jedyną osobą, która powinna coś wyjaśnić, jesteś ty Staruszku.

– Czy na pewno?

– Czy mogę, chociaż odłożyć te zakupy, zanim spuścisz na nich tę bombę?

– Proszę – wskazał ręką na drzwi, w których stały kobiety. – I uspokój pannę Wiktorię, która najwyraźniej chowa się w środku. Nie jestem tu z jej powodu.

Rose zatrzymała się w pół kroku i odwróciła do niego.

– Co już zdążyłeś im powiedzieć? – Zapytała z niepokojem i cieniem wyrzutu w słowach.

– Nic. Myślę jednak, że milczenie jest równie wymowne.

Rose jęknęła.

– Ta dziewczyna pewnie umiera tam ze strachu.

Abe uśmiechnął się. To, że ludzie się go bali, zawsze było dla niego niezwykle satysfakcjonujące.

Rose otworzyła usta w niedowierzaniu.

– Nie możesz być poważny, Abe.

Jego uśmiech zniknął, gdy zmrużył na nią oczy i przerodził się bardziej w grymas.

– Teraz brzmiałaś jak twoja matka. Pomijając to, że ona użyłaby pełnego imienia.

To spowodowało, że kąciki ust Rose podniosły się nieznacznie. Oparła rękę na biodrze i spojrzała na niego chytrze.

– Nie wiedziałam, że człowiek taki jak ty może bać się kobiety.

– Myślę, że Belikow, może przyznać mi rację.

Wspomniany mężczyzna podniósł brew.

– Jeśli chodzi o Rose czy jej matkę?

Rose odwróciła się i uśmiechnęła do Dymitra w uznaniu, a on odwzajemnił ten gest z rozbawieniem. Moroj spojrzał między swoją córką, a jej chłopakiem i wymamrotał coś po turecku. Jedynym co wszyscy zrozumieli, było wezwanie Allaha.

– Może jednak przemyślę sprawę panny Belikow – odezwał się po chwili, znów przechodząc na angielski. – Potrzebuję komuś zagrozić, tak dla uspokojenia.

– Dobrze – odezwała się Rose, widząc rosnące zaniepokojenie nawet na twarzy Oleny. – Zanim sytuacja posunie się za daleko i Wiktoria zejdzie w środku, załatwmy tę sprawę.

Damapirka przekazała siatki z powrotem Dymitrowi i zachęciła gestem Abe, by podszedł bliżej drzwi.

- Powodem, dla którego Abe tłukł się aż tutaj, jest, jak mniemam oficjalne przedstawienie.

– Wiemy wszystko o nim i zapewne on wie o nas – mruknęła Sonia. – Nie rozumiem po co, to wszystko.

Abe uśmiechnął się tajemniczo z nutką grozy. To był ten uśmiech, który sprawiał, że jego wrogowie drżeli ze strachu i marzyli tylko o tym, by zejść mu z drogi.

– Mogę zapewnić, że nie wszystko.

Sonia cofnęła się o krok.

Rose pokręciła głową i zgromiła ojca spojrzeniem.

– Nie pogarszaj sytuacji – syknęła do niego.

– Rose? – spytała ostrożne Olena.

– Tak, przepraszam. To nasza wina, że nie dowiedzieliście się wcześniej.

Spojrzała na Dymitra, chcąc upewnić się, że ma kontynuować i po małym zachęcającym uśmiechu z jego strony, zrobiła to.

– Więc w końcu oficjalnie. Abe, Olena Belikow, mama Dymitra.

Kobieta z wahaniem wyciągnęła dłoń, a Abe uścisnął ją dalej się uśmiechając.

– Oleno, Ibrahim Mazur, mój niepoważny ojciec.

niedziela, 7 lipca 2019

Troja

„W innych okolicznościach – gdyby nie zamknął nam drogi ucieczki – pomyślałabym, że jest seksowny. Ciemne włosy związane z tyłu i brązowe oczy, a do tego długi płaszcz, coś w rodzaju prochowca." — Akademia Wampirów

„Pasja i intensywność promieniowały od niej prawie jak namacalna rzecz. (...) Jej zdjęcia nie wymierzyły sprawiedliwości. Długie, ciemne włosy obramowały jej twarz ze swego rodzaju trudem - ach, piękno może łatwo cisnąć serce człowieka. Jej oczom, choć pełnym nienawiści do mnie udało się być intrygującym, co tylko dodało jej niebezpieczności. Może była uzbrojona, ale Rose Hathaway była w posiadaniu wielu broni."

— Akademia Wampirów, spotkanie w Portland, DPOV


*****

Pierwsze spotkanie Romitri w innych okolicznościach.
Kiedy od pierwszej chwili mogą zaakceptować atrakcję między nimi.

Inspirowane historią Troi i jeszcze czymś, ale w tej chwili nie pamiętam.

Coś, czego jeszcze nie widziałam w polskich fanfikach Akademii.

Świat bez wampirów. Wszyscy ludzie.

Czas królestw.

*****

DPOV

Nigdy nie rozumiałem, co może skłonić mężczyznę, by poszedł za kobietę na wojnę. By zaryzykował dla niej swoje życie i królestwo.

Nigdy nie rozumiałem, jak Parys mógł być tak głupi, by świadomie narazić swoich ludzi na niebezpieczeństwo. Wiedział, że zabranie Heleny będzie miało swoje konsekwencje. Wiedział, że Menelaos nie zignoruje porwania jego żony. A mimo tego zrobił to.

Jego poddani zawsze powinni być na pierwszym miejscu, tak ja moi, zawsze byli dla mnie. To właśnie było jednym z powodów, dla których zgodziłem się na ofertę Ibrahima Mazura. Sojusz, który przypieczętuje moje małżeństwo z jego córką. Połączenie dwóch wielkich gospodarek, stworzenie nowych, bezpieczniejszych szlaków komunikacyjnych i handlowych przez Gruzję, jak również nowy rozejm z tym krajem na tureckich zasadach po dwustu trzydziestu latach, wzajemnej wrogości jest najlepszym, co udało nam się wynegocjować od dziesięcioleci.

Nie byłem zwolennikiem sojuszów pieczętowanych małżeństwem. Nie byłem zwolennikiem małżeństw, w których ludzie musieli tkwić, choć nie znali się i nic do siebie nie czuli. Przez wiele lat udawało mi się unikach takich umów, a w zamian dawać zapewnienia i iść na kompromisy, które przynosiłyby korzyści obu stronom, bez konieczności łączenie dwójki ludzi wbrew ich woli.

Jednak po tych wszystkich latach w końcu chyba przyszedł czas, w którym dla dobra narodów, trzeba było zrobić to, co słuszne, nawet jeśli mi się to nie podobało.

Ibrahim Mazur był doskonałym negocjatorem i biznesmenem. Był również tak samo uparty. Małżeństwo z jego córką było głównym warunkiem naszej umowy. W wieku dwudziestu lat dalej nie wykazywała żadnego romantycznego zainteresowania mężczyzną, kiedy w tym wieku jej matka była już w drugiej ciąży. Prawdopodobnie było to spowodowane również tym, że ojciec bardzo starał się dbać o jej dobre imię, trzymając nad nią pieczę i pilnując jej na każdym kroku. Nie powstrzymało to jednak ludzi przed plotkowaniem o jej burzliwych romansach.

Rosemarie Mazur. Czarująca turecka piękność, o której mężczyźni zawsze mówili z podziwem. Choć połowę z nich odrzucał jej niewyparzony język, żaden nie zawahałby się posmakować ognia, który w niej drzemał, gdyby tylko mieli szansę. Jednak dla jej ojca była najcenniejszym skarbem jego życia i nikt nie ośmieliłby się zrobić czegoś przeciw Mazurowi.

Plotki jednak rozprzestrzeniały się szybko i trudno było znaleźć ich źródło. W tej jednej rzeczy Ibrahim był bezradny.

Teraz ta kobieta miała być moją żoną. Jak się z tym czułem? Nie wiedziałem. Ta, której pragnęło tak wielu, miała być moja. Była moja.

Nigdy wcześniej jej nie widziałem. Nie wiedziałem, czy to, co mówią, jest prawdą. O tym, jaka jest i o jej romansach.

Nigdy z nią nie rozmawiałem. Nie znałem jej. Jak mogłem myśleć o niej w tylu kategoriach i planować nasze życie skoro nawet nie wiedziałem kim jest?

Uderzenie wyrwało mnie z moich myśli. Zderzyłem się z kim. Z kobietą dużo mniejszą ode mnie.

"Przepraszam."

Powiedzieliśmy równocześnie.

W jej głosie była szczerość. Nie strach, jaki okazałaby służąca. Nie protekcjonalny ton szlachcianki, która wcale nie miała na myśli tego, co powiedziała. Przez krótką chwilę zastanawiałem się, kim jest, a potem podniosła głowę i spojrzała na mnie.

I w jednej chwili już wiedziałem.

Rosemarie Mazur.

Jej piękno uderzyło mnie.

Nie byłem przygotowany na jej spotkanie. Nie byłem przygotowany, by zobaczyć zagubienie na jej twarzy i usłyszeć szczerość w jej głosie. Miała być kolejną zarozumiałą, rozpieszczoną księżniczką. Nie podejrzewałem, że będzie nawet bardziej wyjątkowa, niż mówili.

Ponieważ była autentyczna. Niczego nie udawała.

Nie wiedziała, z kim się zderzyła, ale nie miało to dla niej znaczenia. I nie uważała się za wyższą od zwykłego człowieka, tylko dlatego, że urodziła się z tytułem szlacheckim. Znała i akceptowała swoje obowiązki, wiedziała, że jest postawiona w hierarchii dużo wyżej od przeciętnego człowieka, ale nie okazywała tego.

I to właśnie podsycało w niej ten ogień, który miałem wrażenie, gromadzi się pod powierzchnią skóry. Ogień, który podsycał ją do działania. I rozpalał ludzi dookoła.

Była piękna. Nie tylko z wyglądu, ale i sercem. Wiedziałem to już w tamtej chwili.

Miała na sobie długą do ziemi złotą sukienkę, z błyszczącym gorsetem, która idealnie współgrała z kolorem jej skóry. Ciemne, gęste włosy opadały miękkimi falami na jej ramiona. Chciałem wpleść w nie palce i sprawdzić, czy były tak samo miękkie, na jakie wyglądały.

I boże, w tamtym momencie dokładnie wiedziałem, dlaczego nigdy nie znudzili się mówieniem o niej. Zrozumiałem, o co było to całe zamieszanie. Dlaczego tak wielu jej chciało i dlaczego ojciec tak rozpaczliwie chronił ją przez te wszystkie lata.

Nie wierzyłem w piękną miłość, o której piszą w książkach. Z pewnością nie wierzyłem w tę od pierwszego wejrzenia, ale gdyby doświadczył z nią tego, o czym mówią książki, poczuł, choć ułamek tego, co czują ich bohaterowie...

Byłbym stracony, będąc równocześnie najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

Za nią poszedłbym na każdą wojnę.

Jej oczy były ciemne i intensywne, tak jakby naprawdę płynął w niej ogień.

Trojanie pochodzili z terenów dzisiejszej Turcji. Czy Parys naprawdę był tak ślepy, żeby na swoich ziemiach, nie znaleźć żadnej pięknej kobiety? Musiał jechać aż do Grecji i porywać żonę innego?

I w jednej chwili potrafiłem zrozumieć ich obu. I Parysa i Menelaosa. Wczuć się w ich konflikt, w tę sytuację. Wiedziałem, że po którejkolwiek stronie bym nie stał, zrobiłbym to samo, co oni. I Boże miej mnie w swojej opiece, jeśli ona by mnie nie powstrzymała.

***

RPOV

Gdy pojawił się posłaniec, mówiąc, że goście właśnie przybyli, wiedziałam, że to właściwy czas, żeby stąd uciec. W przeciwieństwie do Deren, która miała pojawić się lada chwila, by zając się moimi włosami, aktualnie żadna z osób pomieszczeniu, nie była w stanie mnie zatrzymać. Nawet wujek Pavel, osobisty strażnik mojego ojca, jego wieloletni przyjaciel i szef ochrony pałacu, który towarzyszył mi od jakiegoś czasu, konsultując ze mną ostatnie ustalenia w kwestii bezpieczeństwa, podczas pobytu gości. Po prostu uśmiechnął się do mnie ze zrozumieniem.

W tym małym konflikcie między mną, a Abe był naszą Szwajcarią, naszym mediatorem. Od czasu kiedy mój ojciec ogłosił, że wyjdę za mąż, by przypieczętować sojusz z Rosją, był powiernikiem nas obu. Starał się, byśmy nawzajem zrozumieli nasze stanowiska i nigdy nie opowiedział się po żadnej ze stron. Na przestrzeni lat był dla mnie rodzicem bardziej niż moja matka kiedykolwiek. Był wyrozumiały i służył radą za każdym razem, gdy tego potrzebowałam, podczas gdy Janine miała zimny i wymagający stosunek, zawsze zbywając mnie i każąc skupić się na konkretach.

Zeszłam z podestu i strzepnęłam buty z nóg. Nie zamierzałam chodzić w tych absurdalnych obcasach, jeśli nie musiałam. Pavel wyszedł z posłańcem, oferując mi ostatnie skinienie głową w naszym cichym porozumieniu, że nic nie powie o moim miejscu pobytu, dopóki nie będzie to zagrażało mojemu bezpieczeństwu. Odpowiedziałam mu małym uśmiechem, zanim zniknął za drzwiami.

Dwie pozostałe kobiety, krawcowe, odpowiedzialne za dopasowanie mojej sukni zaczęły protestować. Zignorowałam je. Dwie godziny to chyba wystarczająco czasu na wykonanie ostatnich poprawek. Wsunęłam na nogi płaskie buty, w których tu przyszłam i opuściłam pomieszczenie, nie zważając na wołające mnie głosy.

Aranżowane małżeństwo.

Musiałam uciec. Zrobiłam to wtedy — kiedy Abe na balu, cztery miesiące temu ogłosił moje zaręczyny — i musiałam zrobić teraz. Byłam wściekła. Jak mogłam tak po prostu wyjść za człowieka, którego nie znałam?

Abe powiedział, któregoś razu, że powinnam być wdzięczna, że ten mężczyzna zaakceptował propozycję sojusz wraz z wzięciem mnie za żonę. I że prawdopodobnie nie musiałby tego stawiać jako warunek, gdym zaakceptowała, którąś z propozycji, które zostały mi wcześniej złożone. Rozumiałam jego troskę, większość dziewcząt w moim wieku już dawno była zamężna. Obawiał się o moją przyszłość, nie chciał, żebym skończyła tak jak Natasza Ozera. Nie tylko niezamężna po trzydziestce, samotna i nieszczęśliwa, ale i traktowana przez królewskich jak trędowata i to wcale nie z powodu blizny na jej twarzy. Na takie kobiety, społeczeństwo nie patrzyło przychylnie. Ich wartość była umniejszana i były traktowane jak ktoś drugiej kategorii. Nie daj Allah, jeszcze umiejące walczyć i noszące przy sobie broń.
Moim zdaniem te obawy nie były do końca uzasadnione. Natasza walczyła z tymi stereotypami. Nie dała się odsunąć od życia społecznego i brała udział we wszystkich publicznych wydarzeniach, na których mogła się zjawić. Mimo wielu przeciwników coraz więcej ludzi ją popierało i w wielu miała przyjaciół. Poza tym nie wszystkie te rzeczy mnie dotyczyły. Rozumiałam ojca, nie chciał dla mnie takiego życia, jednak myślę, że dwa kolejne lata nie zrobiłyby tak wielkiej różnicy. W końcu ludzie i tak mówili o mnie. Przez to, że Abe starał się mnie chronić przed złą reputacją, każdy mój kontakt z młodym kawalerem rodził plotki. Na niekorzyść działała również moja przyjaźń z Adrianem Iwaszkowem, który gdy się poznaliśmy, był już zaręczony. Choć początkowo był we mnie zadurzony, później naprawdę pokochał swoja narzeczoną Sydney. A teraz, poza tym, że byliśmy dobrymi przyjaciółmi, nic więcej nas nie łączyło. Jednak przekonanie ludzi do zmiany ich zdania, wcale nie było takie łatwe. Mimo moich zaręczyn i spadkobiercy, którego Sydney nosiła pod sercem, nie przestali gadać.

Nigdy tego nie rozumiałam, ale widzieli w mojej relacji z Adrianem, coś niezwykle rzadkiego, co nie pozwoliło zapomnieć im o tym temacie. I choć w końcu zaczęło denerwować to mojego ojca, był bezsilny. Żadna z jego metod nie przyniosła oczekiwanego rezultatu. Dlatego właśnie przygotowania do ślubu tak go pochłonęły w ostatnich miesiącach. Chciał zrobić z tego wydarzenie dekady i dać ludziom lepszy powód do rozmów w najbliższym czasie.

I chcąc nie chcąc, moje myśli też ciągle obracały się wokół tego. Ślubu z mężczyzną, który miał stać się nieodłącznym elementem mojego całego przyszłego życia.

Jak sobie to wyobrażałam? Nie robiłam tego. A raczej robiło mi się niedobrze na samą myśl.

Mojej matce było to niezwykle na rękę. Jej córka, nieszczęście, wreszcie zrobi coś pożytecznego, wreszcie spełni swój obowiązek wobec rodziny i królestwa.

Nigdy nie obchodziły jej moje uczucia. Z biegiem czasu, im mniej wolności mi pozostawało, zaczęłam przypuszczać, że mojego ojca również obchodzą coraz mniej.
Chociaż wujek Pavel powtarzał mi, że Abe robi to tylko dla mojego dobra, nie wiem, czy wciąż w to wierzyłam. A może po prostu zaślepiła mnie złość.

Wyjrzałam przez jedno z mijanych okien. Obok naszych strażników, w kolorowych mundurach, pojawili się ubrani na granatowo, strażnicy rosyjskiej rodziny królewskiej. Stali rozstawieni naprzemiennie, tak jak zostało to już wcześniej uzgodnione. Wzajemna pomoc i wsparcie. Jednocześnie rozłożenie sił obrońców z każdego królestwa, na strategicznych pozycjach do momentu złożenia oficjalnych podpisów pod dokumentami sojuszu.

Dwóch. Ibrahima Mazura, mojego ojca i króla Turcji oraz Cara Dymitra Belikowa, mojego przyszłego męża, którego nigdy wcześniej nie widziałam na oczy.

I właśnie dlatego moje przygotowania trwały już od bladego świtu. Nasze pierwsze spotkanie. Powinnam wyglądać i zachowywać się nienagannie. Jednak imię Rose Mazur, ma swoją reputacja nie bez powodu. Nigdy nie robię tego, co powinnam, szczególnie jeśli jest to coś, czego nie popieram lub do czego zostaję wbrew woli zmuszona.

I jeśli ten człowiek jest tego częścią, niech wie, co o tym myślę.

To, że już tu był, nie znaczyło, że miałam zamiar od razu się z nim spotkać. Niech nie sądzi, że życie ze mną będzie łatwe.

Potrzebowałam powietrza.

Na schodach minął mnie Nefret, osobisty sługa mojego ojca, pozdrawiając mnie głębokim ukłonem.

Abe. Ach, Abe.

Wiedziałam, że nigdy nie zrobiłby czegoś, co mogłoby mi zaszkodzić. Jednak obiecywał, że nie zrobi również niczego wbrew mnie. I oto jesteśmy, przed największym wydarzeniem w dziejach naszego królestwa od wieków. Kochałam Abe, ale nie zamierzałam mu tego ułatwiać. Skoro postawił mnie w takiej sytuacji, niech poczuje tego konsekwencje.

Westchnęłam, pamiętając czasy, kiedy naszym największym problemem i przedmiotem kłótni było to, jaka historię dzisiaj ma mi opowiedzieć.

Nigdy nie interesowały mnie książki. Na palcach potrafiłam policzyć, do ilu tak naprawdę samodzielnie zajrzałam. Znajomość większości historii, zawdzięczałam Abe. Wszystko, co znałam, przeczytał lub opowiedział mi w moich młodszych latach. I chłonęłam każde słowo, ciągle chcąc więcej i więcej. Wtedy szczególnie jedna historia przypadła mi do gustu. Teraz zupełnie nie wiem, dlaczego akurat wtedy — a mogłam mieć nie więcej niż dziewięć lat — zainteresowała mnie wojna. Abe śmiał się, że to przez mój wojowniczy charakter. Dręczyłam go wtedy, żeby wciąż mi to opowiadał. Staruszek w końcu był tak zmęczony powtarzaniem w kółko tego samego, że zapraszał wujka Pavela, by nam towarzyszył. Stawało się to wtedy ciekawsze, ponieważ z jego szeroką wiedzą na temat broni, walki i strategi wojskowych, mógł lepiej wytłumaczyć nam niektóre rzeczy. Dzięki temu ta historia ożywała każdego wieczora, kiedy o nią prosiłam. Książka, w której została zawarta, napisana była starym językiem i mimo przypisów, jak tłumaczył mi to ojciec, bez wystarczającej wiedzy i cierpliwości, wiele rzeczy było niezrozumiałych. W wolnych chwilach rozmawiał z niektórymi uczonymi o aspektach rządzenia, prawach, wierzeniach czy normach obowiązujących w tamtych czasach, by kolejnym razem, historia znów była pełniejsza. Lata zajmowania się tym sprawiły, że cała nasza trójka znała to na pamięć, wszyscy wzbogaciliśmy swoją wiedzę w różnych dziedzinach i z radością wracaliśmy do tego, wspominając po czasie wspólnie spędzone wieczory.
Historia wojny trojańskiej. Jak zrozumiałam to dopiero później, historia wojny nie tylko o kobietę, ale o miłość. I sens istnienia.

Czy taka wciąż istniała? Nie wiedziałam tego. I nie oczekiwałam, że coś takiego przydarzy się mi. Szczęśliwi ci, którzy mają wybór. Jak wiele posiadają, nawet o tym nie wiedząc.

Patrząc trzeźwo połowa z podjętych tam przez obu mężczyzn decyzji, była po prostu głupia. Nie ważne czy była to ta pierwsza, która wszystko rozpoczęła czy kolejna. Kiedyś powinno umieć powiedzieć się dość.

Jednak patrząc przez pryzmat miłości, każda z tych decyzji była podjęta, by bronić lub odzyskać to, co było najcenniejsze. A odwaga i determinacja po obu stronach była godna podziwu.

Minęłam róg i zderzyłam się z kimś. Chciałam po prostu przeprosić i iść dalej, ale mężczyzna — co wywnioskowałam po jego budowie i głosie — odezwał się w tej samej chwili i również przeprosił.
Zaintrygowana podniosłam wzrok i musiałam wygiąć głowę do tyłu, żeby zobaczyć jego twarz.
Allah, był wysoki. Cofnęłam się o krok, żeby lepiej widzieć. Miał jakieś sześć stóp i siedem lub osiem cali wzrostu. Smukły, ale dobrze zbudowany. Długie do ramion brązowe włosy i ciemne oczy. Był przystojny, a ciemnoniebieski mundur niezwykle dobrze na nim leżał.
On też na mnie patrzył. Przez chwilę oddech uwiązł mi w piersi, a gdy w końcu nasze spojrzenia się spotkały, miałam wrażenie, że iskra przeskoczyła między nami.

Jego spojrzenie było intensywne, a oczy przypominały ciepłą czekoladę. Chciałam spróbować jego ust, by przekonać się, czy nią smakują.
Nie znałam jego tytułu, nie miałam pojęcia, skąd jest i jak się nazywa. Wiedziałam jednak, że jest najpiękniejszym człowiekiem, jakiego w życiu widziałam. I jaki prawdopodobnie chodzi po ziemi.

A potem ktoś go zawołał.

I przez chwilę nie mogłam uwierzyć własnym uszom.

Dymitr Belikow. Mój przyszły mąż.

******

"Allah" - przeważnie powtarzane podwójnie jako "Allah, Allah", turecki odpowiednik naszego "Boże".

Nie ma tu żadnych faktów historycznych, wszystko jest wymyślone przeze mnie.

***

I'm back! Po prawie... roku? Tak, wiem, ała.

Jednak rok szkolny nie sprzyja pisaniu (dokładniej: rozwijaniu pojawiających się pomysłów, a trochę ich jest) i publikowaniu.

Zostawiam was, bez żadnych obietnic i zapewnień, co do kolejnej daty publikacji.

Możecie być jednak pewni, że nie zrezygnowałam z pisania i cały czas to robię. Wrócę — to pewne. Kiedy — jak coś będzie skończone na tyle, by mogło wyjrzeć z przysłowiowej szuflady.

Dziękuję wszystkim, którzy tu dalej zaglądają!

Wszystkie komentarze mile widziane!


Zapoznanie

Dzieję się to gdzieś w trakcie pobytu Rose i Dymitra w Baia w "Homecoming". *** Zwykłe, spokojne przedpołudnie w domu Beliko...