W pokoju Lisa gadała z kimś przez telefon. Przez mój telefon.
- Właśnie przyszła. - odpowiedziała rozmówcy. Nie zdążyłam się jej nawet zapytać z kim gada, bo do pokoju wpadł Eddie.
- Rose!
- Co się dzieje?
- Strażnicy tu idą. Chcą cię przesłuchać.
- Co?
- Daniela wniosła oskarżenie.
- Żartujesz?
- Nagrabiłaś sobie. - w drzwiach pojawił się nie kto inny jak dowódca straży dworskiej. Chciałam się odezwać, ale Lisa mnie uprzedziła.
- Dlaczego ja nic o tym nie wiem?
- Wasza wysokość strażniczka Hathaway...
- Pytam się o to dlaczego nic nie wiem o tym przesłuchaniu. - ton królowej był spokojny. Wasylisa rzadko się denerwowała, lub podnosiła głos.
- Rada postanowiła, że tak będzie lepiej.
- To wszystko wyjaśnia. - palnęłam.
- Hathaway.
- Po nazwisku to po pysku, Hans. - strażnik odetchnął głęboko. Do naszego grona dołączyła dyrektorka.
- Wasza wysokość pozwoli, że przejdziemy do stołówki gdzie panują lepsze warunki do jakichkolwiek działań.
- Może teraz jeszcze jakiś cwaniak wyciągnie kajdanki i mnie skuje dla lepszego efektu? - jeden ze strażników towarzyszących Hansowi oczywiście chciał pokazać jaki to on nie jest. I posunął się do tego, ale widząc moje spojrzenie od razu się wycofał.
- Hathaway...
- Ponad dwadzieścia osób w Akademii, widziało mnie w tym czasie. Niczego mi nie udowodnicie, mam niepodważalne alibi...
- Rose. - przerwała mi Lissa. - Powiesz im co wiesz i dadzą ci spokój, czy będziesz się kłócić?
- To było pytanie retoryczne, rozumiem.
- Strażniczko Hathaway. - O nie. Moja przyjaciółka gra nieuczciwie. - Stawienie się na to przesłuchanie jest obowiązkiem...
- Dobra już. Pójdę na to cholerne przesłuchanie. Zadowoleni?
***
Anastazjo,
Jeśli to czytasz to wyrok został wykonany. Odeszłam, ale wiedz, że zawsze pozostaniesz moją małą siostrzyczką.
Myślałam, że mój plan się powiedzie. Niestety, ta gówniara wszystko popsuła. Gdyby nie ona miała bym wszystko czego pragnęłam. Nie było by Tatiany ani tej małolaty. Mogła bym wprowadzić swoje zmiany, miałam wszystko doskonale przemyślane. A przede wszystkim zależało mi nim. Mówiłam ci kiedyś, że chyba go kocham... W święta doskonale się w tym utwierdziłam, ale coś mnie zaniepokoiło. Coś się w nim zmieniło. Myślałam, że to praca w akademii. I od pewnego stopnia się nie myliłam. Miałam pewne podejrzenia, więc zaproponowałam mu żeby został moim strażnikiem. Utwierdziłam się w nich gdy odrzucił moją propozycje. On był zakochany. Mój Dimka był zakochany w Rose Hathaway. Była jego siedem lat młodszą uczennicą. Nic nie wiedziała o życiu, a do tego arogancka... Zresztą nieważne.
Popełniłam parę błędów w życiu i musiałam za nie zapłacić. Teraz gdy zostało mi tak mało czasu dostrzegam, że mogłam to inaczej rozegrać.
Chciałam cię prosić żebyś nie robiła niczego głupiego.
Kocham cię, An.
Natasza
***
- Z tego co powiedziałaś wynika, że na ponad pół godziny nie masz wiarygodnego alibi. Adrian Iwaszkow także przebywał wtedy na terenie akademii. Mogłaś go pobić, on pół świadomy wrócił na dwór gdzie później go znaleziono. - Hans i te jego wnioski.
- Ale dlaczego nie ma wiarygodnego alibi? - wtrącił się jeden z trzech młodszych strażników.
- Jeśli słuchaliście uważnie to wiedzie, że od wyjścia z sali bankietowej do spotkania uczniów podejrzana...
- Podejrzana? - przerwałam mu, bo szczerze minie rozbawił. Croft spiorunował mnie spojrzeniem i kontynuował.
- A więc, podejrzana przebywała wtedy w towarzystwie strażnika Belikova. To nie jest wiarygodne alibi.
- Dlaczego?
- Miller masz gorszy dzień czy z natury jesteś taki tępy?
- Hans - Eddie zabrał głos pierwszy raz od rozpoczęcia przesłuchania - to był komentarz w...
- Moim stylu. - dokończyłam i przybiliśmy piątkę. Na twarze trójki młodych "praktykantów", a nawet królowej wypłynął uśmiech. Oczywiście moja przyjaciółka próbowała to ukryć, bo ODE* nie dopuszcza takiego zachowania. Są tam zasady zachowania których powinno się przestrzegać. W osiemset-stronowym tomisku znalazły się zasady - dla wszystkich grup społecznych - które wypada przestrzegać na Dworze. Jest rozdział dla samej królowej bądź króla, strażników: królewskich i pozostałych, dla rodzin królewskich i tak dalej... Oczywiście ja łamie większość z tych zasad.
- Dobra młodzi, zbieramy się! Trzeba jeszcze przesłuchać dzieciaki z akademii.
- Hey, strażniku Croft! - zawołałam zanim wyszli ze stołówki. Hans obrócił się zirytowany. - Powodzenia!
- Co ja bym dał żeby zostać i zobaczyć miny nauczycieli, gdy im przygadasz albo coś wykombinujesz, Hathaway. - Eddie uśmiechnął się zapewne na wspomnienie jeszcze czasów Akademii.
- Będzie się działo, Castilie. - chłopak przytulił nas obie przelotnie.
- Narka, dziewczyny. - rzucił na odchodne.
- Cześć. - odpowiedziałyśmy razem. W pokoju okazało się, że jest w pół do trzeciej rano i mam piętnaście nieodebranych połączeń od Dymitra. No pięknie. Nie dość, że sobie nie pośpię to jeszcze czekam nie długa rozmowa...
------------------
*ODE - Oficjalna Dworska Etykieta
Przepraszam, że rozdział pojawia się dopiero teraz ale leń mnie dopadł...
Jak zwykle liczę na komy. ;)
Autorka
czwartek, 23 lipca 2015
sobota, 11 lipca 2015
Rozdział 8
Gdy tylko przekroczyłyśmy próg Lehight wzięli nas na pogadankę do dyrektorki.
- Proszę. - usłyszałyśmy dźwięczny kobiecy głos. Lisa otworzyła drzwi. Za biurkiem siedziała morojka może po czterdziestce, włosy miała spięte w koka i standardowo okulary na nosie. Wstała na nasz widok.
- Pani dyrektor Williams. - przywitała się Lisa.
- Wasza wysokość. - skłoniła się lekko. - Proszę siadać.
- Nie tak oficjalnie, w końcu będę normalną uczennicą.
- Oczywiście. - Obie usiadły, a ja stanęłam pod ścianą. Przejrzałam całe pomieszczenie. Trzy okna, z przyciemnianymi szybami, specjalnie wzmocnionymi. Jedne drzwi z możliwością zabarykadowania od środka. Sekretne przejście w biblioteczce prowadzące do karmicieli i do bunkru pod ziemią potrafiącego pomieścić 700 osób, dodatkowo zabezpieczonego hasłem, o drzwiach i ścianach grubości metra. Idealna kryjówka podczas ataku strzyg. Dodatkowo cały obiekt jest zabezpieczony magicznymi osłonami.
- Nie usiądziesz? - słowa tym razem były skierowane do mnie.
- Jestem na służbie.
- Skoro tak. - morojka wzruszyła ramionami.- Pokój jest na 2 piętrze, ma mały balkon. Na każdym korytarzu kręci się jeden z ochroniarzy. A informacje o wyjściach ewakuacyjnych, zostały przekazane jak mniemam.
- Tak wszystko wiemy. - przytaknęła Lissa.
- A więc ostatnią rzeczą jest plan lekcji. Pory posiłków zostały wypisane. Więc z mojej strony to wszystko. - przekazał mojej przyjaciółce plik kartek.
- My także dziękujemy.
- Dorothe zaprowadzi was do pokoju. - wyszłyśmy z gabinetu, a ja odetchnęłam z ulgą.
- Już bardziej lubiłam Kirową.
- Tak bo od podstawówki lądowałaś u niej na dywaniku. - zaśmiała się królowa.
- Przynajmniej coś się działo.
- A tak w ogóle wzięłaś jakieś sukienki?
- Niby po co?
- No wiesz. Jakieś imprezki studenckie.
- I teraz mi jeszcze powiedz, że masz zamiar na nie chodzić.
- Mam.
- Liss! To nie sprawiedliwe! Nawet pączu, który jest niczym w porównaniu z Russian vodko'm, nie będę się mogła napić.
- Poćwiczysz śliną wole.
- Hahaha bardzo śmieszne. - poszłyśmy po nasze walizki, a potem do dortium. Dorote była człowiekiem, starszą babcią, ale wciąż emanowała energią. Gdy miał nas jakiś chłopak, kazała mu wziąć nasze bagaże.
- Chodź tu chłopcze. - powiedziała to tonem nieznoszącym sprzeciwu, ale nadal z uśmiechem na twarzy. Tamten nawet nie śmiał protestować.
- Tak?
- Weź dziewczynką po jednej walizce. Niech się nie przemęczają.
- Oczywiście.
- I masz tu klucz. Pokój 940. Drugie piętro.
- Tak jest. Pozwolicie? - zwrócił się do nas.
- Oczywiście. - odpowiedziałyśmy razem. I oddałyśmy mu po jednej torbie. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na jego wygląd. Czarna czupryna, niebieskie oczy z 1,80 wzrostu. Wsiedliśmy do windy, chłopak wcisnął 2.
- Tak w ogóle jestem Josh.
- Rose. - podałam mu rękę, a moja przyjaciółka powtórzyła ten gest.
- Lissa.
- Jest dzisiaj wieczorem impreza, na powitanie nowych. Wybierzecie się? - popatrzyłam na Wasylisę.
- Zobaczymy jak z rozpakowywaniem. - Ping. Winda się zatrzymała, a my udałyśmy się za naszym przewodnikiem. Trzeba było skręcić w prawo, potem w lewo. Piąte drzwi miały numer 940.
- Dzięki. - odezwałyśmy się w tym samym momencie.
- Za pomoc. - dokończyła moja przyjaciółka.
- Nie ma sprawy. Wpadnę po was wieczorem. Cześć. - wyszedł i zamknął drzwi.
- No to czas się rozpakować.- rzuciłam do przyjaciółki i wzięłyśmy się do roboty.
Lissa poszła spać zmęczona całym dniem. A ja jeszcze sprawdziłam swoją pocztę na służbowym laptopie który dostałam. Wszystkie rozkazy miały przychodzić w wersji elektronicznej. Miałam jedną nieprzeczytaną wiadomość.
"Zadzwoń, jak znajdziesz chwilkę.
Kocham Cię, D."
Wyszczerzyłam się do ekranu*. Przewidział pewnie, że nie spojrzę na telefon. Jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam, na dworze przeważnie posługujemy się krótkofalówkami. Wyłączyłam komputer i wybrałam numer Belikova. Odebrał po trzecim sygnale.
- Nie przeszkadzam? Masz czas pogadać?
- Dla ciebie zawsze, Roza. Rozpakowane?
- Po części. Lissa już śpi.
- Poznałyście już kogoś?
- Tak... - przerwał mi krzyk dobiegający z korytarza.
- Rose?
- Chwila. - wyjrzałam przez drzwi, kolek położyłam na półce w zasięgu ręki. Jakaś dziewczyna stała na środku korytarza cała mokra. Za chwile zobaczyłam wybiegających chłopaków z za zakrętu.
- Aaaa! - coś lodowatego i mokrego trafiło we mnie. Obróciłam się i stanęłam na przeciw Josh'a. Trzymał w ręce worek napełniony wodą.
- Rose?! - odezwał się zaniepokojony głos w słuchawce.
- Wszystko ok. Oddzwonię. - rozłączyłam się i schowałam telefon. Na całym korytarzu chłopcy gonili za dziewczynami, rzucając w nie balonami z wodą. Lodowatą wodą. - Nie waż się. - ostrzegłam go i cofnęłam się o krok. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Padłam na ziemie i przeturlałam się kawałek. Ktoś za mną krzyknął. Podniosłam się i zobaczyłam wysoką dziewczynę całą mokrą. Jej błąd włosy przykleiły się do twarzy.
- Josh! - wykrzyknęła Liss, a ja zaczęłam się z niej śmiać i jakby za kare też dostałam od kogoś w plecy. Za Josh'em na środku korytarza stał jeden z trzech koszy z balonami z wodą. Niewiele myśląc popchnęłam bruneta. Wpadł do środka czemu towarzyszył huk kilkudziesięciu pękających na raz balonów.
- Uciekać!!! - wrzasnął ktoś. Na końcu korytarza zauważyłam dyrkę. Chwyciłam Lissę z rękę i wciągnęłam do pokoju zamykając za nami drzwi na klucz.
- Co to było? - spytała królowa próbując pohamować śmiech.
- Zielona noc. - roześmiała się na dobre, a jej zawtórowałam.
- Biedny Josh. - odparła po chwili Wasylisa. - Pewnie mu się dostanie.
- Będzie mieć za swoje.
- Rose.
- Okej sprawdzę co z nim. - wyjrzałam przez drzwi i to co zobaczyłam szczerze mnie ubawiło. Jo stał ze wzrokiem wbitym w ziemie i przyjmował reprymendy dyrektorki, która obróciła się na dźwięk otwieranych drzwi.
- Kogo ja widzę. Hathaway. Proszę tu podejść. - zamknęłam drzwi i podeszłam do niej. Odebrałam współczujące spojrzenie od Vetz'a. - Widzę, że chętnie pomożesz koledze sprzątać korytarz.
- Dobrze się pani czuje? - wskazałam na korytarz. Balony były nawet na suficie. - Zejdzie nam do rana. Nie ma pani ludzi od tego? A może po prostu nie chce się pani ruszyć tyłka i ich zawołać? - nie odezwała się tylko posłała mi groźne spojrzenie. Stałam z niewzruszona z założonymi rękami. W końcu morojka się odezwała.
- Twoje papiery nie kłamią. Jesteś zarozumiała i bezczelna...
- Dzika, niebezpieczna, wulgarna. Mam dalej wymieniać? - Williams osłupiała. - Nie pani pierwsza mi to mówi.
- Do tego szczera do bólu.
- Mam to po ojcu.
- Macie to posprzątać do jutra. Nie obchodzi mnie jak to zrobicie! - babce puściły nerwy. - Nie wiem jak Ellen wytrzymała z tobą. - wpatrywała się we mnie ze złością, odwróciła się i poszła w swoją stronę. Zanim zniknęła mi z oczu było słychać jej zrozpaczony głos. - Boże nie wytrzyma z tą dziewczyną.
- Wow. To było mocne. - powiedział Jo gdy odzyskał głos. Wpatrywał się we mnie ze zdziwieniem. - Jakim cudem jeszcze tu stoisz?
- Robiła w życiu gorsze rzeczy. Nagadanie dyrektorowi to dla mnie nic.
- Co się stało pani Amandzie? - podszedł do nas człowiek, miał około 50 lat i był ubrany w zielone spodnie robocze. Tutejszy woźny. Trzymał miotłę i worek na śmieci. - Nigdy nie widziałem żeby była tak wyprowadzona z równowagi. Masz coś na swoje usprawiedliwienie chłopcze? Biedna twoja koleżanka musiała cię słuchać. Nieładnie tak się odnosić do dam i przy damach.
- Ale... - chłopak próbował protestować.
- Za kare posprzątasz wszystko sam. - polubiłam gościa nie da sobie w kasze dmuchać. - A ty panienko możesz iść do pokoju. Ja popilnuje tego gagatka.
- Proszę pana... - zaczęłam.
- Poniesie kare, nie martw się o to. A teraz już do pokoju. - polubiłam gościa. Nie da sobie w kasze dmuchać. I do tego zwalnia mnie ze sprzątania. Wycofałam się do drzwi.
- Rose! - usłyszałam zanim je zamknęłam.
- Tak?
- Nie zostawiaj mnie. - poprosił Josh błagalnym tonem. - Au!
- Cicho tam! - woźny przywalił mu miotłą.
- Masz za swoje. - puściłam mu oczko i zostawiłam go z 'sympatycznym dziadkiem'. Czeka go ciężka noc.
------------------
* Tak wyglądam gdy czytam wasze komentarze lub pisze rozdziały. Koleżanka w szkole zawsze do mnie "Co ty się szczerzysz tak do tego telefonu?" lub "Nie szczerz się tak do tej komórki" (Zuzia xD)
A tak już na poważnie to UWIELBIAM was za te wszystkie komentarze.
Autorka
- Proszę. - usłyszałyśmy dźwięczny kobiecy głos. Lisa otworzyła drzwi. Za biurkiem siedziała morojka może po czterdziestce, włosy miała spięte w koka i standardowo okulary na nosie. Wstała na nasz widok.
- Pani dyrektor Williams. - przywitała się Lisa.
- Wasza wysokość. - skłoniła się lekko. - Proszę siadać.
- Nie tak oficjalnie, w końcu będę normalną uczennicą.
- Oczywiście. - Obie usiadły, a ja stanęłam pod ścianą. Przejrzałam całe pomieszczenie. Trzy okna, z przyciemnianymi szybami, specjalnie wzmocnionymi. Jedne drzwi z możliwością zabarykadowania od środka. Sekretne przejście w biblioteczce prowadzące do karmicieli i do bunkru pod ziemią potrafiącego pomieścić 700 osób, dodatkowo zabezpieczonego hasłem, o drzwiach i ścianach grubości metra. Idealna kryjówka podczas ataku strzyg. Dodatkowo cały obiekt jest zabezpieczony magicznymi osłonami.
- Nie usiądziesz? - słowa tym razem były skierowane do mnie.
- Jestem na służbie.
- Skoro tak. - morojka wzruszyła ramionami.- Pokój jest na 2 piętrze, ma mały balkon. Na każdym korytarzu kręci się jeden z ochroniarzy. A informacje o wyjściach ewakuacyjnych, zostały przekazane jak mniemam.
- Tak wszystko wiemy. - przytaknęła Lissa.
- A więc ostatnią rzeczą jest plan lekcji. Pory posiłków zostały wypisane. Więc z mojej strony to wszystko. - przekazał mojej przyjaciółce plik kartek.
- My także dziękujemy.
- Dorothe zaprowadzi was do pokoju. - wyszłyśmy z gabinetu, a ja odetchnęłam z ulgą.
- Już bardziej lubiłam Kirową.
- Tak bo od podstawówki lądowałaś u niej na dywaniku. - zaśmiała się królowa.
- Przynajmniej coś się działo.
- A tak w ogóle wzięłaś jakieś sukienki?
- Niby po co?
- No wiesz. Jakieś imprezki studenckie.
- I teraz mi jeszcze powiedz, że masz zamiar na nie chodzić.
- Mam.
- Liss! To nie sprawiedliwe! Nawet pączu, który jest niczym w porównaniu z Russian vodko'm, nie będę się mogła napić.
- Poćwiczysz śliną wole.
- Hahaha bardzo śmieszne. - poszłyśmy po nasze walizki, a potem do dortium. Dorote była człowiekiem, starszą babcią, ale wciąż emanowała energią. Gdy miał nas jakiś chłopak, kazała mu wziąć nasze bagaże.
- Chodź tu chłopcze. - powiedziała to tonem nieznoszącym sprzeciwu, ale nadal z uśmiechem na twarzy. Tamten nawet nie śmiał protestować.
- Tak?
- Weź dziewczynką po jednej walizce. Niech się nie przemęczają.
- Oczywiście.
- I masz tu klucz. Pokój 940. Drugie piętro.
- Tak jest. Pozwolicie? - zwrócił się do nas.
- Oczywiście. - odpowiedziałyśmy razem. I oddałyśmy mu po jednej torbie. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na jego wygląd. Czarna czupryna, niebieskie oczy z 1,80 wzrostu. Wsiedliśmy do windy, chłopak wcisnął 2.
- Tak w ogóle jestem Josh.
- Rose. - podałam mu rękę, a moja przyjaciółka powtórzyła ten gest.
- Lissa.
- Jest dzisiaj wieczorem impreza, na powitanie nowych. Wybierzecie się? - popatrzyłam na Wasylisę.
- Zobaczymy jak z rozpakowywaniem. - Ping. Winda się zatrzymała, a my udałyśmy się za naszym przewodnikiem. Trzeba było skręcić w prawo, potem w lewo. Piąte drzwi miały numer 940.
- Dzięki. - odezwałyśmy się w tym samym momencie.
- Za pomoc. - dokończyła moja przyjaciółka.
- Nie ma sprawy. Wpadnę po was wieczorem. Cześć. - wyszedł i zamknął drzwi.
- No to czas się rozpakować.- rzuciłam do przyjaciółki i wzięłyśmy się do roboty.
Lissa poszła spać zmęczona całym dniem. A ja jeszcze sprawdziłam swoją pocztę na służbowym laptopie który dostałam. Wszystkie rozkazy miały przychodzić w wersji elektronicznej. Miałam jedną nieprzeczytaną wiadomość.
"Zadzwoń, jak znajdziesz chwilkę.
Kocham Cię, D."
Wyszczerzyłam się do ekranu*. Przewidział pewnie, że nie spojrzę na telefon. Jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam, na dworze przeważnie posługujemy się krótkofalówkami. Wyłączyłam komputer i wybrałam numer Belikova. Odebrał po trzecim sygnale.
- Nie przeszkadzam? Masz czas pogadać?
- Dla ciebie zawsze, Roza. Rozpakowane?
- Po części. Lissa już śpi.
- Poznałyście już kogoś?
- Tak... - przerwał mi krzyk dobiegający z korytarza.
- Rose?
- Chwila. - wyjrzałam przez drzwi, kolek położyłam na półce w zasięgu ręki. Jakaś dziewczyna stała na środku korytarza cała mokra. Za chwile zobaczyłam wybiegających chłopaków z za zakrętu.
- Aaaa! - coś lodowatego i mokrego trafiło we mnie. Obróciłam się i stanęłam na przeciw Josh'a. Trzymał w ręce worek napełniony wodą.
- Rose?! - odezwał się zaniepokojony głos w słuchawce.
- Wszystko ok. Oddzwonię. - rozłączyłam się i schowałam telefon. Na całym korytarzu chłopcy gonili za dziewczynami, rzucając w nie balonami z wodą. Lodowatą wodą. - Nie waż się. - ostrzegłam go i cofnęłam się o krok. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Padłam na ziemie i przeturlałam się kawałek. Ktoś za mną krzyknął. Podniosłam się i zobaczyłam wysoką dziewczynę całą mokrą. Jej błąd włosy przykleiły się do twarzy.
- Josh! - wykrzyknęła Liss, a ja zaczęłam się z niej śmiać i jakby za kare też dostałam od kogoś w plecy. Za Josh'em na środku korytarza stał jeden z trzech koszy z balonami z wodą. Niewiele myśląc popchnęłam bruneta. Wpadł do środka czemu towarzyszył huk kilkudziesięciu pękających na raz balonów.
- Uciekać!!! - wrzasnął ktoś. Na końcu korytarza zauważyłam dyrkę. Chwyciłam Lissę z rękę i wciągnęłam do pokoju zamykając za nami drzwi na klucz.
- Co to było? - spytała królowa próbując pohamować śmiech.
- Zielona noc. - roześmiała się na dobre, a jej zawtórowałam.
- Biedny Josh. - odparła po chwili Wasylisa. - Pewnie mu się dostanie.
- Będzie mieć za swoje.
- Rose.
- Okej sprawdzę co z nim. - wyjrzałam przez drzwi i to co zobaczyłam szczerze mnie ubawiło. Jo stał ze wzrokiem wbitym w ziemie i przyjmował reprymendy dyrektorki, która obróciła się na dźwięk otwieranych drzwi.
- Kogo ja widzę. Hathaway. Proszę tu podejść. - zamknęłam drzwi i podeszłam do niej. Odebrałam współczujące spojrzenie od Vetz'a. - Widzę, że chętnie pomożesz koledze sprzątać korytarz.
- Dobrze się pani czuje? - wskazałam na korytarz. Balony były nawet na suficie. - Zejdzie nam do rana. Nie ma pani ludzi od tego? A może po prostu nie chce się pani ruszyć tyłka i ich zawołać? - nie odezwała się tylko posłała mi groźne spojrzenie. Stałam z niewzruszona z założonymi rękami. W końcu morojka się odezwała.
- Twoje papiery nie kłamią. Jesteś zarozumiała i bezczelna...
- Dzika, niebezpieczna, wulgarna. Mam dalej wymieniać? - Williams osłupiała. - Nie pani pierwsza mi to mówi.
- Do tego szczera do bólu.
- Mam to po ojcu.
- Macie to posprzątać do jutra. Nie obchodzi mnie jak to zrobicie! - babce puściły nerwy. - Nie wiem jak Ellen wytrzymała z tobą. - wpatrywała się we mnie ze złością, odwróciła się i poszła w swoją stronę. Zanim zniknęła mi z oczu było słychać jej zrozpaczony głos. - Boże nie wytrzyma z tą dziewczyną.
- Wow. To było mocne. - powiedział Jo gdy odzyskał głos. Wpatrywał się we mnie ze zdziwieniem. - Jakim cudem jeszcze tu stoisz?
- Robiła w życiu gorsze rzeczy. Nagadanie dyrektorowi to dla mnie nic.
- Co się stało pani Amandzie? - podszedł do nas człowiek, miał około 50 lat i był ubrany w zielone spodnie robocze. Tutejszy woźny. Trzymał miotłę i worek na śmieci. - Nigdy nie widziałem żeby była tak wyprowadzona z równowagi. Masz coś na swoje usprawiedliwienie chłopcze? Biedna twoja koleżanka musiała cię słuchać. Nieładnie tak się odnosić do dam i przy damach.
- Ale... - chłopak próbował protestować.
- Za kare posprzątasz wszystko sam. - polubiłam gościa nie da sobie w kasze dmuchać. - A ty panienko możesz iść do pokoju. Ja popilnuje tego gagatka.
- Proszę pana... - zaczęłam.
- Poniesie kare, nie martw się o to. A teraz już do pokoju. - polubiłam gościa. Nie da sobie w kasze dmuchać. I do tego zwalnia mnie ze sprzątania. Wycofałam się do drzwi.
- Rose! - usłyszałam zanim je zamknęłam.
- Tak?
- Nie zostawiaj mnie. - poprosił Josh błagalnym tonem. - Au!
- Cicho tam! - woźny przywalił mu miotłą.
- Masz za swoje. - puściłam mu oczko i zostawiłam go z 'sympatycznym dziadkiem'. Czeka go ciężka noc.
------------------
* Tak wyglądam gdy czytam wasze komentarze lub pisze rozdziały. Koleżanka w szkole zawsze do mnie "Co ty się szczerzysz tak do tego telefonu?" lub "Nie szczerz się tak do tej komórki" (Zuzia xD)
A tak już na poważnie to UWIELBIAM was za te wszystkie komentarze.
Autorka
wtorek, 7 lipca 2015
Rozdział 7
Dochodziliśmy właśnie do biura królowej, gdy usłyszałam, że ktoś mnie woła.
- Rose! - odwróciliśmy się oboje.
- Co się stało Eddie?
- Nie ma czasu. Chodźcie. - puścił się pędem w stronę z której przybiegł. Popatrzyliśmy się po sobie z Dymitrem i ruszyliśmy za nim. Dhampir zatrzymał się dopiero w skrzydle szpitalnym. Przed jedną z sali siedzieli rodzice Adriana. Nikt się nie odezwał.
- Ktoś mi wyjaśni o co tu chodzi? - domagał się Belikov.
Moroje dopiero teraz zwrócili na nas uwagę. Nathan milczał, a...
- Co ty tu robisz? - wysyczała Daniela. Nie wiedziałam, że ją wypuścili. - Czemu jeszcze nikt cię nie zamknął?
- Mnie? To ty powinnaś siedzieć, o ile się nie mylę.
- Rose. - upomniał mnie Dymitr.
- Wszystko przez ciebie. To przez ciebie Adrian cierpi. - myślałam, że chodzi jej o mój były związek z jej synem.
- Znalazła się nagle troskliwa mamusia.
- Ja zawsze troszczyłam się o mojego syna! - krzyknęła rozpaczliwie, zdawało się że stłumi szloch.
- Czy ktoś raczy nam wyjaśnić o co tu chodzi? - w głosie Rosjanina dało się wyłapać cień zniecierpliwienia. W końcu odezwał się Nathan.
- Wczoraj jakaś młoda morojka znalazła Adriana w jego mieszkaniu. Był pobity i nie przytomny, w bardzo ciężkim stanie trafił do klinki. Pół godziny temu obudził się na chwilę i powiedział jedno słowo: Rose. W jego oczach był taki strach... - przerwał przełykając ślinę - Lekarze od razu zaczęli go badać, ale ponownie stracił przytomność, jego stan jest stabilny.
- To wszystko przez ciebie. - powiedziała morojka po jej policzkach spływały łzy. Przed chwilą się powstrzymałam, ale togo już za wiele. Nie będzie mnie bezpodstawnie oskarżać.
- Od przedwczoraj byłam w akademii, mam ponad stu świadków którzy to potwierdzą. Nie wiem co sobie ubzdurałam w swoim móżdżku, ale oskarżanie mnie jest bezpodstawne! Nie masz nawet dowodów. Obwiniasz mnie na podstawie majak w połowie szalonego człowieka. Mógł mieć jakieś sny erotyczne i dlatego wymówił moje imię. - zauważyłam kontem oka, że Dymitr skrzywił się na te słowa. - Powodów może byś tysiąc!
- Co się tu dzieje? - spytał jakiś głos, gdyby nie on dalej darłabym się na Daniele. Lisa stanęła koło nas, przyboku z Christianem, za nimi szło dwóch strażników. Belikov chciał odpowiedzieć, ale królowa powstrzymała go. - Nathanie, Danielo? Raczycie mi to wyjaśnić? O co dokładniej chodzi z Adrianem? - jej ton był stanowczy. Nie znoszący sprzeciwu, domagający się odpowiedzi. Nathan chciał to wyjaśnić, ale zanim się odezwał, wtrąciła morojka.
- Pobiła Adriana i zostawiła go bez pomocy. Wcześniej ledwo utrzymali go przy życiu. - mówiła cicho i lekko niewyraźnie. Ale następne słowa które popłynęły z jej ust był wypowiedziane bardzo dosadnie. - Wasza wysokość domagam się żeby zamknąć to dziewuchę. Ona ma jakieś zapędy mordercze. - w tym momencie byłam gotowa jej rozkwasić ten nosek. - Nie wiadomo czy z morderstwem Tatiany, nie miała czegoś wspólnego, bo przecież Tasza sama by tego nie zaplanowała... - nie wytrzymałam i rzuciłam się na nią. Dymitr zareagował błyskawicznie, nie rozważyłam takiej możliwości i już po chwili unieruchomił mnie. Moje próby wyrwania się nic nie dały. Zaczął mnie prowadzić do wyjścia ze szpitala.
- Widzicie to wariatka! Przed niczym się nie cofnie! - usłyszałam krzyk Danieli zanim skręciliśmy do bocznego wyjścia. Przylegało ono do jednego z tutejszych parków. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nami Belikov mnie puścił.
- Co za szmata! Jak mogła coś takiego powiedzieć. - zaczęłam chodzić w kółko. Pięści miała zaciśnięte.
- Rose. Hej, Rose. Uspokój się.
- Jak mam się uspokoić? Nie chce znów trafić do tej chrzanionej klatki. - Dymitr podszedł do mnie, chwycił mnie za ramiona. Uspokoiłam się trochę pod jego dotykiem. Popatrzył mi głęboko w oczy i moja wcześniejsza złości odleciała daleko z tond.
- Roza, nie pozwolę na to żebyś trafiła tam po raz drugi. - wiem, że jeśli to powiedział to dotrzyma słowa, wyłapałam też nutkę smutku i poczucia winy. Pewnie dlatego, że wcześniej pozwolił mi tam wylądować. Jeśli jeszcze raz znalazła bym się w takiej sytuacji postąpiła bym dokładnie tak samo. Zniosę więzienie jeżeli tym zapewnię mu bezpieczeństwo. Cholerne klatki. - poza tym oskarżenia Iwaszkovów są bezpodstawne, więc nic takiego się nie stanie. - zaśmiałam się.m- A tobie co tak wesoło?
- Przypomniałam sobie co powiedziałam Danieli o snach Adriana. - Belikov znów się skrzywił. - Wtedy zrobiłeś identyczną minę. Chyba zacznę nosić przy sobie aparat bo te miny są bezcenne... - zamknął mi usta pocałunkiem. Tak może mnie uciszać. Uwielbiałam to uczucie jego warg na moich. Jego dłoni błądzących po moim ciele jakby chciał zapamiętać każdy detal. Dłoni które potrafią chronić i zabić, a z drugiej strony być tak delikatne, przynosić ukojenie. Wsunął mi dłonie pod koszule. Były ciepłe co skontrastowało z moim chłodnym ciałem. Zadrżałam lekko. I chodź go nie widziałam wiedziała, że się uśmiechnął pod nosem. Staliśmy tak jeszcze chwile, tą cudowną chwile. W tym samym momencie uświadomiliśmy sobie, że za długo nas nie ma. Wróciliśmy do strażniczej postawy. No dobra ja wróciłam, jeśli w ogóle w moim przypadku istnieje "postawa strażniczki". Nigdy nie umiałam dorównać Dymitrowi, nie potrafię się tak dobrze kontrolować.
- Wieczorem mi nie uciekniesz. - szepnął mi do ucha ten aksamitny głos. A potem znów wrócił ten poważny, opanowany mój dawny mentor. Skupiony na służbie. Kiedyś na początku - było to chyba w samolocie, którym wracałyśmy z Liss do akademii - odniosłam takie chwilowe wrażenie, że nic po za służbą nie ma dla niego znaczenia, jednak tak szybko jak ta myśl się pojawiła tak szybko znikła. Pod salą Adriana nadal stali ci sami ludzie. Pierwsza odezwała się Daniela.
- Rose nie będę żądała, żeby cię wsadzi. Ale nie myśl sobie, że wybaczę ci to co zrobiłaś z moim synem. - powiedziała oschle. Chciałam jej odpowiedzieć, że jaj wybaczenie mam głęboko w...książce, ale powstrzymał mnie wzrok Belikova. Oczywiście doskonale wiedział co zamierzałam zrobić.
- Skoro sobie wszystko wyjaśniliśmy to ja wracam do swoich obowiązków. Strażniczko Hathaway, strażniku Belikov? - królowa posłała nam pytające spojrzenie, oboje kiwnęliśmy głowami, nie będziemy brać wolnego tylko dlatego że jakiejś babie pomieszało się w głowie.
- Spakowana? -spytał Christian kiedy szliśmy do biura królowej.
- Co? - odpowiedziałam, odpłynęłam gdzieś myślami i nie bardzo wiedziałam o czym mówi.
- Ziemia do Rose. - pstryknął mi palcami przed oczami. - Lehigh? Za trzy dni? - o kurczę zupełnie o tym zapomniałam. Chris nie idzie na studia co oznacza, że Dymitr też zostaje na dworze. Nie wyobrażam sobie tego. Mam nadzieje, że gołąbeczki będą za sobą równie mocno tęsknić. A kiedy Liss będzie spotykała się z dziwakiem, to ja z Dimką także. Cieszę się, że przynajmniej będę tam mieć laptopa i będziemy sobie mogli pogadać przez Internet.
- Ja? Co ty. Będę się pakować dzień przed. A ty co? Spakowałeś swoją dziewczynę?
- W życiu. Jeszcze bym coś kolorystycznie źle dobrał i co w tedy? - cała nasza trójka wybuchła śmiechem, a Ozera udał przerażenie.
- Tak z pewnością Lisa by cię udusiła.
***
- Rose!- usłyszałam głos Dymitra. - Bo samolot wam ucieknie.
- Już idę. - włożyłam parę trampek do walizki dopięłam ją i wyszłam. Belikov oczywiście zniósł mi ją po schodach i odholował pod sam samolot. Pożegnaliśmy się długim pocałunkiem.
- Będę cholernie tęsknic, towarzyszu.
- Ja także, Roza. Kocham cię. - musnął lekko moje usta swoimi.
- Ja ciebie też. - przytuliłam się od niego na krótko i popędziłam po schodach do samolotu. Wystartowaliśmy i patrzyłam na malejące postacie w dole i cały dwór który po chwili zostawiłyśmy za plecami.
- Witajcie studia. - powiedział Lisa z uśmiechem. Będzie to dla niej wielki odpoczynek, od tego ciągłego królowania.
- Wi-taj-cie. - powtórzyłam jak robot i obie wybuchłyśmy śmiechem.
------------------
Wspominałam kiedyś, że was uwielbiam? Komy są po prostu cudne i tak zachęcają do pracy. Nie spodziewał się tak miłych opinii.
Autorka
- Rose! - odwróciliśmy się oboje.
- Co się stało Eddie?
- Nie ma czasu. Chodźcie. - puścił się pędem w stronę z której przybiegł. Popatrzyliśmy się po sobie z Dymitrem i ruszyliśmy za nim. Dhampir zatrzymał się dopiero w skrzydle szpitalnym. Przed jedną z sali siedzieli rodzice Adriana. Nikt się nie odezwał.
- Ktoś mi wyjaśni o co tu chodzi? - domagał się Belikov.
Moroje dopiero teraz zwrócili na nas uwagę. Nathan milczał, a...
- Co ty tu robisz? - wysyczała Daniela. Nie wiedziałam, że ją wypuścili. - Czemu jeszcze nikt cię nie zamknął?
- Mnie? To ty powinnaś siedzieć, o ile się nie mylę.
- Rose. - upomniał mnie Dymitr.
- Wszystko przez ciebie. To przez ciebie Adrian cierpi. - myślałam, że chodzi jej o mój były związek z jej synem.
- Znalazła się nagle troskliwa mamusia.
- Ja zawsze troszczyłam się o mojego syna! - krzyknęła rozpaczliwie, zdawało się że stłumi szloch.
- Czy ktoś raczy nam wyjaśnić o co tu chodzi? - w głosie Rosjanina dało się wyłapać cień zniecierpliwienia. W końcu odezwał się Nathan.
- Wczoraj jakaś młoda morojka znalazła Adriana w jego mieszkaniu. Był pobity i nie przytomny, w bardzo ciężkim stanie trafił do klinki. Pół godziny temu obudził się na chwilę i powiedział jedno słowo: Rose. W jego oczach był taki strach... - przerwał przełykając ślinę - Lekarze od razu zaczęli go badać, ale ponownie stracił przytomność, jego stan jest stabilny.
- To wszystko przez ciebie. - powiedziała morojka po jej policzkach spływały łzy. Przed chwilą się powstrzymałam, ale togo już za wiele. Nie będzie mnie bezpodstawnie oskarżać.
- Od przedwczoraj byłam w akademii, mam ponad stu świadków którzy to potwierdzą. Nie wiem co sobie ubzdurałam w swoim móżdżku, ale oskarżanie mnie jest bezpodstawne! Nie masz nawet dowodów. Obwiniasz mnie na podstawie majak w połowie szalonego człowieka. Mógł mieć jakieś sny erotyczne i dlatego wymówił moje imię. - zauważyłam kontem oka, że Dymitr skrzywił się na te słowa. - Powodów może byś tysiąc!
- Co się tu dzieje? - spytał jakiś głos, gdyby nie on dalej darłabym się na Daniele. Lisa stanęła koło nas, przyboku z Christianem, za nimi szło dwóch strażników. Belikov chciał odpowiedzieć, ale królowa powstrzymała go. - Nathanie, Danielo? Raczycie mi to wyjaśnić? O co dokładniej chodzi z Adrianem? - jej ton był stanowczy. Nie znoszący sprzeciwu, domagający się odpowiedzi. Nathan chciał to wyjaśnić, ale zanim się odezwał, wtrąciła morojka.
- Pobiła Adriana i zostawiła go bez pomocy. Wcześniej ledwo utrzymali go przy życiu. - mówiła cicho i lekko niewyraźnie. Ale następne słowa które popłynęły z jej ust był wypowiedziane bardzo dosadnie. - Wasza wysokość domagam się żeby zamknąć to dziewuchę. Ona ma jakieś zapędy mordercze. - w tym momencie byłam gotowa jej rozkwasić ten nosek. - Nie wiadomo czy z morderstwem Tatiany, nie miała czegoś wspólnego, bo przecież Tasza sama by tego nie zaplanowała... - nie wytrzymałam i rzuciłam się na nią. Dymitr zareagował błyskawicznie, nie rozważyłam takiej możliwości i już po chwili unieruchomił mnie. Moje próby wyrwania się nic nie dały. Zaczął mnie prowadzić do wyjścia ze szpitala.
- Widzicie to wariatka! Przed niczym się nie cofnie! - usłyszałam krzyk Danieli zanim skręciliśmy do bocznego wyjścia. Przylegało ono do jednego z tutejszych parków. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nami Belikov mnie puścił.
- Co za szmata! Jak mogła coś takiego powiedzieć. - zaczęłam chodzić w kółko. Pięści miała zaciśnięte.
- Rose. Hej, Rose. Uspokój się.
- Jak mam się uspokoić? Nie chce znów trafić do tej chrzanionej klatki. - Dymitr podszedł do mnie, chwycił mnie za ramiona. Uspokoiłam się trochę pod jego dotykiem. Popatrzył mi głęboko w oczy i moja wcześniejsza złości odleciała daleko z tond.
- Roza, nie pozwolę na to żebyś trafiła tam po raz drugi. - wiem, że jeśli to powiedział to dotrzyma słowa, wyłapałam też nutkę smutku i poczucia winy. Pewnie dlatego, że wcześniej pozwolił mi tam wylądować. Jeśli jeszcze raz znalazła bym się w takiej sytuacji postąpiła bym dokładnie tak samo. Zniosę więzienie jeżeli tym zapewnię mu bezpieczeństwo. Cholerne klatki. - poza tym oskarżenia Iwaszkovów są bezpodstawne, więc nic takiego się nie stanie. - zaśmiałam się.m- A tobie co tak wesoło?
- Przypomniałam sobie co powiedziałam Danieli o snach Adriana. - Belikov znów się skrzywił. - Wtedy zrobiłeś identyczną minę. Chyba zacznę nosić przy sobie aparat bo te miny są bezcenne... - zamknął mi usta pocałunkiem. Tak może mnie uciszać. Uwielbiałam to uczucie jego warg na moich. Jego dłoni błądzących po moim ciele jakby chciał zapamiętać każdy detal. Dłoni które potrafią chronić i zabić, a z drugiej strony być tak delikatne, przynosić ukojenie. Wsunął mi dłonie pod koszule. Były ciepłe co skontrastowało z moim chłodnym ciałem. Zadrżałam lekko. I chodź go nie widziałam wiedziała, że się uśmiechnął pod nosem. Staliśmy tak jeszcze chwile, tą cudowną chwile. W tym samym momencie uświadomiliśmy sobie, że za długo nas nie ma. Wróciliśmy do strażniczej postawy. No dobra ja wróciłam, jeśli w ogóle w moim przypadku istnieje "postawa strażniczki". Nigdy nie umiałam dorównać Dymitrowi, nie potrafię się tak dobrze kontrolować.
- Wieczorem mi nie uciekniesz. - szepnął mi do ucha ten aksamitny głos. A potem znów wrócił ten poważny, opanowany mój dawny mentor. Skupiony na służbie. Kiedyś na początku - było to chyba w samolocie, którym wracałyśmy z Liss do akademii - odniosłam takie chwilowe wrażenie, że nic po za służbą nie ma dla niego znaczenia, jednak tak szybko jak ta myśl się pojawiła tak szybko znikła. Pod salą Adriana nadal stali ci sami ludzie. Pierwsza odezwała się Daniela.
- Rose nie będę żądała, żeby cię wsadzi. Ale nie myśl sobie, że wybaczę ci to co zrobiłaś z moim synem. - powiedziała oschle. Chciałam jej odpowiedzieć, że jaj wybaczenie mam głęboko w...książce, ale powstrzymał mnie wzrok Belikova. Oczywiście doskonale wiedział co zamierzałam zrobić.
- Skoro sobie wszystko wyjaśniliśmy to ja wracam do swoich obowiązków. Strażniczko Hathaway, strażniku Belikov? - królowa posłała nam pytające spojrzenie, oboje kiwnęliśmy głowami, nie będziemy brać wolnego tylko dlatego że jakiejś babie pomieszało się w głowie.
- Spakowana? -spytał Christian kiedy szliśmy do biura królowej.
- Co? - odpowiedziałam, odpłynęłam gdzieś myślami i nie bardzo wiedziałam o czym mówi.
- Ziemia do Rose. - pstryknął mi palcami przed oczami. - Lehigh? Za trzy dni? - o kurczę zupełnie o tym zapomniałam. Chris nie idzie na studia co oznacza, że Dymitr też zostaje na dworze. Nie wyobrażam sobie tego. Mam nadzieje, że gołąbeczki będą za sobą równie mocno tęsknić. A kiedy Liss będzie spotykała się z dziwakiem, to ja z Dimką także. Cieszę się, że przynajmniej będę tam mieć laptopa i będziemy sobie mogli pogadać przez Internet.
- Ja? Co ty. Będę się pakować dzień przed. A ty co? Spakowałeś swoją dziewczynę?
- W życiu. Jeszcze bym coś kolorystycznie źle dobrał i co w tedy? - cała nasza trójka wybuchła śmiechem, a Ozera udał przerażenie.
- Tak z pewnością Lisa by cię udusiła.
***
- Rose!- usłyszałam głos Dymitra. - Bo samolot wam ucieknie.
- Już idę. - włożyłam parę trampek do walizki dopięłam ją i wyszłam. Belikov oczywiście zniósł mi ją po schodach i odholował pod sam samolot. Pożegnaliśmy się długim pocałunkiem.
- Będę cholernie tęsknic, towarzyszu.
- Ja także, Roza. Kocham cię. - musnął lekko moje usta swoimi.
- Ja ciebie też. - przytuliłam się od niego na krótko i popędziłam po schodach do samolotu. Wystartowaliśmy i patrzyłam na malejące postacie w dole i cały dwór który po chwili zostawiłyśmy za plecami.
- Witajcie studia. - powiedział Lisa z uśmiechem. Będzie to dla niej wielki odpoczynek, od tego ciągłego królowania.
- Wi-taj-cie. - powtórzyłam jak robot i obie wybuchłyśmy śmiechem.
------------------
Wspominałam kiedyś, że was uwielbiam? Komy są po prostu cudne i tak zachęcają do pracy. Nie spodziewał się tak miłych opinii.
Autorka
sobota, 4 lipca 2015
Rozdział 6
- Gdzie ty się podziewałeś cały dzień? - zapytałam Dymitra gdy znalazłam go w samolocie.
- Moja słodka tajemnica. - odpowiedział cwanie się uśmiechając.
- Co ty knujesz?
- Nic.
- Nie powiesz mi? - zrobiłam maślne oczka.
- Rose! Nie patrz tak na mnie. - nie ruszyły mnie jego słowa. - Hej! - zakrył mi oczy dłonią.
- To nieuczciwe towarzyszu.
- I kto to mówi.
- Okej już będę grzeczna.
- Jakoś ci nie wierze. - chciałam dalej się z nim sprzeczać, ale przeszkodziło mi niespodziewane ziewnięcie. - No w ostateczności. - powoli odsunął mi rękę z oczu, upewniając się czy nie oszukuje.
- Więc...- ziewnęłam po raz kolejny i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że jestem wykończona całym dniem.
- Dobra już nic nie gadaj. - Dymitr objął mnie ramieniem, a ja wtuliłam się w niego. - Śpij, kochanie. - pocałował mnie w czoło. Zanim zasnęłam usłyszałam jeszcze ten cudowny głos. "Kocham cię, Roza."
***
Poczułam...wiatr? Chyba ktoś mnie gdzieś niósł. Uchyliłam lekko powieki. Zaczynało świtać. Belikov szedł w stronę naszego mieszkania, zauważył, że nie śpię.
- Przepraszam, Roza. Nie chciałem cię obudzić.
- Mogłeś. - odpowiedziałam cicho. - Mam nogi.
- Nie wątpię.
- Ale... - nie dokończyłam bo moją czaszkę przeszył ból. Dymitr od razu to dostrzegł.
- Co się dzieje? - wtuliłam się w niego mocniej.
- To tylko ból głowy. - odpowiedziałam dopiero po chwili. Zamknęłam oczy jakby w magiczny sposób miało to coś zmienić. Dotarło do mnie jakieś brzęczenie. A potem kliknięcie i trzask. Otworzyłam oczy.
- Hej, możesz mnie postawić towarzyszu.
- Jakbym tego nie wiedział. - odgryzł się, rzadko mu się to zdarzało. Przy innych nigdy, ale przy mnie mógł zdjąć maskę poważnego strażnika. Wszedł do sypialni i położył mnie na łóżku.
- Przyniosę ci coś przeciw bólowego.- Dymitr wyszedł z pokoju i wrócił po chwili z tabletką i szklanką wody. Usiadłam powoli i popiłam lek.
- Dziękuje.
- Śpij nie gadaj. - posłuchałam, co rzadko mi się zdarza i po chwili odpłynęłam.
- Rose.
- Jeszcze chwile...
- Nie ma opcji. Wstajemy. - otworzyłam lekko oczy. Dymitr był już ubrany i gotowy do wyjścia. Zazdroszczę mu bo na służbie obowiązuje go tylko czarna koszula i czarne spodnie, na co zakłada oczywiście swój ukochany prochowiec. Podczas gdy ja musiałam nosić uniform strażników królewskich.
- Już. - zwlokłam się z łóżka, wzięłam czysty komplet ubrań i pół przytomna poszłam do łazienki.
Gdy zeszłam na dół, na stole stało gotowe śniadanie.
- Jak ja to uwielbiam. - na powitanie dostałam słodkiego całusa. To rozumiem. Wzięłam sobie talerzyk z szafki i dosiadłam się do ukochanego.
- Zastanawiam się jak wyglądały wasze śniadania przez te dwa lata poza akademią, bo znając twój talent kulinarny...
- Jadałyśmy na mieście, albo ktoś z naszych współlokatorów gotował. - przerwałam mu, bo zaczął sobie ze mnie żartować.
- To wszystko wyjaśnia. - sprzątnęliśmy ze stołu, Dymitr wziął swój prochowiec i poszliśmy na służbę. Z jego twarzy znikło rozbawienie i pojawiła się strażnicza maska.
###
Obraz znów zaczął migotać i zniknęły ostatnie odcienie zieleni. Znalazłam się z powrotem w małym, ciemnym pomieszczeniu.
- Ach! - krzyknęłam i poderwałam się z krzesła. Miałam dość ciągłego próbowania. Kocie oczy staruszki wpatrywały się we minę, ale nie widziałam w nich złości.
- Spróbujmy inaczej. - głos był równie spokojny jak spojrzenie. - Podaj ręce i skup się na uczuciach.
- Jakich uczuciach? - zapytałam zbita z tropu. Cały dzień miałam się postarać po prostu przedostać do nich. Ale osłony cały czas mi na to nie pozwalały. Zrobiłam przerwę, bo myślałam, że może to pomoże. Niestety. Odbijałam się jak piłka od ściany.
- Na tym co czujesz do nich. I przede wszystkim musisz się uspokoić. - zamknęłam oczy, nabrałam głęboko powietrza żeby się uspokoić. Usiadłam z powrotem i podałam wiedźmie ręce. Tak jak powiedziała skoncentrowałam się na uczuciach. Przede wszystkim na nienawiści. Do niego za to, że wybrał tą smarkule, a do niej, bo w ogóle istniej. Wszystko przez nią gdyby jej w ogóle nie było, gdyby się nie urodziła, wszystko by się ułożyło.
Tak! Udało się. Bez problemu przeniknęłam osłony. Niósł ją na rękach, a ta ździra sobie spała. Widziałam ich aury. Wyglądały jakby były jednością, lśniły przy sobie. Użyłam ducha. Całą moc skupiłam na zadaniu bólu tej szmacie. Obudziła się... Poczułam szarpnięcie i znowu mnie wyrzuciło.
- Jesteś zmęczona. Idź do domu spróbujemy za kilka dni. - ton staruszki był poważny, nieznoszący sprzeciwu. - Kula mówi, że są szczęśliwi. Musisz coś z tym zrobić.
- Jeszcze ich dorwę. To przez nich Tasza nie żyje. Hathaway i Belikov zapłacą za zabicie mi siostry.

------------------
Proszę o kom, czytelnicy. ;)
Autorka
- Moja słodka tajemnica. - odpowiedział cwanie się uśmiechając.
- Co ty knujesz?
- Nic.
- Nie powiesz mi? - zrobiłam maślne oczka.
- Rose! Nie patrz tak na mnie. - nie ruszyły mnie jego słowa. - Hej! - zakrył mi oczy dłonią.
- To nieuczciwe towarzyszu.
- I kto to mówi.
- Okej już będę grzeczna.
- Jakoś ci nie wierze. - chciałam dalej się z nim sprzeczać, ale przeszkodziło mi niespodziewane ziewnięcie. - No w ostateczności. - powoli odsunął mi rękę z oczu, upewniając się czy nie oszukuje.
- Więc...- ziewnęłam po raz kolejny i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że jestem wykończona całym dniem.
- Dobra już nic nie gadaj. - Dymitr objął mnie ramieniem, a ja wtuliłam się w niego. - Śpij, kochanie. - pocałował mnie w czoło. Zanim zasnęłam usłyszałam jeszcze ten cudowny głos. "Kocham cię, Roza."
***
Poczułam...wiatr? Chyba ktoś mnie gdzieś niósł. Uchyliłam lekko powieki. Zaczynało świtać. Belikov szedł w stronę naszego mieszkania, zauważył, że nie śpię.
- Przepraszam, Roza. Nie chciałem cię obudzić.
- Mogłeś. - odpowiedziałam cicho. - Mam nogi.
- Nie wątpię.
- Ale... - nie dokończyłam bo moją czaszkę przeszył ból. Dymitr od razu to dostrzegł.
- Co się dzieje? - wtuliłam się w niego mocniej.
- To tylko ból głowy. - odpowiedziałam dopiero po chwili. Zamknęłam oczy jakby w magiczny sposób miało to coś zmienić. Dotarło do mnie jakieś brzęczenie. A potem kliknięcie i trzask. Otworzyłam oczy.
- Hej, możesz mnie postawić towarzyszu.
- Jakbym tego nie wiedział. - odgryzł się, rzadko mu się to zdarzało. Przy innych nigdy, ale przy mnie mógł zdjąć maskę poważnego strażnika. Wszedł do sypialni i położył mnie na łóżku.
- Przyniosę ci coś przeciw bólowego.- Dymitr wyszedł z pokoju i wrócił po chwili z tabletką i szklanką wody. Usiadłam powoli i popiłam lek.
- Dziękuje.
- Śpij nie gadaj. - posłuchałam, co rzadko mi się zdarza i po chwili odpłynęłam.
- Rose.
- Jeszcze chwile...
- Nie ma opcji. Wstajemy. - otworzyłam lekko oczy. Dymitr był już ubrany i gotowy do wyjścia. Zazdroszczę mu bo na służbie obowiązuje go tylko czarna koszula i czarne spodnie, na co zakłada oczywiście swój ukochany prochowiec. Podczas gdy ja musiałam nosić uniform strażników królewskich.
- Już. - zwlokłam się z łóżka, wzięłam czysty komplet ubrań i pół przytomna poszłam do łazienki.
Gdy zeszłam na dół, na stole stało gotowe śniadanie.
- Jak ja to uwielbiam. - na powitanie dostałam słodkiego całusa. To rozumiem. Wzięłam sobie talerzyk z szafki i dosiadłam się do ukochanego.
- Zastanawiam się jak wyglądały wasze śniadania przez te dwa lata poza akademią, bo znając twój talent kulinarny...
- Jadałyśmy na mieście, albo ktoś z naszych współlokatorów gotował. - przerwałam mu, bo zaczął sobie ze mnie żartować.
- To wszystko wyjaśnia. - sprzątnęliśmy ze stołu, Dymitr wziął swój prochowiec i poszliśmy na służbę. Z jego twarzy znikło rozbawienie i pojawiła się strażnicza maska.
###
Obraz znów zaczął migotać i zniknęły ostatnie odcienie zieleni. Znalazłam się z powrotem w małym, ciemnym pomieszczeniu.
- Ach! - krzyknęłam i poderwałam się z krzesła. Miałam dość ciągłego próbowania. Kocie oczy staruszki wpatrywały się we minę, ale nie widziałam w nich złości.
- Spróbujmy inaczej. - głos był równie spokojny jak spojrzenie. - Podaj ręce i skup się na uczuciach.
- Jakich uczuciach? - zapytałam zbita z tropu. Cały dzień miałam się postarać po prostu przedostać do nich. Ale osłony cały czas mi na to nie pozwalały. Zrobiłam przerwę, bo myślałam, że może to pomoże. Niestety. Odbijałam się jak piłka od ściany.
- Na tym co czujesz do nich. I przede wszystkim musisz się uspokoić. - zamknęłam oczy, nabrałam głęboko powietrza żeby się uspokoić. Usiadłam z powrotem i podałam wiedźmie ręce. Tak jak powiedziała skoncentrowałam się na uczuciach. Przede wszystkim na nienawiści. Do niego za to, że wybrał tą smarkule, a do niej, bo w ogóle istniej. Wszystko przez nią gdyby jej w ogóle nie było, gdyby się nie urodziła, wszystko by się ułożyło.
Tak! Udało się. Bez problemu przeniknęłam osłony. Niósł ją na rękach, a ta ździra sobie spała. Widziałam ich aury. Wyglądały jakby były jednością, lśniły przy sobie. Użyłam ducha. Całą moc skupiłam na zadaniu bólu tej szmacie. Obudziła się... Poczułam szarpnięcie i znowu mnie wyrzuciło.
- Jesteś zmęczona. Idź do domu spróbujemy za kilka dni. - ton staruszki był poważny, nieznoszący sprzeciwu. - Kula mówi, że są szczęśliwi. Musisz coś z tym zrobić.
- Jeszcze ich dorwę. To przez nich Tasza nie żyje. Hathaway i Belikov zapłacą za zabicie mi siostry.

------------------
Proszę o kom, czytelnicy. ;)
Autorka
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Zapoznanie
Dzieję się to gdzieś w trakcie pobytu Rose i Dymitra w Baia w "Homecoming". *** Zwykłe, spokojne przedpołudnie w domu Beliko...
-
- To na pewno dobry pomysł? - siedzieliśmy w gabinecie królowej, czekając aż samolot będzie gotowy do startu. - Christian gadasz o tym od g...
-
- No do cholery jasnej! - krzyknęła Tasza. - Od kiedy to dampiry stoją wyżej od nas w hierarchii! Christian. - złożyła ręce w proszącym geśc...