- Wygrałem! - dampir wyszczerzył się, teatralnie dotykając ramienia Lissy.
- Oszukiwałeś.
- Wcale nie.
- Wcale tak.
- Wcale nie.
- Jak dzieci. - skwitowała królowa.
- Gorzej. - dorzucił Adrian zaciągając się papierosem.
- Nie macie prawa głosu. - zwróciłam się do nich po czym wróciłam do kłótni z Danielem. - Wcale tak.
- A właśnie, że nie. Nie wmówisz mi...
- Chcesz się założyć?
- Z tobą? Nigdy.
- Cykasz się.
- Skąd.
- W innym wypadku byś nie odmówił.
- Nie ufam ci Hathaway.
- Tylko o to chodzi?
- Tak.
- Haha mówiłam! Przyznałeś się!
- Wcale nie! Ja... Hathaway do cholery. Przysięgam, kiedyś skopie ci tyłek.
- Możesz próbować. Nie przejdziesz nawet przez moją obronę.
- Kiedyś nie byłaś taka wyszczekana.
- O naprawdę?
- Pamiętasz tą imprezę w piątej klasie? I szklankę z ponczem na twojej bluzce? Odwróciłaś się bez słowa i wyszłaś.
- Nie przywaliłam ci? - spytałam marszcząc brwi i dokładnie przypominając sobie tamten wieczór. - Trzeba to nadrobić.
- Chyba nie zamierzasz zrobić tego tu. - powiedział Evans cofając się powoli do tyłu. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. - Tak przy wszystkich.
- Dobra. 5...4 - przy trzech wziął nogi za pas. Ruszyłam za nim wymijając po kolei ludzi zmierzających na kolejne wykłady. W pewnym momencie Daniel wpadł na kogoś i wytrącając mu książki. Myślał, że mnie to mnie spowolni. Niestety nie udało mu się. Przeskoczyłam nad chłopakiem w chwili gdy schylił się by podnieść książki i kontynuowałam dalej swój pościg. W końcu zgubiłam go na jednym ze szkolnych korytarzy. Jedno posunięcie mu się udało, ale na tym koniec. Wygrał bite, przegra wojnę. Może miał przewagę, bo znał uniwersytet lepiej niż ja, ale nie myślał. Kierunek w którym się udał był oczywisty. Gdzie jest wystarczająco dużo miejsca i prawie wcale ludzi? Sala gimnastyczna. Wybrałam okrężną trasę przez dziedziniec. Po drodze zakosiłam jeszcze oszczep ze stojaka. Tak jak się spodziewałam Dan stał na środku sali, obrócony w kierunku drugiego wejścia. Punkt dla mnie. Podeszłam do niego jak najciszej się dało. Zanim się zorientował przyłożyłam mu metalowy koniec do pleców.
- Ręce do góry. Jeden mój ruch i ostrze przebije ci serce.
- Proszę nie zabijaj mnie! - nawet znajdując się krok od śmierci potrafi żartować. Zrobił kilka kroków do przodu, dzięki czemu znalazł się poza moim zasięgiem.
- Rose... - zaczął niepewnie i wykorzystując moją chwilową dekoncentracje wytrącił mi oszczep z rąk.
Przegiąłeś koleżko.
Gorzko tego pożałujesz.
Oj, pożałujesz.
Lissa
- Szlak. Widziałaś to? - zwrócił się do mnie Adrian, w jego oczach czaił się niepokój.
- Co?
- Aurę Rose. - moroj rzucił ma ziemię niedopałek i przydeptał go butem.
- Nie. Coś się...
- Choć, mam złe przeczucia. - przerwał mi i ruszył w stronę uniwersytetu. Ruszyłam za nim ufając, że wie co robi. Weszliśmy do budynku po czterech kamiennych schodkach. Mimo, że dzień jest pochmurny, choć w gruncie rzeczy dość ciepły, ulżyło mi gdy schroniłam się pod dachem. Siedzenie z Rose na treningu nie było do końca dobrym pomysłem. Jutro wybieram bibliotekę. Głos Adriana przywrócił mnie do rzeczywistości i niepokoju o przyjaciółkę. - Wszystko jest powiązane. Ułożone w precyzyjny plan. Był gotowy na każde nasze posunięcie. Czekał tak długo, żeby wszystko było perfekcyjnie łatwe.
- O czym ty gadasz? Kto czekał? Na co? Jaki plan?
- Po prostu mi zaufaj, królowo. - westchnął głęboko. - Dwie rzeczy. Macie tu coś, jakieś pomieszczenie, dość duże i przestronne, gdzie nie ma za dużo ludzi? - teraz to już gadał bez ładu i składu.
- Stołówka?
- Nie za dużo przeszkód. Teren na zewnątrz odpada, za dużo świadków nawet na koleżeńską walkę.
- Sala gimnastyczna? - zasugerowałam delikatnie.
- Że też na to nie wpadłem. Co się do cholery ze mną dzieje? - cały czas nie przerywaliśmy marszu.
- Nie mam pojęcia też przed chwilą odpłynęłam.
- Trzeba coś z tym zrobić, ale to później. Jak tam dotrzeć? Najkrótszą możliwą drogą.
- Trzeba dojść do stołówki. To centrum tej szkoły.
- A potem? - w głosie było słychać lekkie zdenerwowanie.
- W prawo, dwa razy w lewo i schodami pożarowymi na dół. - Josh zjawił się... Albo zniknął. Szerze to już nie wiem, bo nagle znalazłam się sama na korytarzu, a zaraz potem stałam już w sali sądowej.
- Nie masz prawa za mnie decydować!!! - oczy Rose były czarne od gniewu. Nic nie mogło wywołać takiego efektu. Nic oprócz ducha. Do dwójki strażników, którzy ją trzymali dołączyło jeszcze dwóch. Kolejnych czterech trzymało Dymitra. Michanił, Eddie, Daniel, bracia Rose, Wiktoria, Adrian, Janin, Christian i Hans mieli po dwóch strażników. Członkowie rodzin królewskich, którzy przyjechali na święta zgodzili się użyczyć swoich strażników na czas wydania wyroku.
- Rosemarie Hathaway. Na mocy nadanego mi prawa skazuje cię na 10 lat w Tarasov. - Zamieszanie jakie wybuchło na sali było nie do opisania.
- Potrzebna pomoc! - Strażnicy robili co mogli żeby opanować sytuacje. Krótkofalówki cały czas były w użyciu. - Tu Stewens. Potrzebu... - W tym momencie drzwi wyleciały z zawiasów. Moc ładunku wybuchowego odrzuciła mnie do tyłu. Ciemność.
------------------
Za wszystkie błędy, niedociągnięcia i co tam jeszcze wam nie podchodzi bardzo przepraszam!
Autorka
sobota, 26 grudnia 2015
niedziela, 15 listopada 2015
Rozdział 13
Postanowiliśmy wreszcie wybrać na jakąś imprezkę. I tak się stało, ale zamiast iść główną drogą poszliśmy skrótem. Przynajmniej tak twierdził Josh i wszystko było okej, dopóki nie stanęliśmy przed murem.
- Ostatnio go tu jeszcze nie było! - usprawiedliwił się chłopak.
- Miszcz zbrodni. - mruknęłam pod nosem.
- Hej! Nie zwalaj winy na mnie.
- To na kogo? Ty się upierałeś żeby tędy iść i zapewniałeś, że znasz drogę.
- No bo znam! - prawie pisnął.
- Zmień częstotliwość.
- Uspokoicie się wreszcie? - przerwała nam Lisa. - Wyrwaliśmy się żeby się zabawić. Zmądrzejcie trochę? Miło by było... - przerwała na nagle. Myślałam, że zdała sobie sprawę z tego co powiedziała.
- Oddajcie telefony i portfele. - Myliłam się. Jakieś dwie postacie zagrodziły nam droge. Ludzie na szczęście. Jeden trzymał w ręce scyzoryk. Nie wytrzymałam i zaczełam się śmiać. Otrzeźwiło to Josh'a, który wysunął się lekko do przodu, zasłaniając nas. Jeden z bandytów zrobił to samo. Nie. No nie mogę. Oni chcą się bić! Rozbawiło mnie to jeszcze bardziej.
- Rose o co chodzi? - zapytał zdezorientowany Josh.
- Ty chcesz...się z nim...bić? - spytałam przez śmiech.
- Tak. - odpowiedział pewnie chłopak.
- Powodzenia. Pewnie nieźle oberwiesz.
- To nie jest śmieszne. - odezwała się Lissa z pretensją w głosie. Uspokoiłam się trochę.
- Rose o co tu chodzi? Znasz ich?
- Nie, ale zapowiada się niezłe widowisko.
- Oddawać portfele albo... - powiedział ten bez "broni".
- Albo co? - wtrącił się Jo.
- Skończ z tym młody. - Gościu złożył scyzoryk, schował go do kieszeni i zrobił kilka kroków w przód wymierzając cios. Czarny* momentalnie wylądował na ziemi. Tamten przywalił mu w twarz parę razy. Stwierdziłam, że pora wkroczyć do akcji. Odepchnęłam napastnika i pomogłam wstać Josh-fierze.
- Rose, odsuń się. - Wyciągnęłam z kieszeni jeansów portfel oraz telefon i podałam mu.
- Trzymaj. - Stanęłam na przeciwko napastnika, który zaczął się śmiać.
- Dziewczyna? Greg ona chce się ze mną bić. - oboje wybuchli śmiechem.
- Rose co ty... - zaczął poturbowany Jo.
- Boisz się, że przegrasz młody? - powiedziałam i zaatakowałam go. Zupełne się tego nie spodziewał. Próbował mnie trafić pera razy, ale chybił. Za to ja trafiłam go kilkakrotnie. W końcu pchnęłam go na ścianę i chyba go nieźle zamroczyło. Ten drugi podbiegł do niego.
- Gally? Co z tobą? - zapytał i pomógł tamtemu wstać. Rzuciłam się teraz na Grega. I złamałam mu nos. Oboje zaczęli uciekać. Podeszłam do niego Josh'a.
- Wszystko dobrze? - spytałam.
- Jak ty to zrobiłaś do cholery?! - miał tak komiczną minę, aż żałowałam, że nie wzięłam aparatu.
- Choć wracamy. W takim stanie nigdzie nie pójdziesz.
- Ale Rose...
- Idziemy Josh. - poparła mnie Lissa, choć nie była zadowolona z rozwoju sytuacji.
- I nie gadamy o tym. - dodałam.
- Rose, powiedz mi jak to zrobiłaś. - Joshua zaciął się jak katarynka i gadał tak przez całą drogę do Lehigh. Weszliśmy do budynku, gdzie sie rozdzieliliśmy. Królowa wróciła do pokoju, a my skierowaliśmy się po pierwszą pomoc. Zapukałam.
- Proszę. - odezwał się kobiecy głos. Weszłam do środka wciągając za sobą Josh'a i moim oczom ukazała się ok.35 letnia morojka.
- Co was do mnie sprowadza? - spytała. Pokazałam na ofiare tej nocy. Chłopak miał rozcięty łuk brwiowy i trochę zaczerwienioną twarz.
- Napadli na nas na ulicy. - powiedziałam.
- Choć tu chłopcze. - nakazała.
- Pani tego nie widziała ona rozłożyła ich na łopatki! - powiedział chłopak, nadal przejęty. Pielęgniarka przemyła mu brew wodą utlenioną, na co trochę się skrzywił i zakleiła mu rozcięcie.
- Nie dziwie się. - powiedziała i puściła do mnie oczko. Podała Josh'owi jakieś pudełeczko - Masz posmaruj mocno twarz, nie będziesz miał takich siniaków. Jak się nazywasz?
- Joshua Vetz. - podał jej nazwisko, a ona wpisała coś w jego kartę.
- Dobrze możecie iść. - powiedziała kobieta.
- A co z Rose? - spytał Jo.
- Z nią wszystko dobrze, nie wygląda żeby oberwała. Czekaj. Rose? - spytała kobieta. - Rosemarie Hathaway?
- We własnej osobie. - uśmiechnęłam się do niej. - Do widzenia. - Powiedziałam i wyszliśmy z gabinetu.
- Rose o co jej chodziło? Oczy miała ja krążki do hokeja**. - akurat w tym momencie przeszedł koło nas strażnik i kiwnął mi głową. Naszczęście Josh tego nie zauważył. - Rose? Wyjaśnisz mi to?
- Nie mogę Jo.
- Dlaczego? - nie dawał za wygraną.
- Żyjemy w dwóch różnych światach. Do zobaczenia jutro. - powiedziałam i skręciłam w stronę swojego dortium. W pokoju jeszcze zarobiłam ochrzan o Lissy. Usprawiedliwiłam się tym, że przecież Josh jest dorosły i wie co robił. W odpowiedzi, przyjaciółka tylko westchnęła teatralnie i zmieniła temat. Na to jak mało wiemy i ile jeszcze musimy się nauczyć.
A zapowiadał się taki miły wieczór.
Boże, ratuj!
***
Dwa tygodnie nauki. Z jednej strony totalne nudy i męczarnia, z drugiej odpoczynek od "prawdziwego" życia. Strojów służbowych...
- Glynn! Hathaway! Wystąp!
Tak, a oto właśnie nasz cudowny trener. Emerytowany wojskowy, trzyma dyscyplinę i co najważniejsze nie znosi sprzeciwu. Oboje zrobiliśmy krok do przodu. Chłopak chyba był nowy bo wcześniej go nie widziałam.
- Nazwisko i wiek, Glynn. Ale już!
- Her...Hy...Ki... - próbował się wyjąkać. Okulary przekrzywiły mu się na nosie. - Dzie... - mało nie szczękał zębami.
- Evans, chodź tu! - generał krzyknął do Daniela, który rozciągał się na bieżni.
- Tak, trenerze?
- Wytłumacz mi w swojej łaskawości, kto to do cholery jest. - wskazał na Glynn'a, a ten od razu spuścił wzrok.
- Sam się zgłosił. Kazał pan brać wszystkich. - usprawiedliwił się dampir.
- Weź się nie kompromituj, Dan.
- Czy ktoś pozwolił ci się odzywać, Hathaway? - posłał mi groźne spojrzenie, podtrzymałam jego wzrok.
- Z tego co wiem, to żyjemy w wolnym kraju.
- Zaraz ci pokarze, wolny kraj! 10 kółek dookoła boiska! - Obrócił się i chciał iść, lecz ja nie mogłam dać za wygraną.
- A jak nie? - zatrzymał się i obrócił z złośliwym uśmieszkiem.
- Błąd. Za nieposłuszeństwo jednego płaci cała grupa. Wszyscy 10 kółek! - na grupowe protesty nie trzeba było długo czekać. - Cisza! A ty zrobisz 50 pompek i dopiero dołączysz do reszty.
- Na jednej ręce? - zasugerowałam.
- Evans, zabierz ją z tond i dopilnuj żeby zrobiła o ma zrobić.
- Jest pan pewien, że nie chce tego widzieć?
- Dobra. - uśmiechnął się szyderczo - Ty bierz sierotę, ja przypilnuje Hathaway. A wy co się gapicie?! - zwrócił się do reszty grupy - Do roboty już!
Cała grupa przeszła na bieżnie i posłusznie zabrała się do robienia karnych kółek. Dzisiaj mieliśmy pierwszy raz się ścigać, wiec trochę ich rozumiem, ale tylko trochę. W końcu przyszli tu głownie po to żeby biegać, jak się nie podoba to mają problem. Josh oczywiście nie pojawił się na treningu, ale Lissa postanowiła się rano przewietrzyć. I skończyło się na tym, że mam na głowę trening, gościa z wojska i królową do pilnowania w jednej chwili... Gdyby gościu trochę zluzował porty, byłaby jedna rzecz mniej, ale w sumie to dla mnie dobry trening i...
- Stawiam stówę, że nie dociągniesz do 20. - trener wyciągną do mnie rękę. Z początku myślałam, że to żart, ale jego mina nie wskazywała na to.
- Możesz szykować portfel żołnierzyku. - rzuciłam schodząc do parteru.
- Hathaway nie jesteśmy na "T", więc...
- Pan się lepiej zamknie i zacznie liczyć.
- Pomóc? - zaoferował Daniel i nie czekając na odpowiedź zaczął odliczać. - 5, 6, 7...
Co do mnie, to nigdy nie zapomnę miny trenera gdy, Danny doliczył do 51, a ja podniosłam się z ziemi.
- Nie myślałam, że masz tak dobrą kondycje. - powiedział z aprobatą w głosie. - Zwracam honor.
- Też uwielbiam robić z panem interesy.
- Choć Hathaway, trzeba pokazać im co to są prawdziwe wyścigi. - Evans pociągną mnie za rękę i miał racje. Prześcignęłam nie jednego chłopaka, podobnie jak on. Większość była w szoku, bo "W liceum to ja byłem najlepszy." No, cóż za dużo kolegów to tu może nie będziemy mieć, ale przynajmniej dobra zabawa się szykuje. Ostatnie pięć minut treningu było przeznaczone na wybranie najlepszego.
- Na starcie Daniel Evans i Rosemarie Hathaway. Kto wygra? Kto okaże się najlepszy? Kto zbierze laury? Widownia szaleje. Prosze państa co tu się dzieje. Gdyby państwo to widzieli! - Dann naśladował głos prezentera sportowego z telewizji i wbrew pozorom nawet dobrze mu to wychodziło.
- Na miejsca. Gotowi. Puf! - Jim wystrzelił z pistoletu.
- Nie masz powodu do dumy, Evans. Schrzaniłeś. - podsumował trener sprawdzając nasze czasy. - Pokonała cie dziewczyna. Nie dobrze z tobą.
- Jestem załamany! Yhm-yhm-yhm. - udając płacz Daniel oddalił się biegiem (Taka biegnąca Mariolka. Jeśli wiecie o czym mówię.) i usiadł koło Lissy na trybunach. Uśmiechnęłam się pod nosem i także ruszyłam w ich stronę. Trener zrównał się ze mną.
- W wojsku by cie trochę utemperowali.
- Nie sądzę.
- Nie doceniasz nas.
- Gdzie pan tak dokładnie służył? - zapytałam, odchodząc od tematu mojej dyscypliny i charakteru.
- W US Army*** jeśli o to chodzi. Byłem oficerem. Stopień chyba ci nic nie powie.
- Niestety, aż tak dobrze się nie znam.
- W każdym razie - podał mi wizytówkę. - gdy coś poszło nie tak. Czy szukała byś dobrej kryjówki na dłuższy czas lub chciała byś po prostu, przysłużyć się ojczyźnie to dzwoń.
- Zapamiętam.
- Mamy w Anglii jednostke szkolącą młodych do misji specjalnych...
- Wojskowych od brudnej roboty ja mniemam.
- Coś w ten deseń. - posłał mi ciepły uśmiech i dało się zobaczyć, że pod maską wiernego żołnierza kryje się coś więcej. Człowiek, który nie jedno widział w swoim życiu. Człowiek z życiowymi historiami potrafiącymi zainteresować każdego. Tak właśnie wyobrażam sobie dziadka. - Wiesz, przypominasz mi córkę. Też była taka wygadana i nikogo nie słuchała.
- Była? - zignorował moje pytanie i zagwizdał na palcach przywołując resztę grupy do siebie.
- No to wieczorem punktualnie macie się tu stawić. - odpowiedziały mu twierdzące pomruki.
- Choć, Hathaway. Bo się na wykłady spóźnicie. - pociągną mnie za rękę.
- A i przekażcie temu Vitovi, że chce go tu widzieć bo inaczej wylatuje! - zawołał za nami trener.
- Vetz.
- Co? - spytał zdezorientowany oficer.
- Nazywa się Vetz, nie Vit.
- Hathaway...
- Do widzenia! - odpowiedział za mnie Danny.- Kto pierwszy dogoni Lisse, wygrywa. - puścił się biegiem w stronę królowej.
- Hej! Stój oszuście!
------------------
* Z dedykacją dla nowej pani z geografii, która tak właśnie zwróciła się do chłopaka z mojej kasy. Oczywiście chodziło o kolor włosów.
** Chodzi o wielkość, nie kolor.
*** Amerykańskie wojsko dzieli się na:
- US Army
- US Marines
i
- US Air Force
Więcej o tym na Wikipedii.
Cześć moi drodzy! Wiem, że dawno nie było rozdziału..., ale:
1. Nauka. Dzień w dzień jakiś sprawdzian lub kartkówka, do tego zadania od groma. I po prostu nie mam tak dużo czasu na pisanie rozdziałów jak w zeszłym roku(szkolnym) Mam nadzieje, że zrozumiecie.
2. Rozdział jest dłuższy!
Mam nadzieje, że się podoba i ktoś to skomentuje. :D
Za wszystkie błędy bardzo przepraszam!
Autorka
- Ostatnio go tu jeszcze nie było! - usprawiedliwił się chłopak.
- Miszcz zbrodni. - mruknęłam pod nosem.
- Hej! Nie zwalaj winy na mnie.
- To na kogo? Ty się upierałeś żeby tędy iść i zapewniałeś, że znasz drogę.
- No bo znam! - prawie pisnął.
- Zmień częstotliwość.
- Uspokoicie się wreszcie? - przerwała nam Lisa. - Wyrwaliśmy się żeby się zabawić. Zmądrzejcie trochę? Miło by było... - przerwała na nagle. Myślałam, że zdała sobie sprawę z tego co powiedziała.
- Oddajcie telefony i portfele. - Myliłam się. Jakieś dwie postacie zagrodziły nam droge. Ludzie na szczęście. Jeden trzymał w ręce scyzoryk. Nie wytrzymałam i zaczełam się śmiać. Otrzeźwiło to Josh'a, który wysunął się lekko do przodu, zasłaniając nas. Jeden z bandytów zrobił to samo. Nie. No nie mogę. Oni chcą się bić! Rozbawiło mnie to jeszcze bardziej.
- Rose o co chodzi? - zapytał zdezorientowany Josh.
- Ty chcesz...się z nim...bić? - spytałam przez śmiech.
- Tak. - odpowiedział pewnie chłopak.
- Powodzenia. Pewnie nieźle oberwiesz.
- To nie jest śmieszne. - odezwała się Lissa z pretensją w głosie. Uspokoiłam się trochę.
- Rose o co tu chodzi? Znasz ich?
- Nie, ale zapowiada się niezłe widowisko.
- Oddawać portfele albo... - powiedział ten bez "broni".
- Albo co? - wtrącił się Jo.
- Skończ z tym młody. - Gościu złożył scyzoryk, schował go do kieszeni i zrobił kilka kroków w przód wymierzając cios. Czarny* momentalnie wylądował na ziemi. Tamten przywalił mu w twarz parę razy. Stwierdziłam, że pora wkroczyć do akcji. Odepchnęłam napastnika i pomogłam wstać Josh-fierze.
- Rose, odsuń się. - Wyciągnęłam z kieszeni jeansów portfel oraz telefon i podałam mu.
- Trzymaj. - Stanęłam na przeciwko napastnika, który zaczął się śmiać.
- Dziewczyna? Greg ona chce się ze mną bić. - oboje wybuchli śmiechem.
- Rose co ty... - zaczął poturbowany Jo.
- Boisz się, że przegrasz młody? - powiedziałam i zaatakowałam go. Zupełne się tego nie spodziewał. Próbował mnie trafić pera razy, ale chybił. Za to ja trafiłam go kilkakrotnie. W końcu pchnęłam go na ścianę i chyba go nieźle zamroczyło. Ten drugi podbiegł do niego.
- Gally? Co z tobą? - zapytał i pomógł tamtemu wstać. Rzuciłam się teraz na Grega. I złamałam mu nos. Oboje zaczęli uciekać. Podeszłam do niego Josh'a.
- Wszystko dobrze? - spytałam.
- Jak ty to zrobiłaś do cholery?! - miał tak komiczną minę, aż żałowałam, że nie wzięłam aparatu.
- Choć wracamy. W takim stanie nigdzie nie pójdziesz.
- Ale Rose...
- Idziemy Josh. - poparła mnie Lissa, choć nie była zadowolona z rozwoju sytuacji.
- I nie gadamy o tym. - dodałam.
- Rose, powiedz mi jak to zrobiłaś. - Joshua zaciął się jak katarynka i gadał tak przez całą drogę do Lehigh. Weszliśmy do budynku, gdzie sie rozdzieliliśmy. Królowa wróciła do pokoju, a my skierowaliśmy się po pierwszą pomoc. Zapukałam.
- Proszę. - odezwał się kobiecy głos. Weszłam do środka wciągając za sobą Josh'a i moim oczom ukazała się ok.35 letnia morojka.
- Co was do mnie sprowadza? - spytała. Pokazałam na ofiare tej nocy. Chłopak miał rozcięty łuk brwiowy i trochę zaczerwienioną twarz.
- Napadli na nas na ulicy. - powiedziałam.
- Choć tu chłopcze. - nakazała.
- Pani tego nie widziała ona rozłożyła ich na łopatki! - powiedział chłopak, nadal przejęty. Pielęgniarka przemyła mu brew wodą utlenioną, na co trochę się skrzywił i zakleiła mu rozcięcie.
- Nie dziwie się. - powiedziała i puściła do mnie oczko. Podała Josh'owi jakieś pudełeczko - Masz posmaruj mocno twarz, nie będziesz miał takich siniaków. Jak się nazywasz?
- Joshua Vetz. - podał jej nazwisko, a ona wpisała coś w jego kartę.
- Dobrze możecie iść. - powiedziała kobieta.
- A co z Rose? - spytał Jo.
- Z nią wszystko dobrze, nie wygląda żeby oberwała. Czekaj. Rose? - spytała kobieta. - Rosemarie Hathaway?
- We własnej osobie. - uśmiechnęłam się do niej. - Do widzenia. - Powiedziałam i wyszliśmy z gabinetu.
- Rose o co jej chodziło? Oczy miała ja krążki do hokeja**. - akurat w tym momencie przeszedł koło nas strażnik i kiwnął mi głową. Naszczęście Josh tego nie zauważył. - Rose? Wyjaśnisz mi to?
- Nie mogę Jo.
- Dlaczego? - nie dawał za wygraną.
- Żyjemy w dwóch różnych światach. Do zobaczenia jutro. - powiedziałam i skręciłam w stronę swojego dortium. W pokoju jeszcze zarobiłam ochrzan o Lissy. Usprawiedliwiłam się tym, że przecież Josh jest dorosły i wie co robił. W odpowiedzi, przyjaciółka tylko westchnęła teatralnie i zmieniła temat. Na to jak mało wiemy i ile jeszcze musimy się nauczyć.
A zapowiadał się taki miły wieczór.
Boże, ratuj!
***
Dwa tygodnie nauki. Z jednej strony totalne nudy i męczarnia, z drugiej odpoczynek od "prawdziwego" życia. Strojów służbowych...
- Glynn! Hathaway! Wystąp!
Tak, a oto właśnie nasz cudowny trener. Emerytowany wojskowy, trzyma dyscyplinę i co najważniejsze nie znosi sprzeciwu. Oboje zrobiliśmy krok do przodu. Chłopak chyba był nowy bo wcześniej go nie widziałam.
- Nazwisko i wiek, Glynn. Ale już!
- Her...Hy...Ki... - próbował się wyjąkać. Okulary przekrzywiły mu się na nosie. - Dzie... - mało nie szczękał zębami.
- Evans, chodź tu! - generał krzyknął do Daniela, który rozciągał się na bieżni.
- Tak, trenerze?
- Wytłumacz mi w swojej łaskawości, kto to do cholery jest. - wskazał na Glynn'a, a ten od razu spuścił wzrok.
- Sam się zgłosił. Kazał pan brać wszystkich. - usprawiedliwił się dampir.
- Weź się nie kompromituj, Dan.
- Czy ktoś pozwolił ci się odzywać, Hathaway? - posłał mi groźne spojrzenie, podtrzymałam jego wzrok.
- Z tego co wiem, to żyjemy w wolnym kraju.
- Zaraz ci pokarze, wolny kraj! 10 kółek dookoła boiska! - Obrócił się i chciał iść, lecz ja nie mogłam dać za wygraną.
- A jak nie? - zatrzymał się i obrócił z złośliwym uśmieszkiem.
- Błąd. Za nieposłuszeństwo jednego płaci cała grupa. Wszyscy 10 kółek! - na grupowe protesty nie trzeba było długo czekać. - Cisza! A ty zrobisz 50 pompek i dopiero dołączysz do reszty.
- Na jednej ręce? - zasugerowałam.
- Evans, zabierz ją z tond i dopilnuj żeby zrobiła o ma zrobić.
- Jest pan pewien, że nie chce tego widzieć?
- Dobra. - uśmiechnął się szyderczo - Ty bierz sierotę, ja przypilnuje Hathaway. A wy co się gapicie?! - zwrócił się do reszty grupy - Do roboty już!
Cała grupa przeszła na bieżnie i posłusznie zabrała się do robienia karnych kółek. Dzisiaj mieliśmy pierwszy raz się ścigać, wiec trochę ich rozumiem, ale tylko trochę. W końcu przyszli tu głownie po to żeby biegać, jak się nie podoba to mają problem. Josh oczywiście nie pojawił się na treningu, ale Lissa postanowiła się rano przewietrzyć. I skończyło się na tym, że mam na głowę trening, gościa z wojska i królową do pilnowania w jednej chwili... Gdyby gościu trochę zluzował porty, byłaby jedna rzecz mniej, ale w sumie to dla mnie dobry trening i...
- Stawiam stówę, że nie dociągniesz do 20. - trener wyciągną do mnie rękę. Z początku myślałam, że to żart, ale jego mina nie wskazywała na to.
- Możesz szykować portfel żołnierzyku. - rzuciłam schodząc do parteru.
- Hathaway nie jesteśmy na "T", więc...
- Pan się lepiej zamknie i zacznie liczyć.
- Pomóc? - zaoferował Daniel i nie czekając na odpowiedź zaczął odliczać. - 5, 6, 7...
Co do mnie, to nigdy nie zapomnę miny trenera gdy, Danny doliczył do 51, a ja podniosłam się z ziemi.
- Nie myślałam, że masz tak dobrą kondycje. - powiedział z aprobatą w głosie. - Zwracam honor.
- Też uwielbiam robić z panem interesy.
- Choć Hathaway, trzeba pokazać im co to są prawdziwe wyścigi. - Evans pociągną mnie za rękę i miał racje. Prześcignęłam nie jednego chłopaka, podobnie jak on. Większość była w szoku, bo "W liceum to ja byłem najlepszy." No, cóż za dużo kolegów to tu może nie będziemy mieć, ale przynajmniej dobra zabawa się szykuje. Ostatnie pięć minut treningu było przeznaczone na wybranie najlepszego.
- Na starcie Daniel Evans i Rosemarie Hathaway. Kto wygra? Kto okaże się najlepszy? Kto zbierze laury? Widownia szaleje. Prosze państa co tu się dzieje. Gdyby państwo to widzieli! - Dann naśladował głos prezentera sportowego z telewizji i wbrew pozorom nawet dobrze mu to wychodziło.
- Na miejsca. Gotowi. Puf! - Jim wystrzelił z pistoletu.
- Nie masz powodu do dumy, Evans. Schrzaniłeś. - podsumował trener sprawdzając nasze czasy. - Pokonała cie dziewczyna. Nie dobrze z tobą.
- Jestem załamany! Yhm-yhm-yhm. - udając płacz Daniel oddalił się biegiem (Taka biegnąca Mariolka. Jeśli wiecie o czym mówię.) i usiadł koło Lissy na trybunach. Uśmiechnęłam się pod nosem i także ruszyłam w ich stronę. Trener zrównał się ze mną.
- W wojsku by cie trochę utemperowali.
- Nie sądzę.
- Nie doceniasz nas.
- Gdzie pan tak dokładnie służył? - zapytałam, odchodząc od tematu mojej dyscypliny i charakteru.
- W US Army*** jeśli o to chodzi. Byłem oficerem. Stopień chyba ci nic nie powie.
- Niestety, aż tak dobrze się nie znam.
- W każdym razie - podał mi wizytówkę. - gdy coś poszło nie tak. Czy szukała byś dobrej kryjówki na dłuższy czas lub chciała byś po prostu, przysłużyć się ojczyźnie to dzwoń.
- Zapamiętam.
- Mamy w Anglii jednostke szkolącą młodych do misji specjalnych...
- Wojskowych od brudnej roboty ja mniemam.
- Coś w ten deseń. - posłał mi ciepły uśmiech i dało się zobaczyć, że pod maską wiernego żołnierza kryje się coś więcej. Człowiek, który nie jedno widział w swoim życiu. Człowiek z życiowymi historiami potrafiącymi zainteresować każdego. Tak właśnie wyobrażam sobie dziadka. - Wiesz, przypominasz mi córkę. Też była taka wygadana i nikogo nie słuchała.
- Była? - zignorował moje pytanie i zagwizdał na palcach przywołując resztę grupy do siebie.
- No to wieczorem punktualnie macie się tu stawić. - odpowiedziały mu twierdzące pomruki.
- Choć, Hathaway. Bo się na wykłady spóźnicie. - pociągną mnie za rękę.
- A i przekażcie temu Vitovi, że chce go tu widzieć bo inaczej wylatuje! - zawołał za nami trener.
- Vetz.
- Co? - spytał zdezorientowany oficer.
- Nazywa się Vetz, nie Vit.
- Hathaway...
- Do widzenia! - odpowiedział za mnie Danny.- Kto pierwszy dogoni Lisse, wygrywa. - puścił się biegiem w stronę królowej.
- Hej! Stój oszuście!
------------------
* Z dedykacją dla nowej pani z geografii, która tak właśnie zwróciła się do chłopaka z mojej kasy. Oczywiście chodziło o kolor włosów.
** Chodzi o wielkość, nie kolor.
*** Amerykańskie wojsko dzieli się na:
- US Army
- US Marines
i
- US Air Force
Więcej o tym na Wikipedii.
Cześć moi drodzy! Wiem, że dawno nie było rozdziału..., ale:
1. Nauka. Dzień w dzień jakiś sprawdzian lub kartkówka, do tego zadania od groma. I po prostu nie mam tak dużo czasu na pisanie rozdziałów jak w zeszłym roku(szkolnym) Mam nadzieje, że zrozumiecie.
2. Rozdział jest dłuższy!
Mam nadzieje, że się podoba i ktoś to skomentuje. :D
Za wszystkie błędy bardzo przepraszam!
Autorka
niedziela, 11 października 2015
Rozdział 12
- Chwila. Ty i bieganie? Jakoś sobie tego nie wyobrażam. - zakpił brunet gdy wróciłam do ławki.
- Oj zamknij się, jestem lepsza od ciebie.
- Wątpię. A ten gość... Pożerał cię wzrokiem.
- Co? Niby...
- To prawda, Rose. - poparła go Lissa.
- Chyba sobie jaja robicie. Jenkins?
- Yea. - rzucił brunet z entuzjazmem.
- Czekaj, czekaj. Ten Jenkins? Daniel Jenkins?
- Dokładnie on. I spotka się później z nami, żeby pogadać.
- Hej chodźmy gdzieś. Większość się już ulotniła. - wtrącił Jo. Zapewne nie miał zielonego pojęcia o czym gadamy.
- Ja jestem całkowicie za.
- Nie wierze. - Wasylisa Dragomir zrywa się z "lekcji".
- No co? - posłała mi cwany uśmieszek. - Poszaleć nie można?
- Wasza wysokość, to moja działka. - upomniała ją.
- Nie mogę z wami. - roześmiał się chłopak, nieświadomy prawdziwości tych słów. - To więc co robimy?
- Nie wiem, ty znasz to miejsce lepiej od nas.
- Może jakaś kawa czy coś? - zaproponowała morojka.
- Pewnie, chodźcie. Na stołówce w tych godzinach działa mini kawiarenka. - minęliśmy jakieś trzy blondynki z toną tapety na twarzy, które śmiały się ma pół korytarza. Vertez prychnął. - Zasmolone lalunie.
- Niby czemu?
- Długa historia. Kiedyś wam opowiem.
- Okej.
***
Szliśmy na następny wykład i przechodziliśmy obok sali gimnastycznej. Ludzie na środku przykuli moją uwagę.
- Jo zaraz cię dogonimy. Mamy coś do załatwienia. - Lissa posłała mi pytające spojrzenie, a Josh tylko wzruszył ramionami.
- Okej jak chcecie.
- Chodź. - wciągnęłam przyjaciółkę do sali. Drzwi zaskrzypiały i dwójka od razu popatrzyła na nas.
- Nie przeszkadzajcie sobie. - zwróciłam się do nich. - My tylko na chwile.
- A co, już plotka się rozniosła? - spytał chłopak z kpiącym uśmieszkiem.
- Nie. Niby jaka? - zaprzeczyła królowa.
- Że uczę siorke samoobrony. Też się podszkolić chcecie?
- Nie. Ale to co mówisz jest ciekawe. - odparłam.
- Chcecie popatrzeć?
- Pewnie. - odpowiedział blondynka jakby czytając w moich myślach. Usiadłyśmy na ławce.
- Wszystko co jest związane z walką przyciąga cię jak magnes.
- To nie było pytanie.
- Nie, nie było. - Lissa uśmiechnęła się, a ja przewróciłam oczami. Chłopak pokazywał dziewczynie jak ma trzymać ręce by się dobrze bronić.Pomijając, że sam to źle robił.
- Hej, jak tak na ciebie patrze, to myślę, że skończyłeś kurs samoobrony i tego samego próbujesz nauczyć innych.
- Tak, coś nie tak?
- Dużo.
- Co? Skąd wiesz?
- Powiedzmy, że znam się na tym. - wstałam i podeszłam do nich. Trochę zajęło potwierdzenie moich słów, ale w końcu dotarło. I w sumie na tym skończyły się atrakcje dnia dzisiejszego. No nie licząc "małej" wymiany zdań z babką od historii prawa. Przetrwaliśmy pierwszy nudny dzień i nauki. Chociaż nie wszyscy byli tego zdania. Lissa z Josh'em do kilku godzin...
- I to było właśnie najlepsze w Sparcie. - podsumował swoją długom wypowiedź Jo.
- Ateny i demokracja, też nie były złe.
- Co racja to racja.
- A pamiętasz to co mówili o Rzymie i cezarze? - rzadko widziałam przyjaciółkę tak bardzo zafascynowaną historią.
- Jak mógłbym zapomnieć! To było fascynujące! Polityka w tamtym czasie...- moją męczarnie przerwał telefon, przeniosłam się na drugą stronę pokoju, żeby nie przeszkadzać tym kujonom.
- Życie mi ratujesz, towarzyszu.
- Pierwszy dzień i już tak źle? - wyczułam nutkę rozbawienia w jego głosie, ale to zignorowałam.
- Od dwóch godzin, główny tematem jest historia Europy! Jakby nie było ciekawszych tematów.
- Każdego fascynuje co innego. Lissę...
- Nie. - przerwałam mu.
- Co? - zdziwił się.
- Znowu zaczynasz.
- Niby z czym?
- Z tymi twoimi mądrościami mistrza Zen! - rzuciłam z pretensja w głosie. Roześmiał się, a mnie otulił ten cudowny, ciepły dźwięk.
***
- Chodź, Rose! - usłyszałam krzyk z dołu.
- Chwila! Musze przecież jakoś wyglądać. - mruknęłam pod nosem. Drzwi do łazienki się otworzyły i jakieś ręce złapały mnie w tali. Zamknęłam oczy i się odprężyłam.
- Dla mnie i tak zawsze będziesz najpiękniejsza. - wyszeptał mi do ucha, ale brakowało tym słowom, tej delikatności i powalającego akcentu. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że za mną stoi Adrian w garniturze. Wyrwałam mu się, o dziwo nic nie poczułam. Żadnego dotyku, nic.
- Iwaszkow! Co do... - obróciłam się i zamarłam.
Ja dalej stałam w jego objęciach. To znaczy tak jakby druga ja. Nic z tego nie rozumiałam. To sen, uświadomiłam sobie. "W każdej chili możesz to przerwać" podpowiadała moja podświadomość, ale byłam zbyt ciekawa co się dalej wydarzy.
- Oj, nie podlizuj się. - odpowiedział brunetka i go pocałowała. Drzwi do łazienki ponownie się otworzyły. Stał w nich Abe.
- To nie czas na migdalenie się. Wszyscy czekają.
- Przepraszamy lordzie Mazur. To się nie powtórzy. - odpowiedział Adrian, na co mój klon się zaśmiał.
- Myślicie, że król ma cały dzień? - obok pojawiła się także Jenin.
- Kochany braciszek, miał by dla mnie czasu nie znaleźć? - Woo. Stop. Ja mam brata? Do tego króla? O co tu do cholery chodzi. Zanim się obejrzałam, cała czwórka wyszła z mieszkania i skierowała się do sali tronowej. W pewnym momencie się rozdzielili. Rose poszła do wejścia głównego, gdzie czekał na nią jakiś chłopak, dhampir.
- Siostrzyczko, co tak długo? - wyglądał tak, jak Abe mógł wyglądać kilkanaście lat temu. Na oko był jakieś 2-3 lata starszy ode mnie.
- Przecież się nie spóźniłam.
- Ale mało brakowało.
- Oj nie dramatyzuj.
- Szczerze myślę, że straciliście poczucie czasu. - uśmiechnął się cwanie. - Iwaszkow... - walnęłam go w ramie.
- Och skończ już. - Tak, zdecydowanie jesteśmy rodziną.
- Rose? Możemy porozmawiać? - obróciłyśmy się w tym samym momencie.
- Dymitr... Proszę, odpuść wreszcie. To co było między nami to przeszłość. Zrozum to w końcu.
- Chodź, siostrzyczko. Szkoda czasu. - chyba weszli do sali, ale mnie to już nie obchodziło. Widziałam tylko te brązowe oczy. Przepełnione bólem.
Obudziłam się z krzykiem.
- Rose? Co jest? - spytała zaniepokojona Lissa, podchodząc do mnie. Usiadła na brzegu łóżka.
- Nic. To tylko sen. Tylko sen. - nie wiem czy uspokajałam ją czy siebie.
- Chodź tu. - przytuliła mnie.
- Tego mi brakowało.
- Szczerze mi też i to bardzo. - przerwała na chwile, zastanawiając się nad czymś. - Rose?
- Tak?
- Wiesz, od kiedy zostałam królową, mało czasu spędzamy ze sobą.
- Pomijając, że prawie cały dzień jestem przy tobie, pilnując twojego bezpieczeństwa. - odsunęła się, obrzucając mnie karcącym spojrzeniem.
- Hej, przecież wiesz o co mi chodzi.
- Wiem, ale obiecuje. Jutro to nadrobimy.
- Yyy... Jutro? - wskazała ma zegar. 00.02.
- Oj nie czepiaj się. - puściła mi oczko i śmiejąc się wróciła na swoje łóżko.
------------------
Tak wiem. Dawno nie było rozdziału i pewnie część z was chce mnie zabić.
No w każdym razie, 13 pojawi się prawdopodobnie szybciej. Część jest już napisana więc, bądźmy dobrej myśli.
I myślę, że wiem co chcecie powiedzieć. A czy jestem jasnowidzem dowiem się, (mam nadzieje, że się pojawią) czytając komentarze!
Pozdrowionka kochani, szczególnie do komentujących.
Autorka
- Oj zamknij się, jestem lepsza od ciebie.
- Wątpię. A ten gość... Pożerał cię wzrokiem.
- Co? Niby...
- To prawda, Rose. - poparła go Lissa.
- Chyba sobie jaja robicie. Jenkins?
- Yea. - rzucił brunet z entuzjazmem.
- Czekaj, czekaj. Ten Jenkins? Daniel Jenkins?
- Dokładnie on. I spotka się później z nami, żeby pogadać.
- Hej chodźmy gdzieś. Większość się już ulotniła. - wtrącił Jo. Zapewne nie miał zielonego pojęcia o czym gadamy.
- Ja jestem całkowicie za.
- Nie wierze. - Wasylisa Dragomir zrywa się z "lekcji".
- No co? - posłała mi cwany uśmieszek. - Poszaleć nie można?
- Wasza wysokość, to moja działka. - upomniała ją.
- Nie mogę z wami. - roześmiał się chłopak, nieświadomy prawdziwości tych słów. - To więc co robimy?
- Nie wiem, ty znasz to miejsce lepiej od nas.
- Może jakaś kawa czy coś? - zaproponowała morojka.
- Pewnie, chodźcie. Na stołówce w tych godzinach działa mini kawiarenka. - minęliśmy jakieś trzy blondynki z toną tapety na twarzy, które śmiały się ma pół korytarza. Vertez prychnął. - Zasmolone lalunie.
- Niby czemu?
- Długa historia. Kiedyś wam opowiem.
- Okej.
***
Szliśmy na następny wykład i przechodziliśmy obok sali gimnastycznej. Ludzie na środku przykuli moją uwagę.
- Jo zaraz cię dogonimy. Mamy coś do załatwienia. - Lissa posłała mi pytające spojrzenie, a Josh tylko wzruszył ramionami.
- Okej jak chcecie.
- Chodź. - wciągnęłam przyjaciółkę do sali. Drzwi zaskrzypiały i dwójka od razu popatrzyła na nas.
- Nie przeszkadzajcie sobie. - zwróciłam się do nich. - My tylko na chwile.
- A co, już plotka się rozniosła? - spytał chłopak z kpiącym uśmieszkiem.
- Nie. Niby jaka? - zaprzeczyła królowa.
- Że uczę siorke samoobrony. Też się podszkolić chcecie?
- Nie. Ale to co mówisz jest ciekawe. - odparłam.
- Chcecie popatrzeć?
- Pewnie. - odpowiedział blondynka jakby czytając w moich myślach. Usiadłyśmy na ławce.
- Wszystko co jest związane z walką przyciąga cię jak magnes.
- To nie było pytanie.
- Nie, nie było. - Lissa uśmiechnęła się, a ja przewróciłam oczami. Chłopak pokazywał dziewczynie jak ma trzymać ręce by się dobrze bronić.Pomijając, że sam to źle robił.
- Hej, jak tak na ciebie patrze, to myślę, że skończyłeś kurs samoobrony i tego samego próbujesz nauczyć innych.
- Tak, coś nie tak?
- Dużo.
- Co? Skąd wiesz?
- Powiedzmy, że znam się na tym. - wstałam i podeszłam do nich. Trochę zajęło potwierdzenie moich słów, ale w końcu dotarło. I w sumie na tym skończyły się atrakcje dnia dzisiejszego. No nie licząc "małej" wymiany zdań z babką od historii prawa. Przetrwaliśmy pierwszy nudny dzień i nauki. Chociaż nie wszyscy byli tego zdania. Lissa z Josh'em do kilku godzin...
- I to było właśnie najlepsze w Sparcie. - podsumował swoją długom wypowiedź Jo.
- Ateny i demokracja, też nie były złe.
- Co racja to racja.
- A pamiętasz to co mówili o Rzymie i cezarze? - rzadko widziałam przyjaciółkę tak bardzo zafascynowaną historią.
- Jak mógłbym zapomnieć! To było fascynujące! Polityka w tamtym czasie...- moją męczarnie przerwał telefon, przeniosłam się na drugą stronę pokoju, żeby nie przeszkadzać tym kujonom.
- Życie mi ratujesz, towarzyszu.
- Pierwszy dzień i już tak źle? - wyczułam nutkę rozbawienia w jego głosie, ale to zignorowałam.
- Od dwóch godzin, główny tematem jest historia Europy! Jakby nie było ciekawszych tematów.
- Każdego fascynuje co innego. Lissę...
- Nie. - przerwałam mu.
- Co? - zdziwił się.
- Znowu zaczynasz.
- Niby z czym?
- Z tymi twoimi mądrościami mistrza Zen! - rzuciłam z pretensja w głosie. Roześmiał się, a mnie otulił ten cudowny, ciepły dźwięk.
***
- Chodź, Rose! - usłyszałam krzyk z dołu.
- Chwila! Musze przecież jakoś wyglądać. - mruknęłam pod nosem. Drzwi do łazienki się otworzyły i jakieś ręce złapały mnie w tali. Zamknęłam oczy i się odprężyłam.
- Dla mnie i tak zawsze będziesz najpiękniejsza. - wyszeptał mi do ucha, ale brakowało tym słowom, tej delikatności i powalającego akcentu. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że za mną stoi Adrian w garniturze. Wyrwałam mu się, o dziwo nic nie poczułam. Żadnego dotyku, nic.
- Iwaszkow! Co do... - obróciłam się i zamarłam.
Ja dalej stałam w jego objęciach. To znaczy tak jakby druga ja. Nic z tego nie rozumiałam. To sen, uświadomiłam sobie. "W każdej chili możesz to przerwać" podpowiadała moja podświadomość, ale byłam zbyt ciekawa co się dalej wydarzy.
- Oj, nie podlizuj się. - odpowiedział brunetka i go pocałowała. Drzwi do łazienki ponownie się otworzyły. Stał w nich Abe.
- To nie czas na migdalenie się. Wszyscy czekają.
- Przepraszamy lordzie Mazur. To się nie powtórzy. - odpowiedział Adrian, na co mój klon się zaśmiał.
- Myślicie, że król ma cały dzień? - obok pojawiła się także Jenin.
- Kochany braciszek, miał by dla mnie czasu nie znaleźć? - Woo. Stop. Ja mam brata? Do tego króla? O co tu do cholery chodzi. Zanim się obejrzałam, cała czwórka wyszła z mieszkania i skierowała się do sali tronowej. W pewnym momencie się rozdzielili. Rose poszła do wejścia głównego, gdzie czekał na nią jakiś chłopak, dhampir.
- Siostrzyczko, co tak długo? - wyglądał tak, jak Abe mógł wyglądać kilkanaście lat temu. Na oko był jakieś 2-3 lata starszy ode mnie.
- Przecież się nie spóźniłam.
- Ale mało brakowało.
- Oj nie dramatyzuj.
- Szczerze myślę, że straciliście poczucie czasu. - uśmiechnął się cwanie. - Iwaszkow... - walnęłam go w ramie.
- Och skończ już. - Tak, zdecydowanie jesteśmy rodziną.
- Rose? Możemy porozmawiać? - obróciłyśmy się w tym samym momencie.
- Dymitr... Proszę, odpuść wreszcie. To co było między nami to przeszłość. Zrozum to w końcu.
- Chodź, siostrzyczko. Szkoda czasu. - chyba weszli do sali, ale mnie to już nie obchodziło. Widziałam tylko te brązowe oczy. Przepełnione bólem.
Obudziłam się z krzykiem.
- Rose? Co jest? - spytała zaniepokojona Lissa, podchodząc do mnie. Usiadła na brzegu łóżka.
- Nic. To tylko sen. Tylko sen. - nie wiem czy uspokajałam ją czy siebie.
- Chodź tu. - przytuliła mnie.
- Tego mi brakowało.
- Szczerze mi też i to bardzo. - przerwała na chwile, zastanawiając się nad czymś. - Rose?
- Tak?
- Wiesz, od kiedy zostałam królową, mało czasu spędzamy ze sobą.
- Pomijając, że prawie cały dzień jestem przy tobie, pilnując twojego bezpieczeństwa. - odsunęła się, obrzucając mnie karcącym spojrzeniem.
- Hej, przecież wiesz o co mi chodzi.
- Wiem, ale obiecuje. Jutro to nadrobimy.
- Yyy... Jutro? - wskazała ma zegar. 00.02.
- Oj nie czepiaj się. - puściła mi oczko i śmiejąc się wróciła na swoje łóżko.
------------------
Tak wiem. Dawno nie było rozdziału i pewnie część z was chce mnie zabić.
No w każdym razie, 13 pojawi się prawdopodobnie szybciej. Część jest już napisana więc, bądźmy dobrej myśli.
I myślę, że wiem co chcecie powiedzieć. A czy jestem jasnowidzem dowiem się, (mam nadzieje, że się pojawią) czytając komentarze!
Pozdrowionka kochani, szczególnie do komentujących.
Autorka
wtorek, 25 sierpnia 2015
Rozdział 11
Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo do sali wszedł wykładowca. Rzucił dziennik na biurko co wszystkich uciszyło.
- Dzień dobry. Nazywam się Aiden Hofferson... - następne słowa zlały się z innymi dźwiękami w cichy szum. Obraz dookoła stracił na ostrości wiedziałam tylko jedną osobę. Stała z przodu pod tablicą, wpatrując się we mnie. W oczach miał strach. Nie mało powiedziane. Był przerażony. Nigdy wcześniej go takiego nie widziałam. Blondyn zaczął pokazywać na krzesło. Na czarne oparcie. Nic z tego nie rozumiałam. Myśl. Cholera, myśl. Nie pojawił się bez powodu. Stop. Jak to możliwe, że w ogóle się pojawił?
Uderzenie przywróciło mnie do rzeczywistości. Zdążyłam złapać rękę sprawcy i wykręcić ją do tyłu.
- Au! - stał przede mną wysoki brunet. Josh. Puściłam go.
- Sorry Jo.
Zorientowałam się, że cała sala się na mnie patrzy.
- Co to miało znaczyć? - podszedł do nas wykładowca. Wbił wzrok głównie we mnie. - Pierwszy dzień, pierwsze zajęcia - stłumił przekleństwo - pierwsze pięć minut. I już robisz zamieszanie. To wyższa uczelnia. Nie można się tak zachowywać. - poczekałam kilka sekund, żeby się uspokoił.
- Nagadał się pan?
- Kpisz sobie ze mnie?
- Jak bym śmiała królu głupiej gatki. - po sali poniósł się śmiech. Ale tylko jednej osoby. Wszyscy jak jeden mąż obrócili się do drzwi. Stał w nich facet po dwudziestce w skórzanej kurtce.
- Czego tu? - odezwał się nasz wykładowca.
- Zluzuj porty, Aiden.
- A ty to kto? - wyrwał się ktoś z przodu.
- Max. Max Hofferson. Młodszy brat tej ofiary. - kilka stłumionych śmiechów wybuchło na sali, a niektórzy patrzyli ze zdziwieniem na przybysza. - To wasz pierwszy dzień?
- Ta.
- To dopiero go poznacie. Grzeczni ludzie nawet go lubią, ale jeśli ktoś mu podpadnie...
- To co nam zrobi? Zastraszy? Niesprawiedliwie oceni? - odezwałam się.
- Na to są paragrafy. - dorzucił Josh i postukał palcem w książkę którą trzymał.
- A jeśli coś mu się nie podoba, to może się zwolnić. Nie będziemy tęsknić.
- Ty jesteś bezczelna. Dopilnuje żebyś z tond wyleciała. To są studia nie przedszkole. Ta szkoła ma pewien poziom...
- No po panu to tego nie widać.
- Polubiłem cie. - wytrącił się Max. - Jak się nazywasz?
- Rose. - rzuciłam.
- To był twój błąd. - profesorek pomachał mi palcem przed nosem. - Masz iść do dyrektorki i powiedzieć, że rezygnujesz ze studiów, albo zmieniasz uczelnie. - Obróciłam się do niego plecami. - Nie...
- Zamkniesz się w końcu i poprowadzisz ten wykład czy cie zastąpić? - jego czerwona twarz nabrała koloru purpury. Podniósł rękę.
- Śmiało. - podpuściłam go. - Uderz.
- Panie Hofferson!!! - krzyk to przy tym mało powiedziane. To był pisk, tak wysoki, że aż zabolały mnie uszy. Dla mnie to było nie do wytrzymania, a co dopiero dla moroji... Odwróciłam się do Lissy. Trzymała się za głowę.
- Żyjesz?
- Tak. - odpowiedziała masując skronie.
- To jest pana czwarte upomnienie! Zajęcia u psychologa nie pomogły! Jest pan zwolniony!
- Ale...ale...pani dyrektor...- jąkał się Aiden.
- Zapraszam pana do mojego gabinetu.
- Ale...
- Nie ma żadnego ale. Idziemy. - wykładowca skulił się jakby wzrok dyrektorki mógł zabijać. Ciekawe, przy mnie to ona miała dość. Cóż, kobieta zmienną jest... - A pan. Zostaje z nimi. - wytknęła palcem młodszego Hoffersona, a potem zwróciła się do nas.- Pilnujcie go żeby nie zwiał, mamy pewne niezałatwione sprawy.
- Chyba mi tego nie zrobicie nie? - zapytał Max, gdy dyrektorka wyprowadziła jego brata. Pewność siebie gdzieś z niego uleciała. - Ej on. Odpłacę się wam. Bardzo uczciwe. Panie mogą liczyć na więcej...
- Zamknij się gościu! - podszedł do niego jakiś napakowany 20 latek, siłą posadził Hoffersona na krześle i pogroził mu pięścią. - Kto zadziera z panią dyrektor zadziera też z mną.
Studenci już nie zwracali na nich uwagi, podzielili się na grupki i robili co chcieli.
- Okej więc opowiadaj Rose. - entuzjazm w głosie Josha był zaraźliwy bo Lissa natychmiast oderwała się od obserwowania sali, podejrzewałam że sprawdzała aury.
- Właśnie kim był ten Denis?
- Poznaliśmy się w Rosji. Miał swoja ekipę w Nowosybirsku, wychodziliśmy wieczorami na miasto.
- I co było coś między wami. - palnął chłopak. Oczywiście nie widział tam drugiego dna.
- Nie. Oczywiście, że nie. Kumplowaliśmy się.
- Ciepło jest tam w lecie?
- Jo byłam na Syberii i nie w lecie tylko na wiosnę.
- Ale mówiłyście, że w tym roku szkolę skończyłyście. Więc jakim cudem na wiosnę?
- Normalnie. Rzuciłam szkołę na trochę. - w tym momencie oczy mało mu nie wypadły.
- Więc jakim cudem cię tu przyjęli? Z takim wpisem w papierach?
- Dobra, mniejsza. My jeszcze nic o tobie nie wiemy.
- No i co mam wam powiedzieć? Zwykły chłopak z małego miasta. Nie mam rodzeństwa. Mój kumpel przyjedzie tu za kilka tygodni, więc na razie trzymam się z wami, bo nikogo innego tu nie znam... - przerwał bo do auli weszli jacyś chłopacy. Jeden z nich wyszedł na biurko żeby zwrócić na siebie uwagę.
- Hej, cisza! - wszystkie głowy zwróciły się w jego stronę. - Jest pomysł, żeby zorganizować zawody między szkołami wyższymi. Zbieramy ludzi do ekipy. Brakuje nam 3 chłopaków i co najważniejsze dziewczyn! Potrzeba nam min 10 w całym składzie. Ale najmniej z was zgłasza się do biegów, długo i krótko dystansowych. Więc jeśli któraś jest w tym dobra, kurka, nawet przeciętna to zgłoście się! Potrzebujemy was żeby móc w ogóle wystartować, na czym bardzo nam zależy! Jeśli ktoś jest chętny to proszę do kolegi. My idziemy szukać dalej. Dziękuje. - w drzwiach minęli się z jakimś chłopakiem, dhampirem koło 20. Twarz wydawała się znajoma, ale nie miałam pojęcia skąd go kojarzę.
- Okej więc tak. - usiadł na biurku. - Treningi poniedziałek - piątek. O 6.30-7.30 i potem 16.00-17.00. Na chwile obecną potrzebujemy 5 dziewczyn i 3 chłopaków do biegów. Ktoś chętny?
- Ja idę. W średniej startowałem w zawodach, mogę im pomóc. - rzucił podekscytowany Jo i podszedł do chłopaka.
- Liss? - zwróciłam się do przyjaciółki, popatrzyła na mnie porozumiewawczo i kiwnęła głową.
- Pewnie idź.
- Dzięki, królowo. - zaśmiała sie, a ja dołączyłam do grupki chłopaków przy biurku.
- To tyle dzięki. - Jo był tak zafascynowany, że miął mnie jak prąd w przewodach i wrócił do ławki.
- Ja do biegów. - chłopak nie podniósł wzroku znad kartek.
- Krótkie, długie?
- Mogę tu i tu.
- Nazwisko.
- Rose Hathaway. - na te słowa poderwał głowę. I przypatrzył mi się dokładnie.
- Cholerka. To naprawdę ty? - zapytał zdziwiony.
- Tak, ale czy my się znamy?
- Młoda, rusz głową no. - tylko jedna osoba tak się do mnie zwracała.
- Danny?
- Pani zapominalska widzę. - przytulił mnie po przyjacielsku.
- Kurcze kiedy ja cie ostatnio widziałam?
- Przed waszą ucieczką. Zmyłaś się z imprezy co było do ciebie nie podobne. Rano już nie pojawiłyście się na zajęciach.
- No tak siła wyższa. Ale opowiadaj co tam u ciebie? Co ty tu w ogóle robisz?
- Zrezygnowałem ze szkoły, pod koniec nauki. Nie wiedziałem się w roli strażnika, więc poszedłem na studia. A ty? Wróciłyście do szkoły, przynajmniej tak sadzę bo skoro jesteś tu z królową...
- Daniel do cholery! - do auli wpadł jakiś chłopak. - Następni czekają, a ty tu sobie flirtujesz!
- Już idę Ian, spokojnie. - tamten zniknął tak samo szybko jak się pojawił. - Treningi od jutra. Znajdę was potem to pogadamy.
- Dobra leć, cześć.
------------------
Sorka, że tak długo musieliście czekać. Następne rozdziały mam nadzieje pojawią się szybciej.
Komy, komy i komy mile widziane!
PS: w następnym rozdziale pojawi się trochę Dimki i Abe'go z Jenin. ;)
Autorka
- Dzień dobry. Nazywam się Aiden Hofferson... - następne słowa zlały się z innymi dźwiękami w cichy szum. Obraz dookoła stracił na ostrości wiedziałam tylko jedną osobę. Stała z przodu pod tablicą, wpatrując się we mnie. W oczach miał strach. Nie mało powiedziane. Był przerażony. Nigdy wcześniej go takiego nie widziałam. Blondyn zaczął pokazywać na krzesło. Na czarne oparcie. Nic z tego nie rozumiałam. Myśl. Cholera, myśl. Nie pojawił się bez powodu. Stop. Jak to możliwe, że w ogóle się pojawił?
Uderzenie przywróciło mnie do rzeczywistości. Zdążyłam złapać rękę sprawcy i wykręcić ją do tyłu.
- Au! - stał przede mną wysoki brunet. Josh. Puściłam go.
- Sorry Jo.
Zorientowałam się, że cała sala się na mnie patrzy.
- Co to miało znaczyć? - podszedł do nas wykładowca. Wbił wzrok głównie we mnie. - Pierwszy dzień, pierwsze zajęcia - stłumił przekleństwo - pierwsze pięć minut. I już robisz zamieszanie. To wyższa uczelnia. Nie można się tak zachowywać. - poczekałam kilka sekund, żeby się uspokoił.
- Nagadał się pan?
- Kpisz sobie ze mnie?
- Jak bym śmiała królu głupiej gatki. - po sali poniósł się śmiech. Ale tylko jednej osoby. Wszyscy jak jeden mąż obrócili się do drzwi. Stał w nich facet po dwudziestce w skórzanej kurtce.
- Czego tu? - odezwał się nasz wykładowca.
- Zluzuj porty, Aiden.
- A ty to kto? - wyrwał się ktoś z przodu.
- Max. Max Hofferson. Młodszy brat tej ofiary. - kilka stłumionych śmiechów wybuchło na sali, a niektórzy patrzyli ze zdziwieniem na przybysza. - To wasz pierwszy dzień?
- Ta.
- To dopiero go poznacie. Grzeczni ludzie nawet go lubią, ale jeśli ktoś mu podpadnie...
- To co nam zrobi? Zastraszy? Niesprawiedliwie oceni? - odezwałam się.
- Na to są paragrafy. - dorzucił Josh i postukał palcem w książkę którą trzymał.
- A jeśli coś mu się nie podoba, to może się zwolnić. Nie będziemy tęsknić.
- Ty jesteś bezczelna. Dopilnuje żebyś z tond wyleciała. To są studia nie przedszkole. Ta szkoła ma pewien poziom...
- No po panu to tego nie widać.
- Polubiłem cie. - wytrącił się Max. - Jak się nazywasz?
- Rose. - rzuciłam.
- To był twój błąd. - profesorek pomachał mi palcem przed nosem. - Masz iść do dyrektorki i powiedzieć, że rezygnujesz ze studiów, albo zmieniasz uczelnie. - Obróciłam się do niego plecami. - Nie...
- Zamkniesz się w końcu i poprowadzisz ten wykład czy cie zastąpić? - jego czerwona twarz nabrała koloru purpury. Podniósł rękę.
- Śmiało. - podpuściłam go. - Uderz.
- Panie Hofferson!!! - krzyk to przy tym mało powiedziane. To był pisk, tak wysoki, że aż zabolały mnie uszy. Dla mnie to było nie do wytrzymania, a co dopiero dla moroji... Odwróciłam się do Lissy. Trzymała się za głowę.
- Żyjesz?
- Tak. - odpowiedziała masując skronie.
- To jest pana czwarte upomnienie! Zajęcia u psychologa nie pomogły! Jest pan zwolniony!
- Ale...ale...pani dyrektor...- jąkał się Aiden.
- Zapraszam pana do mojego gabinetu.
- Ale...
- Nie ma żadnego ale. Idziemy. - wykładowca skulił się jakby wzrok dyrektorki mógł zabijać. Ciekawe, przy mnie to ona miała dość. Cóż, kobieta zmienną jest... - A pan. Zostaje z nimi. - wytknęła palcem młodszego Hoffersona, a potem zwróciła się do nas.- Pilnujcie go żeby nie zwiał, mamy pewne niezałatwione sprawy.
- Chyba mi tego nie zrobicie nie? - zapytał Max, gdy dyrektorka wyprowadziła jego brata. Pewność siebie gdzieś z niego uleciała. - Ej on. Odpłacę się wam. Bardzo uczciwe. Panie mogą liczyć na więcej...
- Zamknij się gościu! - podszedł do niego jakiś napakowany 20 latek, siłą posadził Hoffersona na krześle i pogroził mu pięścią. - Kto zadziera z panią dyrektor zadziera też z mną.
Studenci już nie zwracali na nich uwagi, podzielili się na grupki i robili co chcieli.
- Okej więc opowiadaj Rose. - entuzjazm w głosie Josha był zaraźliwy bo Lissa natychmiast oderwała się od obserwowania sali, podejrzewałam że sprawdzała aury.
- Właśnie kim był ten Denis?
- Poznaliśmy się w Rosji. Miał swoja ekipę w Nowosybirsku, wychodziliśmy wieczorami na miasto.
- I co było coś między wami. - palnął chłopak. Oczywiście nie widział tam drugiego dna.
- Nie. Oczywiście, że nie. Kumplowaliśmy się.
- Ciepło jest tam w lecie?
- Jo byłam na Syberii i nie w lecie tylko na wiosnę.
- Ale mówiłyście, że w tym roku szkolę skończyłyście. Więc jakim cudem na wiosnę?
- Normalnie. Rzuciłam szkołę na trochę. - w tym momencie oczy mało mu nie wypadły.
- Więc jakim cudem cię tu przyjęli? Z takim wpisem w papierach?
- Dobra, mniejsza. My jeszcze nic o tobie nie wiemy.
- No i co mam wam powiedzieć? Zwykły chłopak z małego miasta. Nie mam rodzeństwa. Mój kumpel przyjedzie tu za kilka tygodni, więc na razie trzymam się z wami, bo nikogo innego tu nie znam... - przerwał bo do auli weszli jacyś chłopacy. Jeden z nich wyszedł na biurko żeby zwrócić na siebie uwagę.
- Hej, cisza! - wszystkie głowy zwróciły się w jego stronę. - Jest pomysł, żeby zorganizować zawody między szkołami wyższymi. Zbieramy ludzi do ekipy. Brakuje nam 3 chłopaków i co najważniejsze dziewczyn! Potrzeba nam min 10 w całym składzie. Ale najmniej z was zgłasza się do biegów, długo i krótko dystansowych. Więc jeśli któraś jest w tym dobra, kurka, nawet przeciętna to zgłoście się! Potrzebujemy was żeby móc w ogóle wystartować, na czym bardzo nam zależy! Jeśli ktoś jest chętny to proszę do kolegi. My idziemy szukać dalej. Dziękuje. - w drzwiach minęli się z jakimś chłopakiem, dhampirem koło 20. Twarz wydawała się znajoma, ale nie miałam pojęcia skąd go kojarzę.
- Okej więc tak. - usiadł na biurku. - Treningi poniedziałek - piątek. O 6.30-7.30 i potem 16.00-17.00. Na chwile obecną potrzebujemy 5 dziewczyn i 3 chłopaków do biegów. Ktoś chętny?
- Ja idę. W średniej startowałem w zawodach, mogę im pomóc. - rzucił podekscytowany Jo i podszedł do chłopaka.
- Liss? - zwróciłam się do przyjaciółki, popatrzyła na mnie porozumiewawczo i kiwnęła głową.
- Pewnie idź.
- Dzięki, królowo. - zaśmiała sie, a ja dołączyłam do grupki chłopaków przy biurku.
- To tyle dzięki. - Jo był tak zafascynowany, że miął mnie jak prąd w przewodach i wrócił do ławki.
- Ja do biegów. - chłopak nie podniósł wzroku znad kartek.
- Krótkie, długie?
- Mogę tu i tu.
- Nazwisko.
- Rose Hathaway. - na te słowa poderwał głowę. I przypatrzył mi się dokładnie.
- Cholerka. To naprawdę ty? - zapytał zdziwiony.
- Tak, ale czy my się znamy?
- Młoda, rusz głową no. - tylko jedna osoba tak się do mnie zwracała.
- Danny?
- Pani zapominalska widzę. - przytulił mnie po przyjacielsku.
- Kurcze kiedy ja cie ostatnio widziałam?
- Przed waszą ucieczką. Zmyłaś się z imprezy co było do ciebie nie podobne. Rano już nie pojawiłyście się na zajęciach.
- No tak siła wyższa. Ale opowiadaj co tam u ciebie? Co ty tu w ogóle robisz?
- Zrezygnowałem ze szkoły, pod koniec nauki. Nie wiedziałem się w roli strażnika, więc poszedłem na studia. A ty? Wróciłyście do szkoły, przynajmniej tak sadzę bo skoro jesteś tu z królową...
- Daniel do cholery! - do auli wpadł jakiś chłopak. - Następni czekają, a ty tu sobie flirtujesz!
- Już idę Ian, spokojnie. - tamten zniknął tak samo szybko jak się pojawił. - Treningi od jutra. Znajdę was potem to pogadamy.
- Dobra leć, cześć.
------------------
Sorka, że tak długo musieliście czekać. Następne rozdziały mam nadzieje pojawią się szybciej.
Komy, komy i komy mile widziane!
PS: w następnym rozdziale pojawi się trochę Dimki i Abe'go z Jenin. ;)
Autorka
sobota, 1 sierpnia 2015
Rozdział 10
- Rose, nareszcie. Wiesz jak się martwiłem? Najpierw ty prawie rzucasz słuchawką, potem Lissa robi to samo...
- Dymitr. Spokojnie, nic się nie dzieje. - przerwałam mu i opowiedziałam najpierw cała historie z otrzęsinami nowych, a potem z tymi "odwiedzinami" Croft'a.
- Dziwne, że mnie jeszcze nie przesłuchali.
- Wiedzą co chcieli wiedzieć. Nie mam wiarygodnego alibi na te pół godziny, bo Hans sądzi, że i tak byś mnie nie wydał. Więc twoje zeznania nie wniosą raczej nic nowego do sprawy. A tak w ogóle co z Adrianem?
- Poprawiło mu się w ostatnich godzinach. Rozmawiałem też z Danielą, nie będzie wnioskować o szybszy proces. Zgodziła się poczekać aż jej syn się obudzi.
- Łaskawa pani się znalazła. Niech się cieszy, że mnie tam nie ma, bo...
- Hej. Nic nie poradzisz na to, że działasz jak magnes na kłopoty. - westchnął, a ja miałam przed oczami jego cudowny uśmiech.
- Przeznaczenie.
- Obejmuje ono także przepowiednie Yevy. - wiem co sugerował, więc zmieniłam lekko kierunek tej rozmowy.
- Albo jej wymysły z noszeniem cegieł. - rzuciłam, nie zastanawiając się zbytnio nad tym co mówię.
- Co? - spytał Dymitr.
- Nie wspominałam ci tym?
- Jak widać nie, więc śmiało. Chętnie posłucham. - ponaglił mnie Belikov.
- Za pierwszym razem jak byłam w Bai, twoja babcia chciała żebym z nią poszła. Kazała mi wziąć jakieś cholernie ciężkie kartony, które niosłam do Oleny i Marka. Okazało się, że w jeden był napakowany kostką ogrodową. Potem dowiedziałam się, że to był pewnego rodzaju test.
- Co masz przez to na myśli?
- Sprawdzała czy jestem ciebie warta. - powiedziałam bez wahania, co innego Dymitr, bo odpowiedział dopiero po chwili.
- To nie jest całkiem normalne, ale w jej stylu. - miałam dodać coś o staruszce, ale mój wzrok padł na zegar.
- Jasny szlak! Przecież ja rano nie wstanę. - dochodziła właśnie czwarta, a wykłady zaczynają nam się od ósmej.
- Bo tyle gadasz, Rose.
- Moja wina, że się się stęskniłam za tobą Towarzyszu? No no dobra może bardziej za tym cudownym akcentem. - usłyszałam śmiech w słuchawce. Boże...jak ja go uwielbiam...
- Też się bardzo stęskniłem, może jakoś przeżyje te dwa tygodnie.
- Dwa?
- Yhh...Chyba się wygadałem. Lissa chce przyjechać na weekend jak już się wszystko uspokoi.
- I dopiero teraz mi to mówisz?
- Tak wyszło. A teraz zmykaj do łóżka bo rano nie wstaniesz. Kocham cię, Roza.
- Ja ciebie też towarzyszu. Dobranoc.
- Słodkich snów, kochanie.
***
- Au! - otworzyłam lekko oczy. Nade mną stał Josh i Lissa, próbowali ukryć śmiech.
- A wam co tak wesoło? - spytałam zbierając się z podłogi.
- Twoja mina. Jakbyś chciała kogoś zabić. - odpowiedziała moja przyjaciółka.
- Na przykład tego kto zrzucił mnie z łóżka. - spojrzałam przy tym na chłopaka. Ostrzegam, Joshua jeszcze raz i będzie po tobie.
- Skąd wiesz, że to ja?
- Lissa nie posunęła by się do tego.
- Bo się ciebie boi?
- Bo nie jest tak głupia, a poza tym ma za dobre serce.
- Hej ludzie, nie chciałabym wam przeszkadzać, ale za dziesięć minut zaczynamy wykłady. - morojka przerwał naszą wymianę zdań,
- Co?! - porwałam jakieś ubrania z szafki i poleciałam do łazienki. Zanim zamknęłam drzwi usłyszała jeszcze słowa przyjaciółki:
- Żartowałam!
***
- Więc pochodzicie z Filadelfii, macie po osiemnaście lat i znacie się od przedszkola.
- Dokładnie. - okazało się, że Jo ma te same wykłady co my.
- A rodzice?
- Matka pracuje w ochronie, a staruszek jest biznesmenem. - odpowiedziałam. Chłopak poprowadził nas do ostatniego rzędu w sali wykładowej, w której dopiero zbierali się uczniowie.
- A twoi? - zwrócił się do Wasylisy.
- Mają firmę w Filadelfii. - odpowiedziała bez wahania, trzymając się informacji które mamy w papierach i które miałyśmy podawać w razie jakichś pytań. Lissa dostała też fałszywe nazwisko. Nawet o tym na którym uniwersytecie jesteśmy wie tylko kilka osób. Kwestie bezpieczeństwa. Królowa poza dworem jest łatwym celem nie tylko dla strzyg, ale także dla wrogów państwa. - Mało kto wie, kim naprawdę są moi rodzice. Nosze inne nazwisko niż oni. Przynajmniej w liceum mnie się nie czepiali.
- Oczywiście, Anderson. Nie licząc Mii. - uśmiechnęłam się do przyjaciółki.
- Uprzykrzała wam życie? - spytał Josh wyraźnie zaciekawiony tym tematem.
- Przez jakiś czas. - Dragomirówna próbowała go zbyć, ale ja wolałam ten temat, od wypytywania nas o szczegółowe informacje.
- Ta. Nie odczepiła się nawet jak jej przywaliłam.
- W sensie klepnęłaś ją? - zaczął naśmiewać się Jo.
- Nie lekceważ jej. - rzucił jakiś chłopak mijając nas. Zauważyłam tatuaże na jego szyi i...
- Denis? - odwrócił się na moje słowa z szerokim uśmiechem.
- Cześć, Rose. Wiesz, że nieładnie odchodzić bez pożegnania?
- Bardzo śmieszne. Co ty tu robisz?
- Mazur zaproponował mi załatwienie pewnej sprawy, za niezłą kasę. - puścił mi oczko.
- A prze okazji miałeś mnie sprawdzić.
- To nie było pytanie. Skąd to wiesz? - zaciekawił się.
- Znam Staruszka lepiej niż myślisz. - uśmiechnęłam się chytrze.
- Chwila. Dopiero teraz odkryłem drugie dno tego słowa. - zaczął niepewnie Denis. - Nie chcesz mi powiedzieć, że...
- Abe Mazur jest moim ojcem. - przerwałam mu. Wytrzeszczył oczy, a jego szczęka mało nie uderzyła o podłogę.
- Jesteś Zmey Junior?*
- Coś w ten deseń. - telefon w mojej kieszeni zaczął wibrować. Spojrzałam na wyświetlacz. Abe. Po co on do mnie dzwoni? Odebrałam.
- Tak, Staruszku?
- Powiedz temu idiocie, że jest najgorszym tajnym agentem w dziejach ludzkości.
- Przekaże.
- Miło robić z tobą interesy, Rose. - rozłączył się. Trzy pary oczu wpatrywały się we mnie żądając wyjaśnień.
- Denis, ciebie też ktoś szpieguje.
- Że niby co?
- Mam cię poinformować, że cytuje: "Jesteś najgorszym tajnym agentem w dziejach ludzkości."
- Kurcze muszę was przeprosić. Chyba mam nieźle przerąbane. Rose przekaż ojczulkowi żeby mnie nie mordował. - powiedział Rosjanin i wybiegł z sali. Josh i Lissa dalej wpatrywali się we mnie
- No to teraz nam pięknie wszystko wyjaśnisz.
------------------
* W tłumaczeniu oficjalnym jest "Żmija Juniorka", w nieoficjalnym (pdf) "Zmey Junior". Osobiście wole drugą wersje.
Komy mile widziane!
Autorka
- Dymitr. Spokojnie, nic się nie dzieje. - przerwałam mu i opowiedziałam najpierw cała historie z otrzęsinami nowych, a potem z tymi "odwiedzinami" Croft'a.
- Dziwne, że mnie jeszcze nie przesłuchali.
- Wiedzą co chcieli wiedzieć. Nie mam wiarygodnego alibi na te pół godziny, bo Hans sądzi, że i tak byś mnie nie wydał. Więc twoje zeznania nie wniosą raczej nic nowego do sprawy. A tak w ogóle co z Adrianem?
- Poprawiło mu się w ostatnich godzinach. Rozmawiałem też z Danielą, nie będzie wnioskować o szybszy proces. Zgodziła się poczekać aż jej syn się obudzi.
- Łaskawa pani się znalazła. Niech się cieszy, że mnie tam nie ma, bo...
- Hej. Nic nie poradzisz na to, że działasz jak magnes na kłopoty. - westchnął, a ja miałam przed oczami jego cudowny uśmiech.
- Przeznaczenie.
- Obejmuje ono także przepowiednie Yevy. - wiem co sugerował, więc zmieniłam lekko kierunek tej rozmowy.
- Albo jej wymysły z noszeniem cegieł. - rzuciłam, nie zastanawiając się zbytnio nad tym co mówię.
- Co? - spytał Dymitr.
- Nie wspominałam ci tym?
- Jak widać nie, więc śmiało. Chętnie posłucham. - ponaglił mnie Belikov.
- Za pierwszym razem jak byłam w Bai, twoja babcia chciała żebym z nią poszła. Kazała mi wziąć jakieś cholernie ciężkie kartony, które niosłam do Oleny i Marka. Okazało się, że w jeden był napakowany kostką ogrodową. Potem dowiedziałam się, że to był pewnego rodzaju test.
- Co masz przez to na myśli?
- Sprawdzała czy jestem ciebie warta. - powiedziałam bez wahania, co innego Dymitr, bo odpowiedział dopiero po chwili.
- To nie jest całkiem normalne, ale w jej stylu. - miałam dodać coś o staruszce, ale mój wzrok padł na zegar.
- Jasny szlak! Przecież ja rano nie wstanę. - dochodziła właśnie czwarta, a wykłady zaczynają nam się od ósmej.
- Bo tyle gadasz, Rose.
- Moja wina, że się się stęskniłam za tobą Towarzyszu? No no dobra może bardziej za tym cudownym akcentem. - usłyszałam śmiech w słuchawce. Boże...jak ja go uwielbiam...
- Też się bardzo stęskniłem, może jakoś przeżyje te dwa tygodnie.
- Dwa?
- Yhh...Chyba się wygadałem. Lissa chce przyjechać na weekend jak już się wszystko uspokoi.
- I dopiero teraz mi to mówisz?
- Tak wyszło. A teraz zmykaj do łóżka bo rano nie wstaniesz. Kocham cię, Roza.
- Ja ciebie też towarzyszu. Dobranoc.
- Słodkich snów, kochanie.
***
- Au! - otworzyłam lekko oczy. Nade mną stał Josh i Lissa, próbowali ukryć śmiech.
- A wam co tak wesoło? - spytałam zbierając się z podłogi.
- Twoja mina. Jakbyś chciała kogoś zabić. - odpowiedziała moja przyjaciółka.
- Na przykład tego kto zrzucił mnie z łóżka. - spojrzałam przy tym na chłopaka. Ostrzegam, Joshua jeszcze raz i będzie po tobie.
- Skąd wiesz, że to ja?
- Lissa nie posunęła by się do tego.
- Bo się ciebie boi?
- Bo nie jest tak głupia, a poza tym ma za dobre serce.
- Hej ludzie, nie chciałabym wam przeszkadzać, ale za dziesięć minut zaczynamy wykłady. - morojka przerwał naszą wymianę zdań,
- Co?! - porwałam jakieś ubrania z szafki i poleciałam do łazienki. Zanim zamknęłam drzwi usłyszała jeszcze słowa przyjaciółki:
- Żartowałam!
***
- Więc pochodzicie z Filadelfii, macie po osiemnaście lat i znacie się od przedszkola.
- Dokładnie. - okazało się, że Jo ma te same wykłady co my.
- A rodzice?
- Matka pracuje w ochronie, a staruszek jest biznesmenem. - odpowiedziałam. Chłopak poprowadził nas do ostatniego rzędu w sali wykładowej, w której dopiero zbierali się uczniowie.
- A twoi? - zwrócił się do Wasylisy.
- Mają firmę w Filadelfii. - odpowiedziała bez wahania, trzymając się informacji które mamy w papierach i które miałyśmy podawać w razie jakichś pytań. Lissa dostała też fałszywe nazwisko. Nawet o tym na którym uniwersytecie jesteśmy wie tylko kilka osób. Kwestie bezpieczeństwa. Królowa poza dworem jest łatwym celem nie tylko dla strzyg, ale także dla wrogów państwa. - Mało kto wie, kim naprawdę są moi rodzice. Nosze inne nazwisko niż oni. Przynajmniej w liceum mnie się nie czepiali.
- Oczywiście, Anderson. Nie licząc Mii. - uśmiechnęłam się do przyjaciółki.
- Uprzykrzała wam życie? - spytał Josh wyraźnie zaciekawiony tym tematem.
- Przez jakiś czas. - Dragomirówna próbowała go zbyć, ale ja wolałam ten temat, od wypytywania nas o szczegółowe informacje.
- Ta. Nie odczepiła się nawet jak jej przywaliłam.
- W sensie klepnęłaś ją? - zaczął naśmiewać się Jo.
- Nie lekceważ jej. - rzucił jakiś chłopak mijając nas. Zauważyłam tatuaże na jego szyi i...
- Denis? - odwrócił się na moje słowa z szerokim uśmiechem.
- Cześć, Rose. Wiesz, że nieładnie odchodzić bez pożegnania?
- Bardzo śmieszne. Co ty tu robisz?
- Mazur zaproponował mi załatwienie pewnej sprawy, za niezłą kasę. - puścił mi oczko.
- A prze okazji miałeś mnie sprawdzić.
- To nie było pytanie. Skąd to wiesz? - zaciekawił się.
- Znam Staruszka lepiej niż myślisz. - uśmiechnęłam się chytrze.
- Chwila. Dopiero teraz odkryłem drugie dno tego słowa. - zaczął niepewnie Denis. - Nie chcesz mi powiedzieć, że...
- Abe Mazur jest moim ojcem. - przerwałam mu. Wytrzeszczył oczy, a jego szczęka mało nie uderzyła o podłogę.
- Jesteś Zmey Junior?*
- Coś w ten deseń. - telefon w mojej kieszeni zaczął wibrować. Spojrzałam na wyświetlacz. Abe. Po co on do mnie dzwoni? Odebrałam.
- Tak, Staruszku?
- Powiedz temu idiocie, że jest najgorszym tajnym agentem w dziejach ludzkości.
- Przekaże.
- Miło robić z tobą interesy, Rose. - rozłączył się. Trzy pary oczu wpatrywały się we mnie żądając wyjaśnień.
- Denis, ciebie też ktoś szpieguje.
- Że niby co?
- Mam cię poinformować, że cytuje: "Jesteś najgorszym tajnym agentem w dziejach ludzkości."
- Kurcze muszę was przeprosić. Chyba mam nieźle przerąbane. Rose przekaż ojczulkowi żeby mnie nie mordował. - powiedział Rosjanin i wybiegł z sali. Josh i Lissa dalej wpatrywali się we mnie
- No to teraz nam pięknie wszystko wyjaśnisz.
------------------
* W tłumaczeniu oficjalnym jest "Żmija Juniorka", w nieoficjalnym (pdf) "Zmey Junior". Osobiście wole drugą wersje.
Komy mile widziane!
Autorka
czwartek, 23 lipca 2015
Rozdział 9
W pokoju Lisa gadała z kimś przez telefon. Przez mój telefon.
- Właśnie przyszła. - odpowiedziała rozmówcy. Nie zdążyłam się jej nawet zapytać z kim gada, bo do pokoju wpadł Eddie.
- Rose!
- Co się dzieje?
- Strażnicy tu idą. Chcą cię przesłuchać.
- Co?
- Daniela wniosła oskarżenie.
- Żartujesz?
- Nagrabiłaś sobie. - w drzwiach pojawił się nie kto inny jak dowódca straży dworskiej. Chciałam się odezwać, ale Lisa mnie uprzedziła.
- Dlaczego ja nic o tym nie wiem?
- Wasza wysokość strażniczka Hathaway...
- Pytam się o to dlaczego nic nie wiem o tym przesłuchaniu. - ton królowej był spokojny. Wasylisa rzadko się denerwowała, lub podnosiła głos.
- Rada postanowiła, że tak będzie lepiej.
- To wszystko wyjaśnia. - palnęłam.
- Hathaway.
- Po nazwisku to po pysku, Hans. - strażnik odetchnął głęboko. Do naszego grona dołączyła dyrektorka.
- Wasza wysokość pozwoli, że przejdziemy do stołówki gdzie panują lepsze warunki do jakichkolwiek działań.
- Może teraz jeszcze jakiś cwaniak wyciągnie kajdanki i mnie skuje dla lepszego efektu? - jeden ze strażników towarzyszących Hansowi oczywiście chciał pokazać jaki to on nie jest. I posunął się do tego, ale widząc moje spojrzenie od razu się wycofał.
- Hathaway...
- Ponad dwadzieścia osób w Akademii, widziało mnie w tym czasie. Niczego mi nie udowodnicie, mam niepodważalne alibi...
- Rose. - przerwała mi Lissa. - Powiesz im co wiesz i dadzą ci spokój, czy będziesz się kłócić?
- To było pytanie retoryczne, rozumiem.
- Strażniczko Hathaway. - O nie. Moja przyjaciółka gra nieuczciwie. - Stawienie się na to przesłuchanie jest obowiązkiem...
- Dobra już. Pójdę na to cholerne przesłuchanie. Zadowoleni?
***
Anastazjo,
Jeśli to czytasz to wyrok został wykonany. Odeszłam, ale wiedz, że zawsze pozostaniesz moją małą siostrzyczką.
Myślałam, że mój plan się powiedzie. Niestety, ta gówniara wszystko popsuła. Gdyby nie ona miała bym wszystko czego pragnęłam. Nie było by Tatiany ani tej małolaty. Mogła bym wprowadzić swoje zmiany, miałam wszystko doskonale przemyślane. A przede wszystkim zależało mi nim. Mówiłam ci kiedyś, że chyba go kocham... W święta doskonale się w tym utwierdziłam, ale coś mnie zaniepokoiło. Coś się w nim zmieniło. Myślałam, że to praca w akademii. I od pewnego stopnia się nie myliłam. Miałam pewne podejrzenia, więc zaproponowałam mu żeby został moim strażnikiem. Utwierdziłam się w nich gdy odrzucił moją propozycje. On był zakochany. Mój Dimka był zakochany w Rose Hathaway. Była jego siedem lat młodszą uczennicą. Nic nie wiedziała o życiu, a do tego arogancka... Zresztą nieważne.
Popełniłam parę błędów w życiu i musiałam za nie zapłacić. Teraz gdy zostało mi tak mało czasu dostrzegam, że mogłam to inaczej rozegrać.
Chciałam cię prosić żebyś nie robiła niczego głupiego.
Kocham cię, An.
Natasza
***
- Z tego co powiedziałaś wynika, że na ponad pół godziny nie masz wiarygodnego alibi. Adrian Iwaszkow także przebywał wtedy na terenie akademii. Mogłaś go pobić, on pół świadomy wrócił na dwór gdzie później go znaleziono. - Hans i te jego wnioski.
- Ale dlaczego nie ma wiarygodnego alibi? - wtrącił się jeden z trzech młodszych strażników.
- Jeśli słuchaliście uważnie to wiedzie, że od wyjścia z sali bankietowej do spotkania uczniów podejrzana...
- Podejrzana? - przerwałam mu, bo szczerze minie rozbawił. Croft spiorunował mnie spojrzeniem i kontynuował.
- A więc, podejrzana przebywała wtedy w towarzystwie strażnika Belikova. To nie jest wiarygodne alibi.
- Dlaczego?
- Miller masz gorszy dzień czy z natury jesteś taki tępy?
- Hans - Eddie zabrał głos pierwszy raz od rozpoczęcia przesłuchania - to był komentarz w...
- Moim stylu. - dokończyłam i przybiliśmy piątkę. Na twarze trójki młodych "praktykantów", a nawet królowej wypłynął uśmiech. Oczywiście moja przyjaciółka próbowała to ukryć, bo ODE* nie dopuszcza takiego zachowania. Są tam zasady zachowania których powinno się przestrzegać. W osiemset-stronowym tomisku znalazły się zasady - dla wszystkich grup społecznych - które wypada przestrzegać na Dworze. Jest rozdział dla samej królowej bądź króla, strażników: królewskich i pozostałych, dla rodzin królewskich i tak dalej... Oczywiście ja łamie większość z tych zasad.
- Dobra młodzi, zbieramy się! Trzeba jeszcze przesłuchać dzieciaki z akademii.
- Hey, strażniku Croft! - zawołałam zanim wyszli ze stołówki. Hans obrócił się zirytowany. - Powodzenia!
- Co ja bym dał żeby zostać i zobaczyć miny nauczycieli, gdy im przygadasz albo coś wykombinujesz, Hathaway. - Eddie uśmiechnął się zapewne na wspomnienie jeszcze czasów Akademii.
- Będzie się działo, Castilie. - chłopak przytulił nas obie przelotnie.
- Narka, dziewczyny. - rzucił na odchodne.
- Cześć. - odpowiedziałyśmy razem. W pokoju okazało się, że jest w pół do trzeciej rano i mam piętnaście nieodebranych połączeń od Dymitra. No pięknie. Nie dość, że sobie nie pośpię to jeszcze czekam nie długa rozmowa...
------------------
*ODE - Oficjalna Dworska Etykieta
Przepraszam, że rozdział pojawia się dopiero teraz ale leń mnie dopadł...
Jak zwykle liczę na komy. ;)
Autorka
- Właśnie przyszła. - odpowiedziała rozmówcy. Nie zdążyłam się jej nawet zapytać z kim gada, bo do pokoju wpadł Eddie.
- Rose!
- Co się dzieje?
- Strażnicy tu idą. Chcą cię przesłuchać.
- Co?
- Daniela wniosła oskarżenie.
- Żartujesz?
- Nagrabiłaś sobie. - w drzwiach pojawił się nie kto inny jak dowódca straży dworskiej. Chciałam się odezwać, ale Lisa mnie uprzedziła.
- Dlaczego ja nic o tym nie wiem?
- Wasza wysokość strażniczka Hathaway...
- Pytam się o to dlaczego nic nie wiem o tym przesłuchaniu. - ton królowej był spokojny. Wasylisa rzadko się denerwowała, lub podnosiła głos.
- Rada postanowiła, że tak będzie lepiej.
- To wszystko wyjaśnia. - palnęłam.
- Hathaway.
- Po nazwisku to po pysku, Hans. - strażnik odetchnął głęboko. Do naszego grona dołączyła dyrektorka.
- Wasza wysokość pozwoli, że przejdziemy do stołówki gdzie panują lepsze warunki do jakichkolwiek działań.
- Może teraz jeszcze jakiś cwaniak wyciągnie kajdanki i mnie skuje dla lepszego efektu? - jeden ze strażników towarzyszących Hansowi oczywiście chciał pokazać jaki to on nie jest. I posunął się do tego, ale widząc moje spojrzenie od razu się wycofał.
- Hathaway...
- Ponad dwadzieścia osób w Akademii, widziało mnie w tym czasie. Niczego mi nie udowodnicie, mam niepodważalne alibi...
- Rose. - przerwała mi Lissa. - Powiesz im co wiesz i dadzą ci spokój, czy będziesz się kłócić?
- To było pytanie retoryczne, rozumiem.
- Strażniczko Hathaway. - O nie. Moja przyjaciółka gra nieuczciwie. - Stawienie się na to przesłuchanie jest obowiązkiem...
- Dobra już. Pójdę na to cholerne przesłuchanie. Zadowoleni?
***
Anastazjo,
Jeśli to czytasz to wyrok został wykonany. Odeszłam, ale wiedz, że zawsze pozostaniesz moją małą siostrzyczką.
Myślałam, że mój plan się powiedzie. Niestety, ta gówniara wszystko popsuła. Gdyby nie ona miała bym wszystko czego pragnęłam. Nie było by Tatiany ani tej małolaty. Mogła bym wprowadzić swoje zmiany, miałam wszystko doskonale przemyślane. A przede wszystkim zależało mi nim. Mówiłam ci kiedyś, że chyba go kocham... W święta doskonale się w tym utwierdziłam, ale coś mnie zaniepokoiło. Coś się w nim zmieniło. Myślałam, że to praca w akademii. I od pewnego stopnia się nie myliłam. Miałam pewne podejrzenia, więc zaproponowałam mu żeby został moim strażnikiem. Utwierdziłam się w nich gdy odrzucił moją propozycje. On był zakochany. Mój Dimka był zakochany w Rose Hathaway. Była jego siedem lat młodszą uczennicą. Nic nie wiedziała o życiu, a do tego arogancka... Zresztą nieważne.
Popełniłam parę błędów w życiu i musiałam za nie zapłacić. Teraz gdy zostało mi tak mało czasu dostrzegam, że mogłam to inaczej rozegrać.
Chciałam cię prosić żebyś nie robiła niczego głupiego.
Kocham cię, An.
Natasza
***
- Z tego co powiedziałaś wynika, że na ponad pół godziny nie masz wiarygodnego alibi. Adrian Iwaszkow także przebywał wtedy na terenie akademii. Mogłaś go pobić, on pół świadomy wrócił na dwór gdzie później go znaleziono. - Hans i te jego wnioski.
- Ale dlaczego nie ma wiarygodnego alibi? - wtrącił się jeden z trzech młodszych strażników.
- Jeśli słuchaliście uważnie to wiedzie, że od wyjścia z sali bankietowej do spotkania uczniów podejrzana...
- Podejrzana? - przerwałam mu, bo szczerze minie rozbawił. Croft spiorunował mnie spojrzeniem i kontynuował.
- A więc, podejrzana przebywała wtedy w towarzystwie strażnika Belikova. To nie jest wiarygodne alibi.
- Dlaczego?
- Miller masz gorszy dzień czy z natury jesteś taki tępy?
- Hans - Eddie zabrał głos pierwszy raz od rozpoczęcia przesłuchania - to był komentarz w...
- Moim stylu. - dokończyłam i przybiliśmy piątkę. Na twarze trójki młodych "praktykantów", a nawet królowej wypłynął uśmiech. Oczywiście moja przyjaciółka próbowała to ukryć, bo ODE* nie dopuszcza takiego zachowania. Są tam zasady zachowania których powinno się przestrzegać. W osiemset-stronowym tomisku znalazły się zasady - dla wszystkich grup społecznych - które wypada przestrzegać na Dworze. Jest rozdział dla samej królowej bądź króla, strażników: królewskich i pozostałych, dla rodzin królewskich i tak dalej... Oczywiście ja łamie większość z tych zasad.
- Dobra młodzi, zbieramy się! Trzeba jeszcze przesłuchać dzieciaki z akademii.
- Hey, strażniku Croft! - zawołałam zanim wyszli ze stołówki. Hans obrócił się zirytowany. - Powodzenia!
- Co ja bym dał żeby zostać i zobaczyć miny nauczycieli, gdy im przygadasz albo coś wykombinujesz, Hathaway. - Eddie uśmiechnął się zapewne na wspomnienie jeszcze czasów Akademii.
- Będzie się działo, Castilie. - chłopak przytulił nas obie przelotnie.
- Narka, dziewczyny. - rzucił na odchodne.
- Cześć. - odpowiedziałyśmy razem. W pokoju okazało się, że jest w pół do trzeciej rano i mam piętnaście nieodebranych połączeń od Dymitra. No pięknie. Nie dość, że sobie nie pośpię to jeszcze czekam nie długa rozmowa...
------------------
*ODE - Oficjalna Dworska Etykieta
Przepraszam, że rozdział pojawia się dopiero teraz ale leń mnie dopadł...
Jak zwykle liczę na komy. ;)
Autorka
sobota, 11 lipca 2015
Rozdział 8
Gdy tylko przekroczyłyśmy próg Lehight wzięli nas na pogadankę do dyrektorki.
- Proszę. - usłyszałyśmy dźwięczny kobiecy głos. Lisa otworzyła drzwi. Za biurkiem siedziała morojka może po czterdziestce, włosy miała spięte w koka i standardowo okulary na nosie. Wstała na nasz widok.
- Pani dyrektor Williams. - przywitała się Lisa.
- Wasza wysokość. - skłoniła się lekko. - Proszę siadać.
- Nie tak oficjalnie, w końcu będę normalną uczennicą.
- Oczywiście. - Obie usiadły, a ja stanęłam pod ścianą. Przejrzałam całe pomieszczenie. Trzy okna, z przyciemnianymi szybami, specjalnie wzmocnionymi. Jedne drzwi z możliwością zabarykadowania od środka. Sekretne przejście w biblioteczce prowadzące do karmicieli i do bunkru pod ziemią potrafiącego pomieścić 700 osób, dodatkowo zabezpieczonego hasłem, o drzwiach i ścianach grubości metra. Idealna kryjówka podczas ataku strzyg. Dodatkowo cały obiekt jest zabezpieczony magicznymi osłonami.
- Nie usiądziesz? - słowa tym razem były skierowane do mnie.
- Jestem na służbie.
- Skoro tak. - morojka wzruszyła ramionami.- Pokój jest na 2 piętrze, ma mały balkon. Na każdym korytarzu kręci się jeden z ochroniarzy. A informacje o wyjściach ewakuacyjnych, zostały przekazane jak mniemam.
- Tak wszystko wiemy. - przytaknęła Lissa.
- A więc ostatnią rzeczą jest plan lekcji. Pory posiłków zostały wypisane. Więc z mojej strony to wszystko. - przekazał mojej przyjaciółce plik kartek.
- My także dziękujemy.
- Dorothe zaprowadzi was do pokoju. - wyszłyśmy z gabinetu, a ja odetchnęłam z ulgą.
- Już bardziej lubiłam Kirową.
- Tak bo od podstawówki lądowałaś u niej na dywaniku. - zaśmiała się królowa.
- Przynajmniej coś się działo.
- A tak w ogóle wzięłaś jakieś sukienki?
- Niby po co?
- No wiesz. Jakieś imprezki studenckie.
- I teraz mi jeszcze powiedz, że masz zamiar na nie chodzić.
- Mam.
- Liss! To nie sprawiedliwe! Nawet pączu, który jest niczym w porównaniu z Russian vodko'm, nie będę się mogła napić.
- Poćwiczysz śliną wole.
- Hahaha bardzo śmieszne. - poszłyśmy po nasze walizki, a potem do dortium. Dorote była człowiekiem, starszą babcią, ale wciąż emanowała energią. Gdy miał nas jakiś chłopak, kazała mu wziąć nasze bagaże.
- Chodź tu chłopcze. - powiedziała to tonem nieznoszącym sprzeciwu, ale nadal z uśmiechem na twarzy. Tamten nawet nie śmiał protestować.
- Tak?
- Weź dziewczynką po jednej walizce. Niech się nie przemęczają.
- Oczywiście.
- I masz tu klucz. Pokój 940. Drugie piętro.
- Tak jest. Pozwolicie? - zwrócił się do nas.
- Oczywiście. - odpowiedziałyśmy razem. I oddałyśmy mu po jednej torbie. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na jego wygląd. Czarna czupryna, niebieskie oczy z 1,80 wzrostu. Wsiedliśmy do windy, chłopak wcisnął 2.
- Tak w ogóle jestem Josh.
- Rose. - podałam mu rękę, a moja przyjaciółka powtórzyła ten gest.
- Lissa.
- Jest dzisiaj wieczorem impreza, na powitanie nowych. Wybierzecie się? - popatrzyłam na Wasylisę.
- Zobaczymy jak z rozpakowywaniem. - Ping. Winda się zatrzymała, a my udałyśmy się za naszym przewodnikiem. Trzeba było skręcić w prawo, potem w lewo. Piąte drzwi miały numer 940.
- Dzięki. - odezwałyśmy się w tym samym momencie.
- Za pomoc. - dokończyła moja przyjaciółka.
- Nie ma sprawy. Wpadnę po was wieczorem. Cześć. - wyszedł i zamknął drzwi.
- No to czas się rozpakować.- rzuciłam do przyjaciółki i wzięłyśmy się do roboty.
Lissa poszła spać zmęczona całym dniem. A ja jeszcze sprawdziłam swoją pocztę na służbowym laptopie który dostałam. Wszystkie rozkazy miały przychodzić w wersji elektronicznej. Miałam jedną nieprzeczytaną wiadomość.
"Zadzwoń, jak znajdziesz chwilkę.
Kocham Cię, D."
Wyszczerzyłam się do ekranu*. Przewidział pewnie, że nie spojrzę na telefon. Jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam, na dworze przeważnie posługujemy się krótkofalówkami. Wyłączyłam komputer i wybrałam numer Belikova. Odebrał po trzecim sygnale.
- Nie przeszkadzam? Masz czas pogadać?
- Dla ciebie zawsze, Roza. Rozpakowane?
- Po części. Lissa już śpi.
- Poznałyście już kogoś?
- Tak... - przerwał mi krzyk dobiegający z korytarza.
- Rose?
- Chwila. - wyjrzałam przez drzwi, kolek położyłam na półce w zasięgu ręki. Jakaś dziewczyna stała na środku korytarza cała mokra. Za chwile zobaczyłam wybiegających chłopaków z za zakrętu.
- Aaaa! - coś lodowatego i mokrego trafiło we mnie. Obróciłam się i stanęłam na przeciw Josh'a. Trzymał w ręce worek napełniony wodą.
- Rose?! - odezwał się zaniepokojony głos w słuchawce.
- Wszystko ok. Oddzwonię. - rozłączyłam się i schowałam telefon. Na całym korytarzu chłopcy gonili za dziewczynami, rzucając w nie balonami z wodą. Lodowatą wodą. - Nie waż się. - ostrzegłam go i cofnęłam się o krok. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Padłam na ziemie i przeturlałam się kawałek. Ktoś za mną krzyknął. Podniosłam się i zobaczyłam wysoką dziewczynę całą mokrą. Jej błąd włosy przykleiły się do twarzy.
- Josh! - wykrzyknęła Liss, a ja zaczęłam się z niej śmiać i jakby za kare też dostałam od kogoś w plecy. Za Josh'em na środku korytarza stał jeden z trzech koszy z balonami z wodą. Niewiele myśląc popchnęłam bruneta. Wpadł do środka czemu towarzyszył huk kilkudziesięciu pękających na raz balonów.
- Uciekać!!! - wrzasnął ktoś. Na końcu korytarza zauważyłam dyrkę. Chwyciłam Lissę z rękę i wciągnęłam do pokoju zamykając za nami drzwi na klucz.
- Co to było? - spytała królowa próbując pohamować śmiech.
- Zielona noc. - roześmiała się na dobre, a jej zawtórowałam.
- Biedny Josh. - odparła po chwili Wasylisa. - Pewnie mu się dostanie.
- Będzie mieć za swoje.
- Rose.
- Okej sprawdzę co z nim. - wyjrzałam przez drzwi i to co zobaczyłam szczerze mnie ubawiło. Jo stał ze wzrokiem wbitym w ziemie i przyjmował reprymendy dyrektorki, która obróciła się na dźwięk otwieranych drzwi.
- Kogo ja widzę. Hathaway. Proszę tu podejść. - zamknęłam drzwi i podeszłam do niej. Odebrałam współczujące spojrzenie od Vetz'a. - Widzę, że chętnie pomożesz koledze sprzątać korytarz.
- Dobrze się pani czuje? - wskazałam na korytarz. Balony były nawet na suficie. - Zejdzie nam do rana. Nie ma pani ludzi od tego? A może po prostu nie chce się pani ruszyć tyłka i ich zawołać? - nie odezwała się tylko posłała mi groźne spojrzenie. Stałam z niewzruszona z założonymi rękami. W końcu morojka się odezwała.
- Twoje papiery nie kłamią. Jesteś zarozumiała i bezczelna...
- Dzika, niebezpieczna, wulgarna. Mam dalej wymieniać? - Williams osłupiała. - Nie pani pierwsza mi to mówi.
- Do tego szczera do bólu.
- Mam to po ojcu.
- Macie to posprzątać do jutra. Nie obchodzi mnie jak to zrobicie! - babce puściły nerwy. - Nie wiem jak Ellen wytrzymała z tobą. - wpatrywała się we mnie ze złością, odwróciła się i poszła w swoją stronę. Zanim zniknęła mi z oczu było słychać jej zrozpaczony głos. - Boże nie wytrzyma z tą dziewczyną.
- Wow. To było mocne. - powiedział Jo gdy odzyskał głos. Wpatrywał się we mnie ze zdziwieniem. - Jakim cudem jeszcze tu stoisz?
- Robiła w życiu gorsze rzeczy. Nagadanie dyrektorowi to dla mnie nic.
- Co się stało pani Amandzie? - podszedł do nas człowiek, miał około 50 lat i był ubrany w zielone spodnie robocze. Tutejszy woźny. Trzymał miotłę i worek na śmieci. - Nigdy nie widziałem żeby była tak wyprowadzona z równowagi. Masz coś na swoje usprawiedliwienie chłopcze? Biedna twoja koleżanka musiała cię słuchać. Nieładnie tak się odnosić do dam i przy damach.
- Ale... - chłopak próbował protestować.
- Za kare posprzątasz wszystko sam. - polubiłam gościa nie da sobie w kasze dmuchać. - A ty panienko możesz iść do pokoju. Ja popilnuje tego gagatka.
- Proszę pana... - zaczęłam.
- Poniesie kare, nie martw się o to. A teraz już do pokoju. - polubiłam gościa. Nie da sobie w kasze dmuchać. I do tego zwalnia mnie ze sprzątania. Wycofałam się do drzwi.
- Rose! - usłyszałam zanim je zamknęłam.
- Tak?
- Nie zostawiaj mnie. - poprosił Josh błagalnym tonem. - Au!
- Cicho tam! - woźny przywalił mu miotłą.
- Masz za swoje. - puściłam mu oczko i zostawiłam go z 'sympatycznym dziadkiem'. Czeka go ciężka noc.
------------------
* Tak wyglądam gdy czytam wasze komentarze lub pisze rozdziały. Koleżanka w szkole zawsze do mnie "Co ty się szczerzysz tak do tego telefonu?" lub "Nie szczerz się tak do tej komórki" (Zuzia xD)
A tak już na poważnie to UWIELBIAM was za te wszystkie komentarze.
Autorka
- Proszę. - usłyszałyśmy dźwięczny kobiecy głos. Lisa otworzyła drzwi. Za biurkiem siedziała morojka może po czterdziestce, włosy miała spięte w koka i standardowo okulary na nosie. Wstała na nasz widok.
- Pani dyrektor Williams. - przywitała się Lisa.
- Wasza wysokość. - skłoniła się lekko. - Proszę siadać.
- Nie tak oficjalnie, w końcu będę normalną uczennicą.
- Oczywiście. - Obie usiadły, a ja stanęłam pod ścianą. Przejrzałam całe pomieszczenie. Trzy okna, z przyciemnianymi szybami, specjalnie wzmocnionymi. Jedne drzwi z możliwością zabarykadowania od środka. Sekretne przejście w biblioteczce prowadzące do karmicieli i do bunkru pod ziemią potrafiącego pomieścić 700 osób, dodatkowo zabezpieczonego hasłem, o drzwiach i ścianach grubości metra. Idealna kryjówka podczas ataku strzyg. Dodatkowo cały obiekt jest zabezpieczony magicznymi osłonami.
- Nie usiądziesz? - słowa tym razem były skierowane do mnie.
- Jestem na służbie.
- Skoro tak. - morojka wzruszyła ramionami.- Pokój jest na 2 piętrze, ma mały balkon. Na każdym korytarzu kręci się jeden z ochroniarzy. A informacje o wyjściach ewakuacyjnych, zostały przekazane jak mniemam.
- Tak wszystko wiemy. - przytaknęła Lissa.
- A więc ostatnią rzeczą jest plan lekcji. Pory posiłków zostały wypisane. Więc z mojej strony to wszystko. - przekazał mojej przyjaciółce plik kartek.
- My także dziękujemy.
- Dorothe zaprowadzi was do pokoju. - wyszłyśmy z gabinetu, a ja odetchnęłam z ulgą.
- Już bardziej lubiłam Kirową.
- Tak bo od podstawówki lądowałaś u niej na dywaniku. - zaśmiała się królowa.
- Przynajmniej coś się działo.
- A tak w ogóle wzięłaś jakieś sukienki?
- Niby po co?
- No wiesz. Jakieś imprezki studenckie.
- I teraz mi jeszcze powiedz, że masz zamiar na nie chodzić.
- Mam.
- Liss! To nie sprawiedliwe! Nawet pączu, który jest niczym w porównaniu z Russian vodko'm, nie będę się mogła napić.
- Poćwiczysz śliną wole.
- Hahaha bardzo śmieszne. - poszłyśmy po nasze walizki, a potem do dortium. Dorote była człowiekiem, starszą babcią, ale wciąż emanowała energią. Gdy miał nas jakiś chłopak, kazała mu wziąć nasze bagaże.
- Chodź tu chłopcze. - powiedziała to tonem nieznoszącym sprzeciwu, ale nadal z uśmiechem na twarzy. Tamten nawet nie śmiał protestować.
- Tak?
- Weź dziewczynką po jednej walizce. Niech się nie przemęczają.
- Oczywiście.
- I masz tu klucz. Pokój 940. Drugie piętro.
- Tak jest. Pozwolicie? - zwrócił się do nas.
- Oczywiście. - odpowiedziałyśmy razem. I oddałyśmy mu po jednej torbie. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na jego wygląd. Czarna czupryna, niebieskie oczy z 1,80 wzrostu. Wsiedliśmy do windy, chłopak wcisnął 2.
- Tak w ogóle jestem Josh.
- Rose. - podałam mu rękę, a moja przyjaciółka powtórzyła ten gest.
- Lissa.
- Jest dzisiaj wieczorem impreza, na powitanie nowych. Wybierzecie się? - popatrzyłam na Wasylisę.
- Zobaczymy jak z rozpakowywaniem. - Ping. Winda się zatrzymała, a my udałyśmy się za naszym przewodnikiem. Trzeba było skręcić w prawo, potem w lewo. Piąte drzwi miały numer 940.
- Dzięki. - odezwałyśmy się w tym samym momencie.
- Za pomoc. - dokończyła moja przyjaciółka.
- Nie ma sprawy. Wpadnę po was wieczorem. Cześć. - wyszedł i zamknął drzwi.
- No to czas się rozpakować.- rzuciłam do przyjaciółki i wzięłyśmy się do roboty.
Lissa poszła spać zmęczona całym dniem. A ja jeszcze sprawdziłam swoją pocztę na służbowym laptopie który dostałam. Wszystkie rozkazy miały przychodzić w wersji elektronicznej. Miałam jedną nieprzeczytaną wiadomość.
"Zadzwoń, jak znajdziesz chwilkę.
Kocham Cię, D."
Wyszczerzyłam się do ekranu*. Przewidział pewnie, że nie spojrzę na telefon. Jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam, na dworze przeważnie posługujemy się krótkofalówkami. Wyłączyłam komputer i wybrałam numer Belikova. Odebrał po trzecim sygnale.
- Nie przeszkadzam? Masz czas pogadać?
- Dla ciebie zawsze, Roza. Rozpakowane?
- Po części. Lissa już śpi.
- Poznałyście już kogoś?
- Tak... - przerwał mi krzyk dobiegający z korytarza.
- Rose?
- Chwila. - wyjrzałam przez drzwi, kolek położyłam na półce w zasięgu ręki. Jakaś dziewczyna stała na środku korytarza cała mokra. Za chwile zobaczyłam wybiegających chłopaków z za zakrętu.
- Aaaa! - coś lodowatego i mokrego trafiło we mnie. Obróciłam się i stanęłam na przeciw Josh'a. Trzymał w ręce worek napełniony wodą.
- Rose?! - odezwał się zaniepokojony głos w słuchawce.
- Wszystko ok. Oddzwonię. - rozłączyłam się i schowałam telefon. Na całym korytarzu chłopcy gonili za dziewczynami, rzucając w nie balonami z wodą. Lodowatą wodą. - Nie waż się. - ostrzegłam go i cofnęłam się o krok. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Padłam na ziemie i przeturlałam się kawałek. Ktoś za mną krzyknął. Podniosłam się i zobaczyłam wysoką dziewczynę całą mokrą. Jej błąd włosy przykleiły się do twarzy.
- Josh! - wykrzyknęła Liss, a ja zaczęłam się z niej śmiać i jakby za kare też dostałam od kogoś w plecy. Za Josh'em na środku korytarza stał jeden z trzech koszy z balonami z wodą. Niewiele myśląc popchnęłam bruneta. Wpadł do środka czemu towarzyszył huk kilkudziesięciu pękających na raz balonów.
- Uciekać!!! - wrzasnął ktoś. Na końcu korytarza zauważyłam dyrkę. Chwyciłam Lissę z rękę i wciągnęłam do pokoju zamykając za nami drzwi na klucz.
- Co to było? - spytała królowa próbując pohamować śmiech.
- Zielona noc. - roześmiała się na dobre, a jej zawtórowałam.
- Biedny Josh. - odparła po chwili Wasylisa. - Pewnie mu się dostanie.
- Będzie mieć za swoje.
- Rose.
- Okej sprawdzę co z nim. - wyjrzałam przez drzwi i to co zobaczyłam szczerze mnie ubawiło. Jo stał ze wzrokiem wbitym w ziemie i przyjmował reprymendy dyrektorki, która obróciła się na dźwięk otwieranych drzwi.
- Kogo ja widzę. Hathaway. Proszę tu podejść. - zamknęłam drzwi i podeszłam do niej. Odebrałam współczujące spojrzenie od Vetz'a. - Widzę, że chętnie pomożesz koledze sprzątać korytarz.
- Dobrze się pani czuje? - wskazałam na korytarz. Balony były nawet na suficie. - Zejdzie nam do rana. Nie ma pani ludzi od tego? A może po prostu nie chce się pani ruszyć tyłka i ich zawołać? - nie odezwała się tylko posłała mi groźne spojrzenie. Stałam z niewzruszona z założonymi rękami. W końcu morojka się odezwała.
- Twoje papiery nie kłamią. Jesteś zarozumiała i bezczelna...
- Dzika, niebezpieczna, wulgarna. Mam dalej wymieniać? - Williams osłupiała. - Nie pani pierwsza mi to mówi.
- Do tego szczera do bólu.
- Mam to po ojcu.
- Macie to posprzątać do jutra. Nie obchodzi mnie jak to zrobicie! - babce puściły nerwy. - Nie wiem jak Ellen wytrzymała z tobą. - wpatrywała się we mnie ze złością, odwróciła się i poszła w swoją stronę. Zanim zniknęła mi z oczu było słychać jej zrozpaczony głos. - Boże nie wytrzyma z tą dziewczyną.
- Wow. To było mocne. - powiedział Jo gdy odzyskał głos. Wpatrywał się we mnie ze zdziwieniem. - Jakim cudem jeszcze tu stoisz?
- Robiła w życiu gorsze rzeczy. Nagadanie dyrektorowi to dla mnie nic.
- Co się stało pani Amandzie? - podszedł do nas człowiek, miał około 50 lat i był ubrany w zielone spodnie robocze. Tutejszy woźny. Trzymał miotłę i worek na śmieci. - Nigdy nie widziałem żeby była tak wyprowadzona z równowagi. Masz coś na swoje usprawiedliwienie chłopcze? Biedna twoja koleżanka musiała cię słuchać. Nieładnie tak się odnosić do dam i przy damach.
- Ale... - chłopak próbował protestować.
- Za kare posprzątasz wszystko sam. - polubiłam gościa nie da sobie w kasze dmuchać. - A ty panienko możesz iść do pokoju. Ja popilnuje tego gagatka.
- Proszę pana... - zaczęłam.
- Poniesie kare, nie martw się o to. A teraz już do pokoju. - polubiłam gościa. Nie da sobie w kasze dmuchać. I do tego zwalnia mnie ze sprzątania. Wycofałam się do drzwi.
- Rose! - usłyszałam zanim je zamknęłam.
- Tak?
- Nie zostawiaj mnie. - poprosił Josh błagalnym tonem. - Au!
- Cicho tam! - woźny przywalił mu miotłą.
- Masz za swoje. - puściłam mu oczko i zostawiłam go z 'sympatycznym dziadkiem'. Czeka go ciężka noc.
------------------
* Tak wyglądam gdy czytam wasze komentarze lub pisze rozdziały. Koleżanka w szkole zawsze do mnie "Co ty się szczerzysz tak do tego telefonu?" lub "Nie szczerz się tak do tej komórki" (Zuzia xD)
A tak już na poważnie to UWIELBIAM was za te wszystkie komentarze.
Autorka
wtorek, 7 lipca 2015
Rozdział 7
Dochodziliśmy właśnie do biura królowej, gdy usłyszałam, że ktoś mnie woła.
- Rose! - odwróciliśmy się oboje.
- Co się stało Eddie?
- Nie ma czasu. Chodźcie. - puścił się pędem w stronę z której przybiegł. Popatrzyliśmy się po sobie z Dymitrem i ruszyliśmy za nim. Dhampir zatrzymał się dopiero w skrzydle szpitalnym. Przed jedną z sali siedzieli rodzice Adriana. Nikt się nie odezwał.
- Ktoś mi wyjaśni o co tu chodzi? - domagał się Belikov.
Moroje dopiero teraz zwrócili na nas uwagę. Nathan milczał, a...
- Co ty tu robisz? - wysyczała Daniela. Nie wiedziałam, że ją wypuścili. - Czemu jeszcze nikt cię nie zamknął?
- Mnie? To ty powinnaś siedzieć, o ile się nie mylę.
- Rose. - upomniał mnie Dymitr.
- Wszystko przez ciebie. To przez ciebie Adrian cierpi. - myślałam, że chodzi jej o mój były związek z jej synem.
- Znalazła się nagle troskliwa mamusia.
- Ja zawsze troszczyłam się o mojego syna! - krzyknęła rozpaczliwie, zdawało się że stłumi szloch.
- Czy ktoś raczy nam wyjaśnić o co tu chodzi? - w głosie Rosjanina dało się wyłapać cień zniecierpliwienia. W końcu odezwał się Nathan.
- Wczoraj jakaś młoda morojka znalazła Adriana w jego mieszkaniu. Był pobity i nie przytomny, w bardzo ciężkim stanie trafił do klinki. Pół godziny temu obudził się na chwilę i powiedział jedno słowo: Rose. W jego oczach był taki strach... - przerwał przełykając ślinę - Lekarze od razu zaczęli go badać, ale ponownie stracił przytomność, jego stan jest stabilny.
- To wszystko przez ciebie. - powiedziała morojka po jej policzkach spływały łzy. Przed chwilą się powstrzymałam, ale togo już za wiele. Nie będzie mnie bezpodstawnie oskarżać.
- Od przedwczoraj byłam w akademii, mam ponad stu świadków którzy to potwierdzą. Nie wiem co sobie ubzdurałam w swoim móżdżku, ale oskarżanie mnie jest bezpodstawne! Nie masz nawet dowodów. Obwiniasz mnie na podstawie majak w połowie szalonego człowieka. Mógł mieć jakieś sny erotyczne i dlatego wymówił moje imię. - zauważyłam kontem oka, że Dymitr skrzywił się na te słowa. - Powodów może byś tysiąc!
- Co się tu dzieje? - spytał jakiś głos, gdyby nie on dalej darłabym się na Daniele. Lisa stanęła koło nas, przyboku z Christianem, za nimi szło dwóch strażników. Belikov chciał odpowiedzieć, ale królowa powstrzymała go. - Nathanie, Danielo? Raczycie mi to wyjaśnić? O co dokładniej chodzi z Adrianem? - jej ton był stanowczy. Nie znoszący sprzeciwu, domagający się odpowiedzi. Nathan chciał to wyjaśnić, ale zanim się odezwał, wtrąciła morojka.
- Pobiła Adriana i zostawiła go bez pomocy. Wcześniej ledwo utrzymali go przy życiu. - mówiła cicho i lekko niewyraźnie. Ale następne słowa które popłynęły z jej ust był wypowiedziane bardzo dosadnie. - Wasza wysokość domagam się żeby zamknąć to dziewuchę. Ona ma jakieś zapędy mordercze. - w tym momencie byłam gotowa jej rozkwasić ten nosek. - Nie wiadomo czy z morderstwem Tatiany, nie miała czegoś wspólnego, bo przecież Tasza sama by tego nie zaplanowała... - nie wytrzymałam i rzuciłam się na nią. Dymitr zareagował błyskawicznie, nie rozważyłam takiej możliwości i już po chwili unieruchomił mnie. Moje próby wyrwania się nic nie dały. Zaczął mnie prowadzić do wyjścia ze szpitala.
- Widzicie to wariatka! Przed niczym się nie cofnie! - usłyszałam krzyk Danieli zanim skręciliśmy do bocznego wyjścia. Przylegało ono do jednego z tutejszych parków. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nami Belikov mnie puścił.
- Co za szmata! Jak mogła coś takiego powiedzieć. - zaczęłam chodzić w kółko. Pięści miała zaciśnięte.
- Rose. Hej, Rose. Uspokój się.
- Jak mam się uspokoić? Nie chce znów trafić do tej chrzanionej klatki. - Dymitr podszedł do mnie, chwycił mnie za ramiona. Uspokoiłam się trochę pod jego dotykiem. Popatrzył mi głęboko w oczy i moja wcześniejsza złości odleciała daleko z tond.
- Roza, nie pozwolę na to żebyś trafiła tam po raz drugi. - wiem, że jeśli to powiedział to dotrzyma słowa, wyłapałam też nutkę smutku i poczucia winy. Pewnie dlatego, że wcześniej pozwolił mi tam wylądować. Jeśli jeszcze raz znalazła bym się w takiej sytuacji postąpiła bym dokładnie tak samo. Zniosę więzienie jeżeli tym zapewnię mu bezpieczeństwo. Cholerne klatki. - poza tym oskarżenia Iwaszkovów są bezpodstawne, więc nic takiego się nie stanie. - zaśmiałam się.m- A tobie co tak wesoło?
- Przypomniałam sobie co powiedziałam Danieli o snach Adriana. - Belikov znów się skrzywił. - Wtedy zrobiłeś identyczną minę. Chyba zacznę nosić przy sobie aparat bo te miny są bezcenne... - zamknął mi usta pocałunkiem. Tak może mnie uciszać. Uwielbiałam to uczucie jego warg na moich. Jego dłoni błądzących po moim ciele jakby chciał zapamiętać każdy detal. Dłoni które potrafią chronić i zabić, a z drugiej strony być tak delikatne, przynosić ukojenie. Wsunął mi dłonie pod koszule. Były ciepłe co skontrastowało z moim chłodnym ciałem. Zadrżałam lekko. I chodź go nie widziałam wiedziała, że się uśmiechnął pod nosem. Staliśmy tak jeszcze chwile, tą cudowną chwile. W tym samym momencie uświadomiliśmy sobie, że za długo nas nie ma. Wróciliśmy do strażniczej postawy. No dobra ja wróciłam, jeśli w ogóle w moim przypadku istnieje "postawa strażniczki". Nigdy nie umiałam dorównać Dymitrowi, nie potrafię się tak dobrze kontrolować.
- Wieczorem mi nie uciekniesz. - szepnął mi do ucha ten aksamitny głos. A potem znów wrócił ten poważny, opanowany mój dawny mentor. Skupiony na służbie. Kiedyś na początku - było to chyba w samolocie, którym wracałyśmy z Liss do akademii - odniosłam takie chwilowe wrażenie, że nic po za służbą nie ma dla niego znaczenia, jednak tak szybko jak ta myśl się pojawiła tak szybko znikła. Pod salą Adriana nadal stali ci sami ludzie. Pierwsza odezwała się Daniela.
- Rose nie będę żądała, żeby cię wsadzi. Ale nie myśl sobie, że wybaczę ci to co zrobiłaś z moim synem. - powiedziała oschle. Chciałam jej odpowiedzieć, że jaj wybaczenie mam głęboko w...książce, ale powstrzymał mnie wzrok Belikova. Oczywiście doskonale wiedział co zamierzałam zrobić.
- Skoro sobie wszystko wyjaśniliśmy to ja wracam do swoich obowiązków. Strażniczko Hathaway, strażniku Belikov? - królowa posłała nam pytające spojrzenie, oboje kiwnęliśmy głowami, nie będziemy brać wolnego tylko dlatego że jakiejś babie pomieszało się w głowie.
- Spakowana? -spytał Christian kiedy szliśmy do biura królowej.
- Co? - odpowiedziałam, odpłynęłam gdzieś myślami i nie bardzo wiedziałam o czym mówi.
- Ziemia do Rose. - pstryknął mi palcami przed oczami. - Lehigh? Za trzy dni? - o kurczę zupełnie o tym zapomniałam. Chris nie idzie na studia co oznacza, że Dymitr też zostaje na dworze. Nie wyobrażam sobie tego. Mam nadzieje, że gołąbeczki będą za sobą równie mocno tęsknić. A kiedy Liss będzie spotykała się z dziwakiem, to ja z Dimką także. Cieszę się, że przynajmniej będę tam mieć laptopa i będziemy sobie mogli pogadać przez Internet.
- Ja? Co ty. Będę się pakować dzień przed. A ty co? Spakowałeś swoją dziewczynę?
- W życiu. Jeszcze bym coś kolorystycznie źle dobrał i co w tedy? - cała nasza trójka wybuchła śmiechem, a Ozera udał przerażenie.
- Tak z pewnością Lisa by cię udusiła.
***
- Rose!- usłyszałam głos Dymitra. - Bo samolot wam ucieknie.
- Już idę. - włożyłam parę trampek do walizki dopięłam ją i wyszłam. Belikov oczywiście zniósł mi ją po schodach i odholował pod sam samolot. Pożegnaliśmy się długim pocałunkiem.
- Będę cholernie tęsknic, towarzyszu.
- Ja także, Roza. Kocham cię. - musnął lekko moje usta swoimi.
- Ja ciebie też. - przytuliłam się od niego na krótko i popędziłam po schodach do samolotu. Wystartowaliśmy i patrzyłam na malejące postacie w dole i cały dwór który po chwili zostawiłyśmy za plecami.
- Witajcie studia. - powiedział Lisa z uśmiechem. Będzie to dla niej wielki odpoczynek, od tego ciągłego królowania.
- Wi-taj-cie. - powtórzyłam jak robot i obie wybuchłyśmy śmiechem.
------------------
Wspominałam kiedyś, że was uwielbiam? Komy są po prostu cudne i tak zachęcają do pracy. Nie spodziewał się tak miłych opinii.
Autorka
- Rose! - odwróciliśmy się oboje.
- Co się stało Eddie?
- Nie ma czasu. Chodźcie. - puścił się pędem w stronę z której przybiegł. Popatrzyliśmy się po sobie z Dymitrem i ruszyliśmy za nim. Dhampir zatrzymał się dopiero w skrzydle szpitalnym. Przed jedną z sali siedzieli rodzice Adriana. Nikt się nie odezwał.
- Ktoś mi wyjaśni o co tu chodzi? - domagał się Belikov.
Moroje dopiero teraz zwrócili na nas uwagę. Nathan milczał, a...
- Co ty tu robisz? - wysyczała Daniela. Nie wiedziałam, że ją wypuścili. - Czemu jeszcze nikt cię nie zamknął?
- Mnie? To ty powinnaś siedzieć, o ile się nie mylę.
- Rose. - upomniał mnie Dymitr.
- Wszystko przez ciebie. To przez ciebie Adrian cierpi. - myślałam, że chodzi jej o mój były związek z jej synem.
- Znalazła się nagle troskliwa mamusia.
- Ja zawsze troszczyłam się o mojego syna! - krzyknęła rozpaczliwie, zdawało się że stłumi szloch.
- Czy ktoś raczy nam wyjaśnić o co tu chodzi? - w głosie Rosjanina dało się wyłapać cień zniecierpliwienia. W końcu odezwał się Nathan.
- Wczoraj jakaś młoda morojka znalazła Adriana w jego mieszkaniu. Był pobity i nie przytomny, w bardzo ciężkim stanie trafił do klinki. Pół godziny temu obudził się na chwilę i powiedział jedno słowo: Rose. W jego oczach był taki strach... - przerwał przełykając ślinę - Lekarze od razu zaczęli go badać, ale ponownie stracił przytomność, jego stan jest stabilny.
- To wszystko przez ciebie. - powiedziała morojka po jej policzkach spływały łzy. Przed chwilą się powstrzymałam, ale togo już za wiele. Nie będzie mnie bezpodstawnie oskarżać.
- Od przedwczoraj byłam w akademii, mam ponad stu świadków którzy to potwierdzą. Nie wiem co sobie ubzdurałam w swoim móżdżku, ale oskarżanie mnie jest bezpodstawne! Nie masz nawet dowodów. Obwiniasz mnie na podstawie majak w połowie szalonego człowieka. Mógł mieć jakieś sny erotyczne i dlatego wymówił moje imię. - zauważyłam kontem oka, że Dymitr skrzywił się na te słowa. - Powodów może byś tysiąc!
- Co się tu dzieje? - spytał jakiś głos, gdyby nie on dalej darłabym się na Daniele. Lisa stanęła koło nas, przyboku z Christianem, za nimi szło dwóch strażników. Belikov chciał odpowiedzieć, ale królowa powstrzymała go. - Nathanie, Danielo? Raczycie mi to wyjaśnić? O co dokładniej chodzi z Adrianem? - jej ton był stanowczy. Nie znoszący sprzeciwu, domagający się odpowiedzi. Nathan chciał to wyjaśnić, ale zanim się odezwał, wtrąciła morojka.
- Pobiła Adriana i zostawiła go bez pomocy. Wcześniej ledwo utrzymali go przy życiu. - mówiła cicho i lekko niewyraźnie. Ale następne słowa które popłynęły z jej ust był wypowiedziane bardzo dosadnie. - Wasza wysokość domagam się żeby zamknąć to dziewuchę. Ona ma jakieś zapędy mordercze. - w tym momencie byłam gotowa jej rozkwasić ten nosek. - Nie wiadomo czy z morderstwem Tatiany, nie miała czegoś wspólnego, bo przecież Tasza sama by tego nie zaplanowała... - nie wytrzymałam i rzuciłam się na nią. Dymitr zareagował błyskawicznie, nie rozważyłam takiej możliwości i już po chwili unieruchomił mnie. Moje próby wyrwania się nic nie dały. Zaczął mnie prowadzić do wyjścia ze szpitala.
- Widzicie to wariatka! Przed niczym się nie cofnie! - usłyszałam krzyk Danieli zanim skręciliśmy do bocznego wyjścia. Przylegało ono do jednego z tutejszych parków. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nami Belikov mnie puścił.
- Co za szmata! Jak mogła coś takiego powiedzieć. - zaczęłam chodzić w kółko. Pięści miała zaciśnięte.
- Rose. Hej, Rose. Uspokój się.
- Jak mam się uspokoić? Nie chce znów trafić do tej chrzanionej klatki. - Dymitr podszedł do mnie, chwycił mnie za ramiona. Uspokoiłam się trochę pod jego dotykiem. Popatrzył mi głęboko w oczy i moja wcześniejsza złości odleciała daleko z tond.
- Roza, nie pozwolę na to żebyś trafiła tam po raz drugi. - wiem, że jeśli to powiedział to dotrzyma słowa, wyłapałam też nutkę smutku i poczucia winy. Pewnie dlatego, że wcześniej pozwolił mi tam wylądować. Jeśli jeszcze raz znalazła bym się w takiej sytuacji postąpiła bym dokładnie tak samo. Zniosę więzienie jeżeli tym zapewnię mu bezpieczeństwo. Cholerne klatki. - poza tym oskarżenia Iwaszkovów są bezpodstawne, więc nic takiego się nie stanie. - zaśmiałam się.m- A tobie co tak wesoło?
- Przypomniałam sobie co powiedziałam Danieli o snach Adriana. - Belikov znów się skrzywił. - Wtedy zrobiłeś identyczną minę. Chyba zacznę nosić przy sobie aparat bo te miny są bezcenne... - zamknął mi usta pocałunkiem. Tak może mnie uciszać. Uwielbiałam to uczucie jego warg na moich. Jego dłoni błądzących po moim ciele jakby chciał zapamiętać każdy detal. Dłoni które potrafią chronić i zabić, a z drugiej strony być tak delikatne, przynosić ukojenie. Wsunął mi dłonie pod koszule. Były ciepłe co skontrastowało z moim chłodnym ciałem. Zadrżałam lekko. I chodź go nie widziałam wiedziała, że się uśmiechnął pod nosem. Staliśmy tak jeszcze chwile, tą cudowną chwile. W tym samym momencie uświadomiliśmy sobie, że za długo nas nie ma. Wróciliśmy do strażniczej postawy. No dobra ja wróciłam, jeśli w ogóle w moim przypadku istnieje "postawa strażniczki". Nigdy nie umiałam dorównać Dymitrowi, nie potrafię się tak dobrze kontrolować.
- Wieczorem mi nie uciekniesz. - szepnął mi do ucha ten aksamitny głos. A potem znów wrócił ten poważny, opanowany mój dawny mentor. Skupiony na służbie. Kiedyś na początku - było to chyba w samolocie, którym wracałyśmy z Liss do akademii - odniosłam takie chwilowe wrażenie, że nic po za służbą nie ma dla niego znaczenia, jednak tak szybko jak ta myśl się pojawiła tak szybko znikła. Pod salą Adriana nadal stali ci sami ludzie. Pierwsza odezwała się Daniela.
- Rose nie będę żądała, żeby cię wsadzi. Ale nie myśl sobie, że wybaczę ci to co zrobiłaś z moim synem. - powiedziała oschle. Chciałam jej odpowiedzieć, że jaj wybaczenie mam głęboko w...książce, ale powstrzymał mnie wzrok Belikova. Oczywiście doskonale wiedział co zamierzałam zrobić.
- Skoro sobie wszystko wyjaśniliśmy to ja wracam do swoich obowiązków. Strażniczko Hathaway, strażniku Belikov? - królowa posłała nam pytające spojrzenie, oboje kiwnęliśmy głowami, nie będziemy brać wolnego tylko dlatego że jakiejś babie pomieszało się w głowie.
- Spakowana? -spytał Christian kiedy szliśmy do biura królowej.
- Co? - odpowiedziałam, odpłynęłam gdzieś myślami i nie bardzo wiedziałam o czym mówi.
- Ziemia do Rose. - pstryknął mi palcami przed oczami. - Lehigh? Za trzy dni? - o kurczę zupełnie o tym zapomniałam. Chris nie idzie na studia co oznacza, że Dymitr też zostaje na dworze. Nie wyobrażam sobie tego. Mam nadzieje, że gołąbeczki będą za sobą równie mocno tęsknić. A kiedy Liss będzie spotykała się z dziwakiem, to ja z Dimką także. Cieszę się, że przynajmniej będę tam mieć laptopa i będziemy sobie mogli pogadać przez Internet.
- Ja? Co ty. Będę się pakować dzień przed. A ty co? Spakowałeś swoją dziewczynę?
- W życiu. Jeszcze bym coś kolorystycznie źle dobrał i co w tedy? - cała nasza trójka wybuchła śmiechem, a Ozera udał przerażenie.
- Tak z pewnością Lisa by cię udusiła.
***
- Rose!- usłyszałam głos Dymitra. - Bo samolot wam ucieknie.
- Już idę. - włożyłam parę trampek do walizki dopięłam ją i wyszłam. Belikov oczywiście zniósł mi ją po schodach i odholował pod sam samolot. Pożegnaliśmy się długim pocałunkiem.
- Będę cholernie tęsknic, towarzyszu.
- Ja także, Roza. Kocham cię. - musnął lekko moje usta swoimi.
- Ja ciebie też. - przytuliłam się od niego na krótko i popędziłam po schodach do samolotu. Wystartowaliśmy i patrzyłam na malejące postacie w dole i cały dwór który po chwili zostawiłyśmy za plecami.
- Witajcie studia. - powiedział Lisa z uśmiechem. Będzie to dla niej wielki odpoczynek, od tego ciągłego królowania.
- Wi-taj-cie. - powtórzyłam jak robot i obie wybuchłyśmy śmiechem.
------------------
Wspominałam kiedyś, że was uwielbiam? Komy są po prostu cudne i tak zachęcają do pracy. Nie spodziewał się tak miłych opinii.
Autorka
sobota, 4 lipca 2015
Rozdział 6
- Gdzie ty się podziewałeś cały dzień? - zapytałam Dymitra gdy znalazłam go w samolocie.
- Moja słodka tajemnica. - odpowiedział cwanie się uśmiechając.
- Co ty knujesz?
- Nic.
- Nie powiesz mi? - zrobiłam maślne oczka.
- Rose! Nie patrz tak na mnie. - nie ruszyły mnie jego słowa. - Hej! - zakrył mi oczy dłonią.
- To nieuczciwe towarzyszu.
- I kto to mówi.
- Okej już będę grzeczna.
- Jakoś ci nie wierze. - chciałam dalej się z nim sprzeczać, ale przeszkodziło mi niespodziewane ziewnięcie. - No w ostateczności. - powoli odsunął mi rękę z oczu, upewniając się czy nie oszukuje.
- Więc...- ziewnęłam po raz kolejny i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że jestem wykończona całym dniem.
- Dobra już nic nie gadaj. - Dymitr objął mnie ramieniem, a ja wtuliłam się w niego. - Śpij, kochanie. - pocałował mnie w czoło. Zanim zasnęłam usłyszałam jeszcze ten cudowny głos. "Kocham cię, Roza."
***
Poczułam...wiatr? Chyba ktoś mnie gdzieś niósł. Uchyliłam lekko powieki. Zaczynało świtać. Belikov szedł w stronę naszego mieszkania, zauważył, że nie śpię.
- Przepraszam, Roza. Nie chciałem cię obudzić.
- Mogłeś. - odpowiedziałam cicho. - Mam nogi.
- Nie wątpię.
- Ale... - nie dokończyłam bo moją czaszkę przeszył ból. Dymitr od razu to dostrzegł.
- Co się dzieje? - wtuliłam się w niego mocniej.
- To tylko ból głowy. - odpowiedziałam dopiero po chwili. Zamknęłam oczy jakby w magiczny sposób miało to coś zmienić. Dotarło do mnie jakieś brzęczenie. A potem kliknięcie i trzask. Otworzyłam oczy.
- Hej, możesz mnie postawić towarzyszu.
- Jakbym tego nie wiedział. - odgryzł się, rzadko mu się to zdarzało. Przy innych nigdy, ale przy mnie mógł zdjąć maskę poważnego strażnika. Wszedł do sypialni i położył mnie na łóżku.
- Przyniosę ci coś przeciw bólowego.- Dymitr wyszedł z pokoju i wrócił po chwili z tabletką i szklanką wody. Usiadłam powoli i popiłam lek.
- Dziękuje.
- Śpij nie gadaj. - posłuchałam, co rzadko mi się zdarza i po chwili odpłynęłam.
- Rose.
- Jeszcze chwile...
- Nie ma opcji. Wstajemy. - otworzyłam lekko oczy. Dymitr był już ubrany i gotowy do wyjścia. Zazdroszczę mu bo na służbie obowiązuje go tylko czarna koszula i czarne spodnie, na co zakłada oczywiście swój ukochany prochowiec. Podczas gdy ja musiałam nosić uniform strażników królewskich.
- Już. - zwlokłam się z łóżka, wzięłam czysty komplet ubrań i pół przytomna poszłam do łazienki.
Gdy zeszłam na dół, na stole stało gotowe śniadanie.
- Jak ja to uwielbiam. - na powitanie dostałam słodkiego całusa. To rozumiem. Wzięłam sobie talerzyk z szafki i dosiadłam się do ukochanego.
- Zastanawiam się jak wyglądały wasze śniadania przez te dwa lata poza akademią, bo znając twój talent kulinarny...
- Jadałyśmy na mieście, albo ktoś z naszych współlokatorów gotował. - przerwałam mu, bo zaczął sobie ze mnie żartować.
- To wszystko wyjaśnia. - sprzątnęliśmy ze stołu, Dymitr wziął swój prochowiec i poszliśmy na służbę. Z jego twarzy znikło rozbawienie i pojawiła się strażnicza maska.
###
Obraz znów zaczął migotać i zniknęły ostatnie odcienie zieleni. Znalazłam się z powrotem w małym, ciemnym pomieszczeniu.
- Ach! - krzyknęłam i poderwałam się z krzesła. Miałam dość ciągłego próbowania. Kocie oczy staruszki wpatrywały się we minę, ale nie widziałam w nich złości.
- Spróbujmy inaczej. - głos był równie spokojny jak spojrzenie. - Podaj ręce i skup się na uczuciach.
- Jakich uczuciach? - zapytałam zbita z tropu. Cały dzień miałam się postarać po prostu przedostać do nich. Ale osłony cały czas mi na to nie pozwalały. Zrobiłam przerwę, bo myślałam, że może to pomoże. Niestety. Odbijałam się jak piłka od ściany.
- Na tym co czujesz do nich. I przede wszystkim musisz się uspokoić. - zamknęłam oczy, nabrałam głęboko powietrza żeby się uspokoić. Usiadłam z powrotem i podałam wiedźmie ręce. Tak jak powiedziała skoncentrowałam się na uczuciach. Przede wszystkim na nienawiści. Do niego za to, że wybrał tą smarkule, a do niej, bo w ogóle istniej. Wszystko przez nią gdyby jej w ogóle nie było, gdyby się nie urodziła, wszystko by się ułożyło.
Tak! Udało się. Bez problemu przeniknęłam osłony. Niósł ją na rękach, a ta ździra sobie spała. Widziałam ich aury. Wyglądały jakby były jednością, lśniły przy sobie. Użyłam ducha. Całą moc skupiłam na zadaniu bólu tej szmacie. Obudziła się... Poczułam szarpnięcie i znowu mnie wyrzuciło.
- Jesteś zmęczona. Idź do domu spróbujemy za kilka dni. - ton staruszki był poważny, nieznoszący sprzeciwu. - Kula mówi, że są szczęśliwi. Musisz coś z tym zrobić.
- Jeszcze ich dorwę. To przez nich Tasza nie żyje. Hathaway i Belikov zapłacą za zabicie mi siostry.

------------------
Proszę o kom, czytelnicy. ;)
Autorka
- Moja słodka tajemnica. - odpowiedział cwanie się uśmiechając.
- Co ty knujesz?
- Nic.
- Nie powiesz mi? - zrobiłam maślne oczka.
- Rose! Nie patrz tak na mnie. - nie ruszyły mnie jego słowa. - Hej! - zakrył mi oczy dłonią.
- To nieuczciwe towarzyszu.
- I kto to mówi.
- Okej już będę grzeczna.
- Jakoś ci nie wierze. - chciałam dalej się z nim sprzeczać, ale przeszkodziło mi niespodziewane ziewnięcie. - No w ostateczności. - powoli odsunął mi rękę z oczu, upewniając się czy nie oszukuje.
- Więc...- ziewnęłam po raz kolejny i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że jestem wykończona całym dniem.
- Dobra już nic nie gadaj. - Dymitr objął mnie ramieniem, a ja wtuliłam się w niego. - Śpij, kochanie. - pocałował mnie w czoło. Zanim zasnęłam usłyszałam jeszcze ten cudowny głos. "Kocham cię, Roza."
***
Poczułam...wiatr? Chyba ktoś mnie gdzieś niósł. Uchyliłam lekko powieki. Zaczynało świtać. Belikov szedł w stronę naszego mieszkania, zauważył, że nie śpię.
- Przepraszam, Roza. Nie chciałem cię obudzić.
- Mogłeś. - odpowiedziałam cicho. - Mam nogi.
- Nie wątpię.
- Ale... - nie dokończyłam bo moją czaszkę przeszył ból. Dymitr od razu to dostrzegł.
- Co się dzieje? - wtuliłam się w niego mocniej.
- To tylko ból głowy. - odpowiedziałam dopiero po chwili. Zamknęłam oczy jakby w magiczny sposób miało to coś zmienić. Dotarło do mnie jakieś brzęczenie. A potem kliknięcie i trzask. Otworzyłam oczy.
- Hej, możesz mnie postawić towarzyszu.
- Jakbym tego nie wiedział. - odgryzł się, rzadko mu się to zdarzało. Przy innych nigdy, ale przy mnie mógł zdjąć maskę poważnego strażnika. Wszedł do sypialni i położył mnie na łóżku.
- Przyniosę ci coś przeciw bólowego.- Dymitr wyszedł z pokoju i wrócił po chwili z tabletką i szklanką wody. Usiadłam powoli i popiłam lek.
- Dziękuje.
- Śpij nie gadaj. - posłuchałam, co rzadko mi się zdarza i po chwili odpłynęłam.
- Rose.
- Jeszcze chwile...
- Nie ma opcji. Wstajemy. - otworzyłam lekko oczy. Dymitr był już ubrany i gotowy do wyjścia. Zazdroszczę mu bo na służbie obowiązuje go tylko czarna koszula i czarne spodnie, na co zakłada oczywiście swój ukochany prochowiec. Podczas gdy ja musiałam nosić uniform strażników królewskich.
- Już. - zwlokłam się z łóżka, wzięłam czysty komplet ubrań i pół przytomna poszłam do łazienki.
Gdy zeszłam na dół, na stole stało gotowe śniadanie.
- Jak ja to uwielbiam. - na powitanie dostałam słodkiego całusa. To rozumiem. Wzięłam sobie talerzyk z szafki i dosiadłam się do ukochanego.
- Zastanawiam się jak wyglądały wasze śniadania przez te dwa lata poza akademią, bo znając twój talent kulinarny...
- Jadałyśmy na mieście, albo ktoś z naszych współlokatorów gotował. - przerwałam mu, bo zaczął sobie ze mnie żartować.
- To wszystko wyjaśnia. - sprzątnęliśmy ze stołu, Dymitr wziął swój prochowiec i poszliśmy na służbę. Z jego twarzy znikło rozbawienie i pojawiła się strażnicza maska.
###
Obraz znów zaczął migotać i zniknęły ostatnie odcienie zieleni. Znalazłam się z powrotem w małym, ciemnym pomieszczeniu.
- Ach! - krzyknęłam i poderwałam się z krzesła. Miałam dość ciągłego próbowania. Kocie oczy staruszki wpatrywały się we minę, ale nie widziałam w nich złości.
- Spróbujmy inaczej. - głos był równie spokojny jak spojrzenie. - Podaj ręce i skup się na uczuciach.
- Jakich uczuciach? - zapytałam zbita z tropu. Cały dzień miałam się postarać po prostu przedostać do nich. Ale osłony cały czas mi na to nie pozwalały. Zrobiłam przerwę, bo myślałam, że może to pomoże. Niestety. Odbijałam się jak piłka od ściany.
- Na tym co czujesz do nich. I przede wszystkim musisz się uspokoić. - zamknęłam oczy, nabrałam głęboko powietrza żeby się uspokoić. Usiadłam z powrotem i podałam wiedźmie ręce. Tak jak powiedziała skoncentrowałam się na uczuciach. Przede wszystkim na nienawiści. Do niego za to, że wybrał tą smarkule, a do niej, bo w ogóle istniej. Wszystko przez nią gdyby jej w ogóle nie było, gdyby się nie urodziła, wszystko by się ułożyło.
Tak! Udało się. Bez problemu przeniknęłam osłony. Niósł ją na rękach, a ta ździra sobie spała. Widziałam ich aury. Wyglądały jakby były jednością, lśniły przy sobie. Użyłam ducha. Całą moc skupiłam na zadaniu bólu tej szmacie. Obudziła się... Poczułam szarpnięcie i znowu mnie wyrzuciło.
- Jesteś zmęczona. Idź do domu spróbujemy za kilka dni. - ton staruszki był poważny, nieznoszący sprzeciwu. - Kula mówi, że są szczęśliwi. Musisz coś z tym zrobić.
- Jeszcze ich dorwę. To przez nich Tasza nie żyje. Hathaway i Belikov zapłacą za zabicie mi siostry.

------------------
Proszę o kom, czytelnicy. ;)
Autorka
poniedziałek, 22 czerwca 2015
Anioł
Jest to oddzielne opowiadanie nie związane z pozostałymi na blogu.
------------------
To uczucie pustki, towarzyszące mi przez cały czas. Gdziekolwiek bym nie poszedł. Na całym dworze nie ma miejsca w którym nie było by wspomnień związanych z nią. Wspomnień które tak cholernie bolą...
***
W mieszkaniu jest najgorzej. Wszystko mi ją przypomina. Wspólne wieczory przed telewizorem, urodzinowe imprezy niespodzianki które organizowaliśmy sobie nawzajem, kuchenne eksperymenty...
Od tamtego dnia co noc miewam koszmary, że ktoś znowu mi ją odbiera tym razem na moich oczach, a ja nie mogę nic zrobić...i budzę się z krzykiem. Bezradny... Lecz czasem są to nasze wspólne chwile. I dopóki śpię wszystko jest dobrze, ale potem nadchodzi ta chwila kiedy po raz kolejny uświadamiam sobie, że jej nie ma. Nigdy już nie spojrzę w te cudowne brązowe oczy. Nigdy już nie usłyszę jak zwraca się do mnie "Towarzyszu".
I ten cholerny ból w sercu...
Oddał bym wszystko... wszystko żeby ona tu była. Bo świat i życie bez niej nie mają sensu. Czasami nadchodzą dni gdy najchętniej nie wychodził bym z łóżka, zamknął bym się w moim pokoju, utopił smutki w alkoholu. Może przynosiło by to ulgę na chwile, ale... i wtedy dochodzi do mnie, że ona nigdy by tak nie postąpiła. Była silna. Ja jestem słaby, jestem niczym bez niej.
We wszystkim, w każdym dniu, w każdej chwili z nią było coś cudownego. Kiedy do naszego życia zawitał spokój, na każdym kroku towarzyszyła jej radość. Co prawda nie taka jak za czasów akademii gdy dopiero co się poznaliśmy, ale zawsze tam była. Lecz kiedy sytuacja się zmieniała pokazywała swoją drugą stronę. Wojowniczki. Której nic nie stanie na drodze. Która będzie walczyć w obronie rodziny, przyjaciół, a nawet zwykłych ludzi, którzy sami nie mogą lub nie potrafią się obronić. Chciała rozwiązać wszystkie problemy swoich przyjaciół i robiła to. Zawsze była taka dzielna, dobra i silna, potrafiła znaleźć wyjście z każdej sytuacji. I chociaż zdarzały jej się chwile słabości, nigdy tak naprawdę się nie poddała. Mimo swojego wieku przeszła tak wiele. Może za wiele... Tak długo już jej nie ma. Tyle minęło od... a ja wciąż nie mogę się z tym pogodzić. Tak bardzo mi jej brakuje. Tak bardzo za nią tęsknie... A tęsknota to najgorsza kara jaką można dostać. Zabija od środka. I jeszcze te wspomnienia tak bolą. Dlaczego akurat ona? Czy ja coś zrobiłem? Czy bóg naprawdę jest taki okrutny żeby odbierać sens życia? Ukochaną osobę?
Nie, nie wytrzymam w tych ścianach dłużej. Tylko w jednym miejscu jestem bliżej niej, tym bardziej dzisiaj w rocznice.
***
Szłam przez jakiś las. Był środek ludzkiej nocy. W oddali było widać pełno małych światełek. Płomienie świec. Doszłam do jakiegoś cmentarza. O tej porze spodziewałam się, że będzie pusty, ale już po chwili ujrzałam starszego księdza. Spróbowałam go zawołać, ale nic to nie dało. Postanowiłam za nim iść. Zatrzymał się przy kilkunastu grobach i odebrał telefon od jakiejś zaniepokojonej siostry Eleonory. Jakimś cudem słyszałam wszystko co mówiła, docierały do mnie najcichsze dźwięki. Szłam dalej za księdzem, który wracał na plebanie, na kolacje. Dalej nie miałam pojęcia skąd to wszystko wiem. Lecz w pewnym momencie prałat zawrócił i udał się do jeszcze jednego grobu. Co robił codziennie. Minoł kilka starych drzew które o tej porze, jeszcze do kompletu ze świeczkami tworzyły wręcz magiczny obrazek. Przeszedł przez mały drewniany mostek nad szumiącym cicho strumyczkiem. I coś mi powiedziało, że prawie jest u celu swojej drogi. Nie myliłam się. Już z oddali słyszałam, że ktoś tam był. Miarowy oddech i bicie serca...ale jakoś dziwnie znajome...i wtedy go zobaczyłam.
Dymitr.
Siedział na ławeczce przy jednym z grobów.
- Synu, ty znowu tutaj? Nie ma dnia żebym cię tu nie widział od... - ksiądz próbował sobie coś przypomnieć.
- Od czterech lat. Dzisiaj jest rocznica. - przetarł oczy palcami - To już tyle czasu, tyle czasu jej nie ma...a ja nadal nie umiem się z tym pogodzić.
- Nie możesz się zadręczać, może tak miało być. - te bezcenne rady i motywujące słowa księży. Jak je uwielbiam.
- Czy kiedykolwiek będzie łatwiej? - Belikov nie odrywał wzroku od grobu.
- Kiedyś na pewno, ale już nigdy nie będziesz taki sam.- coś mi to przypomniało. Podeszłam żeby zobaczyć kogo nazwisko jest wypisane na nagrobku i...zmroziło mnie od środka.
Napis głosił: 20 lat. Rosemarie Hathaway.
- Miała by teraz 24 lata. Nawet nie pożyła... - jego głos się łamał.
- Nie wiem co się dzieje po śmierci. Ale wiem, że Anioły istnieją. - starzec starał się ostrożnie dobierać słowa. - Góra przysłała ją do ciebie. Jako anioła stróża. Ona tu jest. - Dymitr podniósł na niego wzrok.
- O czym ksiądz mówi? - w jego oczach można było dostrzec łzy.
- Jestem naznaczony pocałunkiem cienia, widuje duchy i jeśli góra się tego domaga także Anioły. I ona tu jest w postaci anioła. - Rosjanin przez chwile analizował to, aż w końcu się odezwał.
- Powie mi ksiądz jak wygląda? - z jego ust wydobył się szept pełen bólu.
- Możesz ją sam zobaczyć. Tylko ona musi tego chcieć. - starzec kiwnął głową na pożegnanie i odszedł w swoją stronę. Ja? Aniołem? Zagubiona dusza, szukająca pomocy to bym zrozumiała, ale... Anioł? Niebieska istota? I wtedy jakbym sobie coś przypomniała. Wszystko do mnie dotarło. Skupiłam się na obserwowaniu tego co się działo na cmentarzu.
Belikov wpatrywał się w zdjęcie na nagrobku.
- Rose jeśli tu jesteś...proszę pokaż się. - słowa dalej były przepełnione bólem, ale dało się w nich słyszeć także nutkę nadziei.
I wszystko się zmieniło. Przeniosłam się w jakieś białe miejsce. Stałam teraz naprzeciw Dymitra, ponownie patrząc w te ciemne oczy, oczy, które tak bardzo kochałam.* Widziałam w nich mieszaninę uczuć, niedowierzanie, radość, miłość. Rzuciłam się w jego stronę. Złapał mnie w ramiona.
- Roza. Roza. Roza. Moja Roza. - trzymał mnie w żelaznym uścisku. Jakby się bał, że jeśli mnie puści to się rozpłynę.
- Jestem tu, towarzyszu.
- Tak bardzo mi cię brakuje. Nie umiem żyć bez ciebie. - słowa wypowiadał z smutkiem, nawet strachem w głosie.
- Wiem, że jest ci ciężko, ale musisz być silny, musisz to przetrwać. - powiedziałam w jego ramie.
- Bez ciebie nic nie ma sensu. - mówił z takim bólem w głosie. Poczułam, że to tracę. Tą chwile. Zaczęłam wracać. W ostatnich chwilach jakie nam zostały przycisnęłam swoje usta do jego. To było cudowne. Po tak długim czasie...
- Kocham cię i nigdy nie przestane. I pamiętaj jestem z tobą na każdym kroku. - tyle zdążyłam powiedzieć zanim znów znalazłam się na cmentarzu. Widziałam z góry siedzącego Dymitra. Łzy spływały mu po policzkach.
- Ja też cię kocham, Roza. Nigdy o tobie nie zapomnę i jeśli to słyszysz...daj mi jakiś znak. - wypowiadając te słowa popatrzył się w niebo. Nie wiem skąd wiedziałam co robić. Wykonałam lekki ruch ręką liście na grobie ułożyły się w słowa "Jestem towarzyszu. Jestem i zawsze będę przy tobie"
------------------
Miałam poczekać do weekendu żeby wam to wrzucić, ale nie wytrzymałam.
Przepraszam, że nie pojawia się 6 rozdział...postaram się dostarczyć wam go w niedalekiej przyszłości.
Jak zwykle proszę o komy. Wiem, że nie wszyscy to lubią, ale to naprawdę motywuje. (Słowo honoru nie wciskam wam tu jakiegoś kitu. Jeden mały komentarz, a radość na cały dzień.)
Dziękuje tym którzy przeczytali moją długą przemowę.
Autorka.
------------------
To uczucie pustki, towarzyszące mi przez cały czas. Gdziekolwiek bym nie poszedł. Na całym dworze nie ma miejsca w którym nie było by wspomnień związanych z nią. Wspomnień które tak cholernie bolą...
***
W mieszkaniu jest najgorzej. Wszystko mi ją przypomina. Wspólne wieczory przed telewizorem, urodzinowe imprezy niespodzianki które organizowaliśmy sobie nawzajem, kuchenne eksperymenty...
Od tamtego dnia co noc miewam koszmary, że ktoś znowu mi ją odbiera tym razem na moich oczach, a ja nie mogę nic zrobić...i budzę się z krzykiem. Bezradny... Lecz czasem są to nasze wspólne chwile. I dopóki śpię wszystko jest dobrze, ale potem nadchodzi ta chwila kiedy po raz kolejny uświadamiam sobie, że jej nie ma. Nigdy już nie spojrzę w te cudowne brązowe oczy. Nigdy już nie usłyszę jak zwraca się do mnie "Towarzyszu".
I ten cholerny ból w sercu...
Oddał bym wszystko... wszystko żeby ona tu była. Bo świat i życie bez niej nie mają sensu. Czasami nadchodzą dni gdy najchętniej nie wychodził bym z łóżka, zamknął bym się w moim pokoju, utopił smutki w alkoholu. Może przynosiło by to ulgę na chwile, ale... i wtedy dochodzi do mnie, że ona nigdy by tak nie postąpiła. Była silna. Ja jestem słaby, jestem niczym bez niej.
We wszystkim, w każdym dniu, w każdej chwili z nią było coś cudownego. Kiedy do naszego życia zawitał spokój, na każdym kroku towarzyszyła jej radość. Co prawda nie taka jak za czasów akademii gdy dopiero co się poznaliśmy, ale zawsze tam była. Lecz kiedy sytuacja się zmieniała pokazywała swoją drugą stronę. Wojowniczki. Której nic nie stanie na drodze. Która będzie walczyć w obronie rodziny, przyjaciół, a nawet zwykłych ludzi, którzy sami nie mogą lub nie potrafią się obronić. Chciała rozwiązać wszystkie problemy swoich przyjaciół i robiła to. Zawsze była taka dzielna, dobra i silna, potrafiła znaleźć wyjście z każdej sytuacji. I chociaż zdarzały jej się chwile słabości, nigdy tak naprawdę się nie poddała. Mimo swojego wieku przeszła tak wiele. Może za wiele... Tak długo już jej nie ma. Tyle minęło od... a ja wciąż nie mogę się z tym pogodzić. Tak bardzo mi jej brakuje. Tak bardzo za nią tęsknie... A tęsknota to najgorsza kara jaką można dostać. Zabija od środka. I jeszcze te wspomnienia tak bolą. Dlaczego akurat ona? Czy ja coś zrobiłem? Czy bóg naprawdę jest taki okrutny żeby odbierać sens życia? Ukochaną osobę?
Nie, nie wytrzymam w tych ścianach dłużej. Tylko w jednym miejscu jestem bliżej niej, tym bardziej dzisiaj w rocznice.
***
Szłam przez jakiś las. Był środek ludzkiej nocy. W oddali było widać pełno małych światełek. Płomienie świec. Doszłam do jakiegoś cmentarza. O tej porze spodziewałam się, że będzie pusty, ale już po chwili ujrzałam starszego księdza. Spróbowałam go zawołać, ale nic to nie dało. Postanowiłam za nim iść. Zatrzymał się przy kilkunastu grobach i odebrał telefon od jakiejś zaniepokojonej siostry Eleonory. Jakimś cudem słyszałam wszystko co mówiła, docierały do mnie najcichsze dźwięki. Szłam dalej za księdzem, który wracał na plebanie, na kolacje. Dalej nie miałam pojęcia skąd to wszystko wiem. Lecz w pewnym momencie prałat zawrócił i udał się do jeszcze jednego grobu. Co robił codziennie. Minoł kilka starych drzew które o tej porze, jeszcze do kompletu ze świeczkami tworzyły wręcz magiczny obrazek. Przeszedł przez mały drewniany mostek nad szumiącym cicho strumyczkiem. I coś mi powiedziało, że prawie jest u celu swojej drogi. Nie myliłam się. Już z oddali słyszałam, że ktoś tam był. Miarowy oddech i bicie serca...ale jakoś dziwnie znajome...i wtedy go zobaczyłam.
Dymitr.
Siedział na ławeczce przy jednym z grobów.
- Synu, ty znowu tutaj? Nie ma dnia żebym cię tu nie widział od... - ksiądz próbował sobie coś przypomnieć.
- Od czterech lat. Dzisiaj jest rocznica. - przetarł oczy palcami - To już tyle czasu, tyle czasu jej nie ma...a ja nadal nie umiem się z tym pogodzić.
- Nie możesz się zadręczać, może tak miało być. - te bezcenne rady i motywujące słowa księży. Jak je uwielbiam.
- Czy kiedykolwiek będzie łatwiej? - Belikov nie odrywał wzroku od grobu.
- Kiedyś na pewno, ale już nigdy nie będziesz taki sam.- coś mi to przypomniało. Podeszłam żeby zobaczyć kogo nazwisko jest wypisane na nagrobku i...zmroziło mnie od środka.
Napis głosił: 20 lat. Rosemarie Hathaway.
- Miała by teraz 24 lata. Nawet nie pożyła... - jego głos się łamał.
- Nie wiem co się dzieje po śmierci. Ale wiem, że Anioły istnieją. - starzec starał się ostrożnie dobierać słowa. - Góra przysłała ją do ciebie. Jako anioła stróża. Ona tu jest. - Dymitr podniósł na niego wzrok.
- O czym ksiądz mówi? - w jego oczach można było dostrzec łzy.
- Jestem naznaczony pocałunkiem cienia, widuje duchy i jeśli góra się tego domaga także Anioły. I ona tu jest w postaci anioła. - Rosjanin przez chwile analizował to, aż w końcu się odezwał.
- Powie mi ksiądz jak wygląda? - z jego ust wydobył się szept pełen bólu.
- Możesz ją sam zobaczyć. Tylko ona musi tego chcieć. - starzec kiwnął głową na pożegnanie i odszedł w swoją stronę. Ja? Aniołem? Zagubiona dusza, szukająca pomocy to bym zrozumiała, ale... Anioł? Niebieska istota? I wtedy jakbym sobie coś przypomniała. Wszystko do mnie dotarło. Skupiłam się na obserwowaniu tego co się działo na cmentarzu.
Belikov wpatrywał się w zdjęcie na nagrobku.
- Rose jeśli tu jesteś...proszę pokaż się. - słowa dalej były przepełnione bólem, ale dało się w nich słyszeć także nutkę nadziei.
I wszystko się zmieniło. Przeniosłam się w jakieś białe miejsce. Stałam teraz naprzeciw Dymitra, ponownie patrząc w te ciemne oczy, oczy, które tak bardzo kochałam.* Widziałam w nich mieszaninę uczuć, niedowierzanie, radość, miłość. Rzuciłam się w jego stronę. Złapał mnie w ramiona.
- Roza. Roza. Roza. Moja Roza. - trzymał mnie w żelaznym uścisku. Jakby się bał, że jeśli mnie puści to się rozpłynę.
- Jestem tu, towarzyszu.
- Tak bardzo mi cię brakuje. Nie umiem żyć bez ciebie. - słowa wypowiadał z smutkiem, nawet strachem w głosie.
- Wiem, że jest ci ciężko, ale musisz być silny, musisz to przetrwać. - powiedziałam w jego ramie.
- Bez ciebie nic nie ma sensu. - mówił z takim bólem w głosie. Poczułam, że to tracę. Tą chwile. Zaczęłam wracać. W ostatnich chwilach jakie nam zostały przycisnęłam swoje usta do jego. To było cudowne. Po tak długim czasie...
- Kocham cię i nigdy nie przestane. I pamiętaj jestem z tobą na każdym kroku. - tyle zdążyłam powiedzieć zanim znów znalazłam się na cmentarzu. Widziałam z góry siedzącego Dymitra. Łzy spływały mu po policzkach.
- Ja też cię kocham, Roza. Nigdy o tobie nie zapomnę i jeśli to słyszysz...daj mi jakiś znak. - wypowiadając te słowa popatrzył się w niebo. Nie wiem skąd wiedziałam co robić. Wykonałam lekki ruch ręką liście na grobie ułożyły się w słowa "Jestem towarzyszu. Jestem i zawsze będę przy tobie"
------------------
Miałam poczekać do weekendu żeby wam to wrzucić, ale nie wytrzymałam.
Przepraszam, że nie pojawia się 6 rozdział...postaram się dostarczyć wam go w niedalekiej przyszłości.
Jak zwykle proszę o komy. Wiem, że nie wszyscy to lubią, ale to naprawdę motywuje. (Słowo honoru nie wciskam wam tu jakiegoś kitu. Jeden mały komentarz, a radość na cały dzień.)
Dziękuje tym którzy przeczytali moją długą przemowę.
Autorka.
środa, 17 czerwca 2015
Opowiadnie Romitri
Nie wiem co się stało. Pewnego dnia powiedział, że odchodzi.
„Tak będzie lepiej” – brzmiały jego ostatnie słowa. Nie próbowałam go zatrzymać, bo co niby miałam powiedzieć? Kocham go ponad życie i chce żeby był szczęśliwy.
Od tamtego wydarzenia minęło 6 lat. Jedyne co mnie powstrzymało przed zrobieniem czegoś głupiego to Isabelle i Jonathan. Bliźnięta, mają pięć i pół roku. Miesiąc po tym jak odszedł dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Nie wiedziałam jak to możliwe bo przecież, nigdy nie byłam z nikim innym, a dhampir z dhampirem nie mogą mieć dzieci. Po narodzinach Izzi i Jace’a zrobiłam testy i okazało się, że on jest ojcem. Teraz jest strażnikiem Adolfa Szelskiego. W ciągu tych lat był na dworze osiem razy. A ja zawsze w tym czasie wyjeżdżałam. Nigdy nie dowiedział się o dzieciach. Nikt tego nie popiera: moja matka, Abe, Lissa. Długo się ze mną kłócili, ale w końcu postawiłam na swoim. Ja po prostu, nie chce mu nic narzucać. Nie chce ingerować w jego życie. Jeśli jest szczęśliwy to niech tak pozostanie.
Któregoś dnia szłam odebrać dzieci od opiekunki i natknęłam się na niego. Siedział na ławce w parku. Włosy miał spięte. I do tego ten jego prochowiec. Moją pierwszą myślą było żeby do niego podejść, rzucić mu się na szyje i powiedzieć, że go kocham. I nigdy nie przestane. Powstrzymałam się.
- Rose. – wstał na mój widok. Dlaczego akurat on? I czemu nic nie wiedziałam o tym, że przyjeżdża?
- Dymitr. – napotkałam jego wzrok. Te oczy. Oczy które tak bardzo kochałam. Kocham.
- Możemy porozmawiać? – spytał z nadzieją w oczach i czymś jeszcze, czymś czego nie mogłam odczytać.
- Aktualnie nie mam czasu, mam coś do załatwienia. – odpowiedziałam chyba trochę zbyt szorstko.
- To zadzwoń jak znajdziesz chwile. Masz mój numer? – był chyba lekko zawiedziony. Przytaknęłam. – Zostaje na dwa tygodnie.
- Przepraszam, ale musze już iść.
- Nie ma sprawy. – powiedział i uśmiechnął się. Boże, ten uśmiech.
- Cześć. – rzuciłam. I ruszyłam w swoją stronę. Mówiłam sobie nie obracaj się. Nie, nie, nie. Nie wolno ci tego zrobić. Obejrzałam się. Stał tam dalej i wpatrywał się we mnie. Szybko odwróciłam wzrok. Resztę drogi przez park pokonałam biegiem. Nie wiem o czym myślałam, otrzeźwiło mnie dopiero to, że na kogoś wpadłam.
- Przepraszam. – powiedziałam zanim zorientowałam się kto to. – Adrian. – No pięknie tylko jego tu jeszcze brakowało.
- Little dhampir. Co się stało?
- Nic.
- Nie kłam. Widzę to w twojej aurze.
- Adrian proszę, jestem już spóźniona po dzieciaki. – powiedziałam i go wyminęłam. Nie protestował. Po tym jak Belikov odszedł, Adrian wielokrotnie próbował mnie pocieszyć, zbliżyć się do mnie. Ale dałam mu wyraźnie do zrozumienia, że nic z tego. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że stoję pod mieszkaniem pani Ewy. To starsza dhampirka, była strażniczką, ale odeszła ze służby. Kiedyś spotkałam ją w parku i zaproponowała pomoc. Sama nigdy nie miała dzieci i bardzo chętnie podjęła się opieki. A ja w zamian dwa razy w tygodniu robię jej zakupy i płace niewielką sumę. Zapukałam do drzwi. Starsza pani otworzyła po chwili.
- Przepraszam, że tak późno.
- O Rose, nic się nie stało, wejdź. – zwraca się do mnie po imieniu, bo sama ją o to prosiłam. – Jak tam dzieciaki? Nie rozrabiały? – spytałam.
- Nie skądże. To istne aniołki. Izzi! Jace! Mama przyszła! – po chwili do przedpokoju wbiegły dwa małe urwisy.
- Mama! – zawołały razem i rzuciły się na mnie.
- Cześć słoneczka.
- Możemy się jeszcze pobawić? – spytała Isabelle.
- No nie wiem. Trzeba by było już do domu wracać.
- No mamusiu, prosimy. – tym razem odezwał się Jace.
- No nie wiem. Jeśli pani Ewa się zgodzi.
- Ja nie mam nic przeciwko. – odpowiedziała dhampirka.
- Dziękujemy! – wykrzyknęły razem bliźniaki i pobiegły do salonu.
- Rose wszystko dobrze? Chyba coś się stało. Choć do kuchni. – zaproponowała dhampirka. Poszłam za nią. – Siadaj i opowiadaj.
- Nie chce pani zadręczać moimi problemami. – powiedziałam. Choć zwierzałem się już jej z wielu spraw i zawsze otrzymałam dobrą rade.
- Już to przerabiałyśmy. – udała znudzenie.
- Dobra. Przyjechał strażnik Belikov. I chce się spotkać. Jest chyba na urlopie, bo gdyby był z Szelskim to Lissa, by mnie uprzedziła.
- Rose. Idź.
- Co?
- Powiedziałam żebyś się z nim spotkała. Nawet teraz. Zostanę z dziećmi. Idź. – nie wierzyłam w wypowiedziane przez nią słowa.
- Dziękuje. – powiedziałam. Wyszłam z mieszkania i wybrałam numer Dymitra. Odebrał po pierwszym sygnale.
- Rose? – usłyszałam ten cudowny głos.
- Tak. Masz teraz czas?
- Oczywiście. Mam przyjść do ciebie?
- Nie. Jestem poza domem, a ty?
- W parku tam gdzie wcześniej.
- Ok. Zaraz będę. – Raz kozie śmierć. Moja opiekunka mieszka prawie w parku wiec szybko dotarłam na miejsce.
- Hej. – powiedziałam.
- Cześć. Tak szybko? – zdziwił się.
- Byłam w okolicy. – wyjaśniłam. – O czym chciałeś porozmawiać? – zawahał się na chwile.
- Czemu zawsze wyjeżdżałaś, kiedy byłem na dworze? – zapytał patrząc mi w oczy. Odwróciłam wzrok i wbiłam go w ziemie.
- Miałam swoje powody. – nie odpowiedział. Siedzieliśmy dłuższą chwile w ciszy. Wcześniej odpuściłam, ale musze to wiedzieć. – Czemu? Czemu wyjechałeś? – zapytałam nadal nie podnosząc wzroku. Odpowiedział dopiero po dłuższej chwili.
- Myślałem, że tak będzie lepiej. Że tobie będzie lepiej, beze mnie. Że ułożysz sobie życie i będziesz szczęśliwa. – słyszałam szczerość w jego głosie. Że niby bez niego będzie mi lepiej? Przecież on jest dla mnie wszystkim. I jedyne co trzymało, trzyma mnie na tym świecie to dzieciaki. Gdy by nie one to już dawno by mnie tu nie było.
- Jak mogłeś tak pomyśleć? – nie wiem czy to było do niego czy mówiłam bardziej do siebie. Czułam, że w moich oczach zbierają się łzy. – Miałeś kogoś? – zaskoczyło mnie, że doważyłam się o to zapytać.
- Nie. – odpowiedział od razu, czułam, że też chciałby to wiedzieć.
- Nie. Ja też nie. – wstałam i tym razem nie odwracając się poszłam po dzieciaki. Musiałam wszystko przemyśleć. Nurtowało mnie cały czas jedno pytanie. Czy to był jedyny powód jego odejścia?
Zanim się obejżałam doszłam do mieszkania dampirki. Zapukałam i niemal odrazu rzuciły się na mnie dwa małe szkraby.
- Hej.
- Co tak długo mamusiu? – zapytała Izzi.
- Przepraszam. Miałam coś do załatwienia. Idziemy?
- Tak! – krzyknęły razem.
- Dziękuje. – szepnęłam pani Ewie.
- Nie ma sprawy słonko. – uśmiechnęła się. – Wszystko dobrze?
- Tak. Chodźcie smyki. – powiedziałam. W domu zrobiłam im ich ulubioną kaszkę malinową. Nie wiem czy kiedyś przestaną ją jeść. Dzieciaki były strasznie zmęczone dzisiejszym dniem, więc szybko usnęły. Ja siedziałam jeszcze trochę przed telewizorem, nie mogłam zasnąć. Usłyszałam dzwonek do drzwi. Kto o tej porze? Otworzyłam drzwi. Stał w nich Christian.
- Zwariowałeś? Dzieci mi obudzisz. – syknęłam.
- Sory Rose. Ale mam coś ważnego do przekazania. – był lekko poddenerwowany.
- O co chodzi? – usiadł na kanapie w salonie.
- Belikov wrócił. – powiedział z powagą.
- Wiem przyjechał na urlop na dwa tygodnie.
- Nie. Zrezygnował ze służby u Szelskich. Rose on wrócił na dwór, na stałe.
- Co?! Ale przecież dzisiaj mówił mi… – nie zdążyłam dokończyć.
- Niecałą godzinę temu przyszedł do Lissy i poprosił o zmianę przydziału. – wyjaśnił moroj.
- Nie proszę nie. – schowałam twarz w dłoniach. A po chwili usłyszałam kroki na schodach. – Cholera. – zaklęłam pod nosem.
- Mamusiu co się stało? – zapytał zmartwiony Jace.
- Nic kochanie. Czemu nie śpisz?
- Nie wiem, nie mogę zasnąć.
- Oj. – powiedziałam, a on wgramolił się na kanapę i przytulił się do mnie.
- Wujek Christian. – powiedział uradowany, chyba dopiero teraz go zobaczył.
- Cześć mały strażniku. – olśniło mnie.
- Chris, Lissa już skończyła?
- Jak wychodziłem do ciebie to jeszcze miała jakąś naradę. – wyjaśnił.
- Mógłbyś zostać z bliźniakami? Wrócę do pół godziny.
- Idź Rose.
- Dzięki bardzo. – wybiegłam z mieszkania i udałam się do gabinetu królowej. Zapukałam.
- Proszę. – odpowiedziała uprzejmie. Weszłam do pomieszczenia.
- To prawda? – wypaliłam prosto z mostu. Lissa była trochę zaskoczona moim wybuchem.
- Tak. – odpowiedziała spokojnie. Nie, nie, nie.
- Co ja mam im powiedzieć? Że po latach wrócił tatuś? Jak ja im to wytłumaczę? – wpatrywałam się w przyjaciółkę ze łzami w oczach. – Przecież przed Dymitrem też ich długo nie ukryje. Mam przed nim stanąć i powiedzieć od tak że od pięciu lat jest ojcem.
- Rose spokojnie. – próbowała mnie uspokoić przyjaciółka.
- Musze wszystko przemyśleć. Przepraszam. – wyszłam z gabinetu. Udałam się prosto do domu. Christiana nie było w salonie. Poszłam do pokoju bliźniaków. To co zobaczyłam szczerze mnie rozśmieszyło. Christian spał na łóżku Jace’a, a bliźniaki bawiły się na podłodze.
- Słoneczka chodźcie, nie będziemy budzić wujka. – w salonie dzieciaki szybko usnęły, a ja zadzwoniłam do Lissy.
- Co się stało Rose?
- Nie uwierzysz przyjdź do mnie. Chodzi o Chrisa. – rozłączyła się. Nie zdążyłam nawet dojść do kuchni, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Lissa zabije.
- Liss… – zaczęłam, ale za drzwiami wcale nie stała królowa.
- Tato dzieci mi obudzisz. – powiedziałam i wpuściłam go do domu.
- Wiesz co się stało? – i w tym momencie drugi raz odezwał się dzwonek.
- Czy wy nie umiecie pukać? – spytałam pod nosem. Otworzyłam drzwi i…
- Co z nim? – spytała od razu Wasylisa, ale nie była zdenerwowana. Królewski spokojny ton opanowała do perfekcji.
- Nic mu nie jest. Chodź. – pociągnęłam ją do góry. I po cichu otworzyłam drzwi do pokoju bliźniaków. Lissa wybuchła śmiechem.
- Co się tu dzieje? Dzieciaki… – zaczął Abe i też wybuchnął śmiechem.
- Chodźcie. – powiedziała królowa. Gdy szliśmy do salonu coś mi przyszło do głowy. Musze to zrobić teraz, bo potem już się nie odwarze.
- O co chodziło staruszku? – zapytałam w salonie.
- Belikov wrócił, na stałe.
- Wiem.
- Skąd? – zdziwił się.
- Od Christiana jak mniemam. – odpowiedziała Lissa.
- Musze na chwile wyjść. Zaraz wrócę. – oboje kiwnęli głowami na zgodę. Poszłam do ostatniego miejsca w którym ktokolwiek by się spodziewał. Zapukałam. Otworzył po chwili.
- Rose? – ubrany był w spodnie od dresu i koszulkę z krótkim rękawem, pod którą idealnie rysowały się mięśnie.
- Musimy pogadać. Nie koniecznie teraz, ale jutro rano np. o 9. Pasowało by ci?
- Tak. Przyjdę do ciebie. – odwróciłam się i odeszłam bez słowa. Lissy już nie było, Abe powiedział tyko że wiecznie tego nie ukryje i także wyszedł.
Rano obudziły mnie dzieciaki.
- Mamo! Mamusiu!
- Co się dzieje słoneczka?
- Choć śniadanko. – powiedziały i pobiegły do kuchni. Wstałam szybko, żeby zobaczyć co się dzieje i w jadalni zastałam Christiana z Lissą. Na stole leżało gotowe śniadanie.
- Cześć. Co wy tu robicie?
- Ten pan zasnął tu wczoraj. – wyjaśniła królowa.
- Aha to wszystko wyjaśnia. Która godzina?
- 8.55 do…
- Cholera. – w tym momencie usłyszałam dzwonek do drzwi. – Cholera jasna.
- Rose spokojne. – próbowała królowa – Chyba, że…
- Tak. To on. – Zawsze przychodził przed czasem. Wolał być wcześniej niż się spóźnić. Westchnęłam i ruszyłam w kierunku drzwi. Za nimi stała osoba którą spodziewałam się zobaczyć.
- Oj. Przepraszam. Za wcześnie? – wyraźnie powstrzymywał się od śmiechu.
- Bardzo śmieszne. Tak. Za pół godziny w kawiarni koło parku?
- Okej będę czekał. – powiedział i zaśmiał się pod nosem. Zamknęłam drzwi i wróciłam do kuchni. Mimo tylu lat, nasza rozoma wylądała dość normalnie.
- Rose mam dzisiaj wolne dzień. Sama nie wiem jakim cudem. I z Christianem postanowiliśmy wyprawić u ciebie obiad dla przyjaciół. Nie masz nic przeciwko? - spytała radośnie mója przyjacióka.
- Nie skądże. Czyli dlatego zastałam was tu od rana?
- Tak. Christian coś ugotuje, mam dość tej królewskiej kuchni.
- Więc mogła bym zostawić wam dzieciaki pod opieką na godzinkę? – Lissa posłała mi spojrzenie pełne zrozumienia.
- Pewnie. – odpowiedział Chris.
- Dziękuje wam bardzo. – przytuliłam każde z osobna.
Przebrana zeszłam na dół i otworzyłam szufladę którą zamknęłam 5 lat temu. Były w niej dwa dokumenty, potwierdzające ojcostwo Dymitra.
- Nie śpiesz się Rose. Załatw co masz załatwić. – powiedziała Lisa zamykając za mną drzwi. Z dwoma kopertami w kieszeni spodni ruszyłam do kawiarni. Siedział tyłem do wejścia i patrzył na werandę. Wróciło do mnie wspomnienie jak tam kiedyś siedzieliśmy, śmialiśmy się, byliśmy szczęśliwi…razem. Tak, ale to już przeszłość. Ile bym dała za poczucie się bezpiecznie w jego ramionach. To uczucie bycia w domu, na miejscu. Jego wargi na moich. Ten ogień przepływający między nami.
Nie. Skarciłam się.
Musze się skupić tylko na wyznaniu mu prawdy. Ruszyłam w jego stronę.
- Cześć. – powiedział kiedy podeszłam do stolika.
- Hej. Możemy pogadać w cztery oczy. To dość ważna i delikatna sprawa.
- Pewnie. Przejdziemy się?
- Tak. – wyszliśmy przez werandę do jednego z królewskich ogrodów do którego praktycznie nikt nie zagląda. Szliśmy w ciszy. Odezwałam się dopiero, gdy znaleźliśmy się z daleka od wejścia i na pewno nikt już nie mógł nas usłyszeć.
- Więc mam pewne informacje, które zmienią całe twoje życie. – palnęłam prosto z mostu.
- O co chodzi? – odparł spokojnie Dymitr.
- Ukrywałam to przez lata. Dlatego zawsze wyjeżdżałam. Ja…po prostu nie chciałam niszczyć ci życia. – wyciągnęłam zawartość kieszeni. – I wiedz że nie oczekuje od ciebie niczego. Po prostu powinieneś wiedzieć. I zanim mnie znienawidzisz chce ci powiedzieć, że zawsze cię kochałam i nigdy nie przestałam. – podałam mu koperty. Popatrzył na nie, a potem na mnie i zrobił coś czego bym się nigdy nie spodziewała. Pocałował mnie. Świat i czas się zatrzymały i nic innego nie istniało. Odwzajemniłam pocałunek. Zarzuciłam mu ręce na szyje żeby przyciągnąć go bliżej. Jedną rękę położył mi na plecach i zmniejszył dystans między nami do minimum, a drugą wplątał w moje włosy. Cały czas miał do nich słabość. Ten ogień przepływający między nami. Czułam się jak kiedyś, cząstka mojego serca była na miejscu. Jednak po chwili odsunęłam się.- Przepraszam. – odwróciłam się i odeszłam. Byłam w połowie drogi do wejścia gdy usłyszałam ten głos.
- Rose! Zaczekaj!
Zatrzymałam się i po chwili usłyszałam kroki za sobą.
- Odszedłem, bo myślałem, że beze mnie będzie ci lepiej. A tym czasem było dokładnie na odwrót. I wiem, że za błędy trzeba płacić, ale chce ci pomóc, w jakikolwiek sposób…
- Wystarczy, że już nigdy nie odejdziesz.
- Przysięgam nigdy. – w tym momencie w jego oczach mogłam zobaczyć wszystko.
***
Następnego dnia wybrałam się z dziećmi na plac zabaw. Siedział na ławce i się w nas wpatrywał. Jace pierwszy go zauważył.
- Tata. – szept wydobył się z jego ust. Izabelle posłała mi pytające spojrzenie. Kiwnęłam głową. Maluchy ruszyły radośnie w jego stronę. Oboje przytuli się do swojego ojca, a już po chwili grali razem w berka.
Ten obraz do końca wypełnił dziurę w moim sercu będącą tam wcześniej. I mam nadzieje, że już zawsze będziemy razem.
Wtedy nic nie stanie mam na drodze.
--------------
To prawdopodobnie najdłuższy wpis w historii tego bloga.
Proszę o kom.
Autorka
„Tak będzie lepiej” – brzmiały jego ostatnie słowa. Nie próbowałam go zatrzymać, bo co niby miałam powiedzieć? Kocham go ponad życie i chce żeby był szczęśliwy.
Od tamtego wydarzenia minęło 6 lat. Jedyne co mnie powstrzymało przed zrobieniem czegoś głupiego to Isabelle i Jonathan. Bliźnięta, mają pięć i pół roku. Miesiąc po tym jak odszedł dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Nie wiedziałam jak to możliwe bo przecież, nigdy nie byłam z nikim innym, a dhampir z dhampirem nie mogą mieć dzieci. Po narodzinach Izzi i Jace’a zrobiłam testy i okazało się, że on jest ojcem. Teraz jest strażnikiem Adolfa Szelskiego. W ciągu tych lat był na dworze osiem razy. A ja zawsze w tym czasie wyjeżdżałam. Nigdy nie dowiedział się o dzieciach. Nikt tego nie popiera: moja matka, Abe, Lissa. Długo się ze mną kłócili, ale w końcu postawiłam na swoim. Ja po prostu, nie chce mu nic narzucać. Nie chce ingerować w jego życie. Jeśli jest szczęśliwy to niech tak pozostanie.
Któregoś dnia szłam odebrać dzieci od opiekunki i natknęłam się na niego. Siedział na ławce w parku. Włosy miał spięte. I do tego ten jego prochowiec. Moją pierwszą myślą było żeby do niego podejść, rzucić mu się na szyje i powiedzieć, że go kocham. I nigdy nie przestane. Powstrzymałam się.
- Rose. – wstał na mój widok. Dlaczego akurat on? I czemu nic nie wiedziałam o tym, że przyjeżdża?
- Dymitr. – napotkałam jego wzrok. Te oczy. Oczy które tak bardzo kochałam. Kocham.
- Możemy porozmawiać? – spytał z nadzieją w oczach i czymś jeszcze, czymś czego nie mogłam odczytać.
- Aktualnie nie mam czasu, mam coś do załatwienia. – odpowiedziałam chyba trochę zbyt szorstko.
- To zadzwoń jak znajdziesz chwile. Masz mój numer? – był chyba lekko zawiedziony. Przytaknęłam. – Zostaje na dwa tygodnie.
- Przepraszam, ale musze już iść.
- Nie ma sprawy. – powiedział i uśmiechnął się. Boże, ten uśmiech.
- Cześć. – rzuciłam. I ruszyłam w swoją stronę. Mówiłam sobie nie obracaj się. Nie, nie, nie. Nie wolno ci tego zrobić. Obejrzałam się. Stał tam dalej i wpatrywał się we mnie. Szybko odwróciłam wzrok. Resztę drogi przez park pokonałam biegiem. Nie wiem o czym myślałam, otrzeźwiło mnie dopiero to, że na kogoś wpadłam.
- Przepraszam. – powiedziałam zanim zorientowałam się kto to. – Adrian. – No pięknie tylko jego tu jeszcze brakowało.
- Little dhampir. Co się stało?
- Nic.
- Nie kłam. Widzę to w twojej aurze.
- Adrian proszę, jestem już spóźniona po dzieciaki. – powiedziałam i go wyminęłam. Nie protestował. Po tym jak Belikov odszedł, Adrian wielokrotnie próbował mnie pocieszyć, zbliżyć się do mnie. Ale dałam mu wyraźnie do zrozumienia, że nic z tego. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że stoję pod mieszkaniem pani Ewy. To starsza dhampirka, była strażniczką, ale odeszła ze służby. Kiedyś spotkałam ją w parku i zaproponowała pomoc. Sama nigdy nie miała dzieci i bardzo chętnie podjęła się opieki. A ja w zamian dwa razy w tygodniu robię jej zakupy i płace niewielką sumę. Zapukałam do drzwi. Starsza pani otworzyła po chwili.
- Przepraszam, że tak późno.
- O Rose, nic się nie stało, wejdź. – zwraca się do mnie po imieniu, bo sama ją o to prosiłam. – Jak tam dzieciaki? Nie rozrabiały? – spytałam.
- Nie skądże. To istne aniołki. Izzi! Jace! Mama przyszła! – po chwili do przedpokoju wbiegły dwa małe urwisy.
- Mama! – zawołały razem i rzuciły się na mnie.
- Cześć słoneczka.
- Możemy się jeszcze pobawić? – spytała Isabelle.
- No nie wiem. Trzeba by było już do domu wracać.
- No mamusiu, prosimy. – tym razem odezwał się Jace.
- No nie wiem. Jeśli pani Ewa się zgodzi.
- Ja nie mam nic przeciwko. – odpowiedziała dhampirka.
- Dziękujemy! – wykrzyknęły razem bliźniaki i pobiegły do salonu.
- Rose wszystko dobrze? Chyba coś się stało. Choć do kuchni. – zaproponowała dhampirka. Poszłam za nią. – Siadaj i opowiadaj.
- Nie chce pani zadręczać moimi problemami. – powiedziałam. Choć zwierzałem się już jej z wielu spraw i zawsze otrzymałam dobrą rade.
- Już to przerabiałyśmy. – udała znudzenie.
- Dobra. Przyjechał strażnik Belikov. I chce się spotkać. Jest chyba na urlopie, bo gdyby był z Szelskim to Lissa, by mnie uprzedziła.
- Rose. Idź.
- Co?
- Powiedziałam żebyś się z nim spotkała. Nawet teraz. Zostanę z dziećmi. Idź. – nie wierzyłam w wypowiedziane przez nią słowa.
- Dziękuje. – powiedziałam. Wyszłam z mieszkania i wybrałam numer Dymitra. Odebrał po pierwszym sygnale.
- Rose? – usłyszałam ten cudowny głos.
- Tak. Masz teraz czas?
- Oczywiście. Mam przyjść do ciebie?
- Nie. Jestem poza domem, a ty?
- W parku tam gdzie wcześniej.
- Ok. Zaraz będę. – Raz kozie śmierć. Moja opiekunka mieszka prawie w parku wiec szybko dotarłam na miejsce.
- Hej. – powiedziałam.
- Cześć. Tak szybko? – zdziwił się.
- Byłam w okolicy. – wyjaśniłam. – O czym chciałeś porozmawiać? – zawahał się na chwile.
- Czemu zawsze wyjeżdżałaś, kiedy byłem na dworze? – zapytał patrząc mi w oczy. Odwróciłam wzrok i wbiłam go w ziemie.
- Miałam swoje powody. – nie odpowiedział. Siedzieliśmy dłuższą chwile w ciszy. Wcześniej odpuściłam, ale musze to wiedzieć. – Czemu? Czemu wyjechałeś? – zapytałam nadal nie podnosząc wzroku. Odpowiedział dopiero po dłuższej chwili.
- Myślałem, że tak będzie lepiej. Że tobie będzie lepiej, beze mnie. Że ułożysz sobie życie i będziesz szczęśliwa. – słyszałam szczerość w jego głosie. Że niby bez niego będzie mi lepiej? Przecież on jest dla mnie wszystkim. I jedyne co trzymało, trzyma mnie na tym świecie to dzieciaki. Gdy by nie one to już dawno by mnie tu nie było.
- Jak mogłeś tak pomyśleć? – nie wiem czy to było do niego czy mówiłam bardziej do siebie. Czułam, że w moich oczach zbierają się łzy. – Miałeś kogoś? – zaskoczyło mnie, że doważyłam się o to zapytać.
- Nie. – odpowiedział od razu, czułam, że też chciałby to wiedzieć.
- Nie. Ja też nie. – wstałam i tym razem nie odwracając się poszłam po dzieciaki. Musiałam wszystko przemyśleć. Nurtowało mnie cały czas jedno pytanie. Czy to był jedyny powód jego odejścia?
Zanim się obejżałam doszłam do mieszkania dampirki. Zapukałam i niemal odrazu rzuciły się na mnie dwa małe szkraby.
- Hej.
- Co tak długo mamusiu? – zapytała Izzi.
- Przepraszam. Miałam coś do załatwienia. Idziemy?
- Tak! – krzyknęły razem.
- Dziękuje. – szepnęłam pani Ewie.
- Nie ma sprawy słonko. – uśmiechnęła się. – Wszystko dobrze?
- Tak. Chodźcie smyki. – powiedziałam. W domu zrobiłam im ich ulubioną kaszkę malinową. Nie wiem czy kiedyś przestaną ją jeść. Dzieciaki były strasznie zmęczone dzisiejszym dniem, więc szybko usnęły. Ja siedziałam jeszcze trochę przed telewizorem, nie mogłam zasnąć. Usłyszałam dzwonek do drzwi. Kto o tej porze? Otworzyłam drzwi. Stał w nich Christian.
- Zwariowałeś? Dzieci mi obudzisz. – syknęłam.
- Sory Rose. Ale mam coś ważnego do przekazania. – był lekko poddenerwowany.
- O co chodzi? – usiadł na kanapie w salonie.
- Belikov wrócił. – powiedział z powagą.
- Wiem przyjechał na urlop na dwa tygodnie.
- Nie. Zrezygnował ze służby u Szelskich. Rose on wrócił na dwór, na stałe.
- Co?! Ale przecież dzisiaj mówił mi… – nie zdążyłam dokończyć.
- Niecałą godzinę temu przyszedł do Lissy i poprosił o zmianę przydziału. – wyjaśnił moroj.
- Nie proszę nie. – schowałam twarz w dłoniach. A po chwili usłyszałam kroki na schodach. – Cholera. – zaklęłam pod nosem.
- Mamusiu co się stało? – zapytał zmartwiony Jace.
- Nic kochanie. Czemu nie śpisz?
- Nie wiem, nie mogę zasnąć.
- Oj. – powiedziałam, a on wgramolił się na kanapę i przytulił się do mnie.
- Wujek Christian. – powiedział uradowany, chyba dopiero teraz go zobaczył.
- Cześć mały strażniku. – olśniło mnie.
- Chris, Lissa już skończyła?
- Jak wychodziłem do ciebie to jeszcze miała jakąś naradę. – wyjaśnił.
- Mógłbyś zostać z bliźniakami? Wrócę do pół godziny.
- Idź Rose.
- Dzięki bardzo. – wybiegłam z mieszkania i udałam się do gabinetu królowej. Zapukałam.
- Proszę. – odpowiedziała uprzejmie. Weszłam do pomieszczenia.
- To prawda? – wypaliłam prosto z mostu. Lissa była trochę zaskoczona moim wybuchem.
- Tak. – odpowiedziała spokojnie. Nie, nie, nie.
- Co ja mam im powiedzieć? Że po latach wrócił tatuś? Jak ja im to wytłumaczę? – wpatrywałam się w przyjaciółkę ze łzami w oczach. – Przecież przed Dymitrem też ich długo nie ukryje. Mam przed nim stanąć i powiedzieć od tak że od pięciu lat jest ojcem.
- Rose spokojnie. – próbowała mnie uspokoić przyjaciółka.
- Musze wszystko przemyśleć. Przepraszam. – wyszłam z gabinetu. Udałam się prosto do domu. Christiana nie było w salonie. Poszłam do pokoju bliźniaków. To co zobaczyłam szczerze mnie rozśmieszyło. Christian spał na łóżku Jace’a, a bliźniaki bawiły się na podłodze.
- Słoneczka chodźcie, nie będziemy budzić wujka. – w salonie dzieciaki szybko usnęły, a ja zadzwoniłam do Lissy.
- Co się stało Rose?
- Nie uwierzysz przyjdź do mnie. Chodzi o Chrisa. – rozłączyła się. Nie zdążyłam nawet dojść do kuchni, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Lissa zabije.
- Liss… – zaczęłam, ale za drzwiami wcale nie stała królowa.
- Tato dzieci mi obudzisz. – powiedziałam i wpuściłam go do domu.
- Wiesz co się stało? – i w tym momencie drugi raz odezwał się dzwonek.
- Czy wy nie umiecie pukać? – spytałam pod nosem. Otworzyłam drzwi i…
- Co z nim? – spytała od razu Wasylisa, ale nie była zdenerwowana. Królewski spokojny ton opanowała do perfekcji.
- Nic mu nie jest. Chodź. – pociągnęłam ją do góry. I po cichu otworzyłam drzwi do pokoju bliźniaków. Lissa wybuchła śmiechem.
- Co się tu dzieje? Dzieciaki… – zaczął Abe i też wybuchnął śmiechem.
- Chodźcie. – powiedziała królowa. Gdy szliśmy do salonu coś mi przyszło do głowy. Musze to zrobić teraz, bo potem już się nie odwarze.
- O co chodziło staruszku? – zapytałam w salonie.
- Belikov wrócił, na stałe.
- Wiem.
- Skąd? – zdziwił się.
- Od Christiana jak mniemam. – odpowiedziała Lissa.
- Musze na chwile wyjść. Zaraz wrócę. – oboje kiwnęli głowami na zgodę. Poszłam do ostatniego miejsca w którym ktokolwiek by się spodziewał. Zapukałam. Otworzył po chwili.
- Rose? – ubrany był w spodnie od dresu i koszulkę z krótkim rękawem, pod którą idealnie rysowały się mięśnie.
- Musimy pogadać. Nie koniecznie teraz, ale jutro rano np. o 9. Pasowało by ci?
- Tak. Przyjdę do ciebie. – odwróciłam się i odeszłam bez słowa. Lissy już nie było, Abe powiedział tyko że wiecznie tego nie ukryje i także wyszedł.
Rano obudziły mnie dzieciaki.
- Mamo! Mamusiu!
- Co się dzieje słoneczka?
- Choć śniadanko. – powiedziały i pobiegły do kuchni. Wstałam szybko, żeby zobaczyć co się dzieje i w jadalni zastałam Christiana z Lissą. Na stole leżało gotowe śniadanie.
- Cześć. Co wy tu robicie?
- Ten pan zasnął tu wczoraj. – wyjaśniła królowa.
- Aha to wszystko wyjaśnia. Która godzina?
- 8.55 do…
- Cholera. – w tym momencie usłyszałam dzwonek do drzwi. – Cholera jasna.
- Rose spokojne. – próbowała królowa – Chyba, że…
- Tak. To on. – Zawsze przychodził przed czasem. Wolał być wcześniej niż się spóźnić. Westchnęłam i ruszyłam w kierunku drzwi. Za nimi stała osoba którą spodziewałam się zobaczyć.
- Oj. Przepraszam. Za wcześnie? – wyraźnie powstrzymywał się od śmiechu.
- Bardzo śmieszne. Tak. Za pół godziny w kawiarni koło parku?
- Okej będę czekał. – powiedział i zaśmiał się pod nosem. Zamknęłam drzwi i wróciłam do kuchni. Mimo tylu lat, nasza rozoma wylądała dość normalnie.
- Rose mam dzisiaj wolne dzień. Sama nie wiem jakim cudem. I z Christianem postanowiliśmy wyprawić u ciebie obiad dla przyjaciół. Nie masz nic przeciwko? - spytała radośnie mója przyjacióka.
- Nie skądże. Czyli dlatego zastałam was tu od rana?
- Tak. Christian coś ugotuje, mam dość tej królewskiej kuchni.
- Więc mogła bym zostawić wam dzieciaki pod opieką na godzinkę? – Lissa posłała mi spojrzenie pełne zrozumienia.
- Pewnie. – odpowiedział Chris.
- Dziękuje wam bardzo. – przytuliłam każde z osobna.
Przebrana zeszłam na dół i otworzyłam szufladę którą zamknęłam 5 lat temu. Były w niej dwa dokumenty, potwierdzające ojcostwo Dymitra.
- Nie śpiesz się Rose. Załatw co masz załatwić. – powiedziała Lisa zamykając za mną drzwi. Z dwoma kopertami w kieszeni spodni ruszyłam do kawiarni. Siedział tyłem do wejścia i patrzył na werandę. Wróciło do mnie wspomnienie jak tam kiedyś siedzieliśmy, śmialiśmy się, byliśmy szczęśliwi…razem. Tak, ale to już przeszłość. Ile bym dała za poczucie się bezpiecznie w jego ramionach. To uczucie bycia w domu, na miejscu. Jego wargi na moich. Ten ogień przepływający między nami.
Nie. Skarciłam się.
Musze się skupić tylko na wyznaniu mu prawdy. Ruszyłam w jego stronę.
- Cześć. – powiedział kiedy podeszłam do stolika.
- Hej. Możemy pogadać w cztery oczy. To dość ważna i delikatna sprawa.
- Pewnie. Przejdziemy się?
- Tak. – wyszliśmy przez werandę do jednego z królewskich ogrodów do którego praktycznie nikt nie zagląda. Szliśmy w ciszy. Odezwałam się dopiero, gdy znaleźliśmy się z daleka od wejścia i na pewno nikt już nie mógł nas usłyszeć.
- Więc mam pewne informacje, które zmienią całe twoje życie. – palnęłam prosto z mostu.
- O co chodzi? – odparł spokojnie Dymitr.
- Ukrywałam to przez lata. Dlatego zawsze wyjeżdżałam. Ja…po prostu nie chciałam niszczyć ci życia. – wyciągnęłam zawartość kieszeni. – I wiedz że nie oczekuje od ciebie niczego. Po prostu powinieneś wiedzieć. I zanim mnie znienawidzisz chce ci powiedzieć, że zawsze cię kochałam i nigdy nie przestałam. – podałam mu koperty. Popatrzył na nie, a potem na mnie i zrobił coś czego bym się nigdy nie spodziewała. Pocałował mnie. Świat i czas się zatrzymały i nic innego nie istniało. Odwzajemniłam pocałunek. Zarzuciłam mu ręce na szyje żeby przyciągnąć go bliżej. Jedną rękę położył mi na plecach i zmniejszył dystans między nami do minimum, a drugą wplątał w moje włosy. Cały czas miał do nich słabość. Ten ogień przepływający między nami. Czułam się jak kiedyś, cząstka mojego serca była na miejscu. Jednak po chwili odsunęłam się.- Przepraszam. – odwróciłam się i odeszłam. Byłam w połowie drogi do wejścia gdy usłyszałam ten głos.
- Rose! Zaczekaj!
Zatrzymałam się i po chwili usłyszałam kroki za sobą.
- Odszedłem, bo myślałem, że beze mnie będzie ci lepiej. A tym czasem było dokładnie na odwrót. I wiem, że za błędy trzeba płacić, ale chce ci pomóc, w jakikolwiek sposób…
- Wystarczy, że już nigdy nie odejdziesz.
- Przysięgam nigdy. – w tym momencie w jego oczach mogłam zobaczyć wszystko.
***
Następnego dnia wybrałam się z dziećmi na plac zabaw. Siedział na ławce i się w nas wpatrywał. Jace pierwszy go zauważył.
- Tata. – szept wydobył się z jego ust. Izabelle posłała mi pytające spojrzenie. Kiwnęłam głową. Maluchy ruszyły radośnie w jego stronę. Oboje przytuli się do swojego ojca, a już po chwili grali razem w berka.
Ten obraz do końca wypełnił dziurę w moim sercu będącą tam wcześniej. I mam nadzieje, że już zawsze będziemy razem.
Wtedy nic nie stanie mam na drodze.
--------------
To prawdopodobnie najdłuższy wpis w historii tego bloga.
Proszę o kom.
Autorka
niedziela, 31 maja 2015
Rozdział 5
- No więc co to za ważna sprawa? - spytałam podchodząc do Abe'go.
- Wyjeżdżam do Rosji...
- Nic nowego. - weszłam mu w słowo.
- Rose. Czy mogłabyś mi dać powiedzieć do końca?
- Pewnie.
- Więc proszę cię żebyś na Lehigh nie narobiła czegoś głupiego. Postaram się tam kiedyś wpaść i zobaczyć jak się uczysz.
- Będę cię oczekiwała.
- Mam nadzie... - nie dokończył bo moi uczniowie rzucili się na jego strażników.
- Co się tu do cholery dzieje? - zapytał spokojnym głosem podchodząc do mnie.
- Testuje twoich strażników.
- Rose.
- Po prostu sprawdzam czy odpowiednio wyszkoleni strażnicy cię chronią, staruszku. I...
- Hej co to ma być?! - oburzył się jeden z dhampirów próbując odeprzeć ataki trzech nowicjuszy. Niezbyt mu to wychodziło.
- Rose! - obróciłam się na dźwięk swojego imienia, samą porę żeby złapać kajdanki rzucone przez Eddie'go. Korzystając z tego, że Mazur był skupiony na śledzeniu walki, zanim się obejrzał był przykuty do kaloryfera.
- Rose! Co ty robisz do cholery? - wkurzył się Abe.
- Testuje twoich strażników oraz moich uczniów. - jak na zawołanie do sali wpadła grupa uczniów z Albertą na czele.
- Rose co ty wyprawiasz?
- Testujemy nowicjuszy i was prze okazji. - powiedział Eddie stając obok Alberty.
- Czyli to jakaś gra. Jakie zasady? - spytała strażniczka.
- Ja, Eddie i gang Wiewióra - wskazała na sześciu uczniów - jesteśmy po złej stronie, a cała reszta po dobrej. Musicie nas powstrzymać. Zasady są tylko dwie.
1. Nie wychodzimy przez okna.
2. Nie działamy w grupie.
Zagwizdałałam przeciągle. Dzieciaki przerwały walkę i podbiegły do mnie. Eddie otworzył jedno z okien i wyskoczył przez nie, a za nim młodzież.
- Rose! - zawołał Alto gdy chciałam zrobić to samo.
- Tak?
- Oni nie przestrzegają zasad. - Stan i te jego zasady.
- Znacie mnie już tyle lat i nic się nie nauczyliście? Ja kocham łamać zasady, bo w końcu one po to są. - nie czekałam, aż odpowiedzą tylko poszłam w ślady moich kompanów.
###
Przeciwnicy podzielili się na dwie grupy, a każda z nich na 3 pododdziały. Dowodziło 6 strażników, w śród nich Alto, reszty nie kojarzyłam, same nowe twarze. Alberta wróciła do obowiązków, bo ktoś musi panować nad wszystkim. W którymś momencie znaleźliśmy się w pułapce.
- Dlatego nie natrafiliśmy na nich ani razu. - Lola trafnie wyciągnęła wnioski.
- Planowali jak nas zrzucić na straconą pozycje. - dokończył Denis, a ja dopiero teraz dostrzegłam, że ta dwójka nie patrzy na siebie jak para przyjaciół. Jest między nimi coś więcej.
- Wiecie co robić. - rzucił Eddie do dzieciaków. - Działamy według planu. - Oczywiście, według panu którego nie mamy, czyli krótko mówiąc będzie się działo. Wszyscy włączyli swój stan bojowy i gdy przeciwnicy mieli zaatakować...Królewskie fanfary.
- Serio?! W takim momencie? - nie no lepiej nie mogło trafić. Musze rozgonić towarzystwo. - Okej. Miło było, ale się skończyło. Możecie kontynuować. Ja się żegnam.
- My się żegnamy. - wtrącił Eddie.
- Bez was ta gra mnie ma sensu. - powiedział Charlie krzywo się uśmiechając.
- Dokładnie. Ma racje. - odezwało się kilka głosów z tłumu.
- Wpadniecie jeszcze kiedyś? - Mike jak zwykle czyta wszystkim w myślach i mówi to na co innym zabrakło odwagi.
- Zobaczymy co da się zrobić. - rzuciłam na odchodne.
------------------
Proszę o komentarze. Dla was to mała rzecz, a dla mnie znaczy bardzo dużo.
Autorka
- Wyjeżdżam do Rosji...
- Nic nowego. - weszłam mu w słowo.
- Rose. Czy mogłabyś mi dać powiedzieć do końca?
- Pewnie.
- Więc proszę cię żebyś na Lehigh nie narobiła czegoś głupiego. Postaram się tam kiedyś wpaść i zobaczyć jak się uczysz.
- Będę cię oczekiwała.
- Mam nadzie... - nie dokończył bo moi uczniowie rzucili się na jego strażników.
- Co się tu do cholery dzieje? - zapytał spokojnym głosem podchodząc do mnie.
- Testuje twoich strażników.
- Rose.
- Po prostu sprawdzam czy odpowiednio wyszkoleni strażnicy cię chronią, staruszku. I...
- Hej co to ma być?! - oburzył się jeden z dhampirów próbując odeprzeć ataki trzech nowicjuszy. Niezbyt mu to wychodziło.
- Rose! - obróciłam się na dźwięk swojego imienia, samą porę żeby złapać kajdanki rzucone przez Eddie'go. Korzystając z tego, że Mazur był skupiony na śledzeniu walki, zanim się obejrzał był przykuty do kaloryfera.
- Rose! Co ty robisz do cholery? - wkurzył się Abe.
- Testuje twoich strażników oraz moich uczniów. - jak na zawołanie do sali wpadła grupa uczniów z Albertą na czele.
- Rose co ty wyprawiasz?
- Testujemy nowicjuszy i was prze okazji. - powiedział Eddie stając obok Alberty.
- Czyli to jakaś gra. Jakie zasady? - spytała strażniczka.
- Ja, Eddie i gang Wiewióra - wskazała na sześciu uczniów - jesteśmy po złej stronie, a cała reszta po dobrej. Musicie nas powstrzymać. Zasady są tylko dwie.
1. Nie wychodzimy przez okna.
2. Nie działamy w grupie.
Zagwizdałałam przeciągle. Dzieciaki przerwały walkę i podbiegły do mnie. Eddie otworzył jedno z okien i wyskoczył przez nie, a za nim młodzież.
- Rose! - zawołał Alto gdy chciałam zrobić to samo.
- Tak?
- Oni nie przestrzegają zasad. - Stan i te jego zasady.
- Znacie mnie już tyle lat i nic się nie nauczyliście? Ja kocham łamać zasady, bo w końcu one po to są. - nie czekałam, aż odpowiedzą tylko poszłam w ślady moich kompanów.
###
Przeciwnicy podzielili się na dwie grupy, a każda z nich na 3 pododdziały. Dowodziło 6 strażników, w śród nich Alto, reszty nie kojarzyłam, same nowe twarze. Alberta wróciła do obowiązków, bo ktoś musi panować nad wszystkim. W którymś momencie znaleźliśmy się w pułapce.
- Dlatego nie natrafiliśmy na nich ani razu. - Lola trafnie wyciągnęła wnioski.
- Planowali jak nas zrzucić na straconą pozycje. - dokończył Denis, a ja dopiero teraz dostrzegłam, że ta dwójka nie patrzy na siebie jak para przyjaciół. Jest między nimi coś więcej.
- Wiecie co robić. - rzucił Eddie do dzieciaków. - Działamy według planu. - Oczywiście, według panu którego nie mamy, czyli krótko mówiąc będzie się działo. Wszyscy włączyli swój stan bojowy i gdy przeciwnicy mieli zaatakować...Królewskie fanfary.
- Serio?! W takim momencie? - nie no lepiej nie mogło trafić. Musze rozgonić towarzystwo. - Okej. Miło było, ale się skończyło. Możecie kontynuować. Ja się żegnam.
- My się żegnamy. - wtrącił Eddie.
- Bez was ta gra mnie ma sensu. - powiedział Charlie krzywo się uśmiechając.
- Dokładnie. Ma racje. - odezwało się kilka głosów z tłumu.
- Wpadniecie jeszcze kiedyś? - Mike jak zwykle czyta wszystkim w myślach i mówi to na co innym zabrakło odwagi.
- Zobaczymy co da się zrobić. - rzuciłam na odchodne.
------------------
Proszę o komentarze. Dla was to mała rzecz, a dla mnie znaczy bardzo dużo.
Autorka
niedziela, 24 maja 2015
Rozdział 4
Gdy podeszłam do grupy wszyscy stanęli na baczność.
- Dobra. To kto jest tym, który chce się ze mną zmierzyć?
- Ja. - przedarł się do przodu, czarnowłosy chłopak, mniej więcej w moim wzroście. -powiedzieli, że ich rozłożyłaś na łopatki. Nie wierze i chce się przekonać na własnej skórze. -kontem oka zauważyłam jakiś ruch za mną.
- Jak ci na imię?
- Liam. - Widzowie ustawili się pod ścianą, obserwując nas uważnie.
- Śmiało atakuj. - nie myślał długo i w jednym momencie rzuciło się na mnie dwóch gości. Drugi był wyższy ode mnie. Rozdałam i po parę ciosów, równocześnie odparowując te zadane przez nich. Skutecznie się bronili, ale nie znali wszystkich moich sztuczek. Liam nabrał się na jedną z nich i dostał kopniaka w brzuch, który posłał go na ścianę. Podniósł się szybko, ale już nie atakował. Tamten korzystając z mojego sekundowego rozproszenia próbował mnie podciąć. Odskoczyłam w tył. Nie zdołał się podnieść dość szybko co wykorzystałam przygważdżając go do ziemi. Dopiero teraz go rozpoznałam, wcześniej nie zwróciłam na to uwagi. Blondyn, wyższy ode mnie w moim wieku. Mój przyjaciel.
- Cześć, Eddie.
- Miło cię widzieć Hathaway. - puściłam go i pomogłam mu wstać. - Żyjesz Liam? - rzucił do chłopaka, a tamten nie odpowiedział tylko doczłapał się kuśtykając do grupy.
- Ledwo. - rzucił ktoś z tłumu i dzieciaki wybuchły śmiechem, oczywiście oprócz poszkodowanego. Zauważyłam, że Dymitra nie ma na sali. Gdzie on się podział? I dlaczego nie widziałam jak wychodzi? Przegapiłam coś i jeśli to się kiedyś powtórzy w czasie jakiejś prawdziwej walki to ja lub ktoś inny może zapłacić za to życiem. Wróciłam ze świata rozmyślań i powiedziałam pierwsze co mi przyszło do głowy.
- Ktoś jeszcze chce się zmierzyć ze mną lub ze strażnikiem Castilie? - sześć rąk powędrowało w górę. - Okej. Więc reszta do ćwiczeń w parach. A wy chodźcie tu. - Wszyscy zrobili to co im kazałam. Obróciłam się i zaczęłam iść w stronę ławki.
- Rose! W co ty mnie pakujesz? - powiedział jak najciszej mógł Eddie.
- Nie histeryzuj. Poradzisz sobie, a poza tym nie mam zamiaru sama odwalać brudnej roboty Alto.
- Tak... - nie słuchałam co dalej mówił, bo skupiłam się na tym co działo się za nami i dzięki temu nie wylądowałam na ziemi w odróżnieniu od mojego przyjaciela. Zaatakowała mnie trójka nowicjuszy. Lola, Charlie i Denis. Eddie też miał trzech przeciwników. Mike'a, Charlie'go i Aidan'a.
- Trzech na jednego to banda łysego! - odezwał się strażnik nie przerywając walki.
- Bardziej paczki, nie bandy! Wołają na nas ninja! - odpowiedział mu Lola, próbująca mnie kopnąć. Odsunęłam się w bok podcinając Charlie'go, a Denis, który jak się okazało, wcześniej był za moimi plecami wylądował na ziemi pod wpływem kopniaka przeznaczonego dla mnie. Dziewczyna ponownie rzuciła się w moją stronę.
- Co się tu dzieje? - jakiś głos rozbrzmiał w sali. Wszyscy się zatrzymali i wpatrywali na kogoś za moimi plecami. Obróciłam się i zobaczyłam bogato ubranego człowieka, w garniturze do Calvin'a Klein'a czy tam innego z tych sławnych projektantów, oczywiście z wierną obstawą.
- Dokształcamy młodzież, staruszku.
- Ty i nauka? To jakieś żarty. - roześmiał się.
- Przychodzisz z czymś konkretnym czy w celach towarzyskich?
- I to i to. - uśmiechnął się cwanie.
-Poczekaj chwile. - obróciłam się do dzieciaków. Wpatrywali się we mnie szeroko otwartymi oczami. - Co się gapicie? Do ćwiczeń już. Strażniku Castilie i ninja proszę do mnie. - młodzi podeszli jak zwykle posłusznie, Eddie pokazał mi język, ale także wykonał rozkaz. W końcu tego nas uczą przez całe życie. Posłuszeństwa.
- Mogę o coś zapytać? - wyrwał się Denis.
- Pewnie. O co chodzi?
- Abe Mazur naprawdę jest twoim ojcem? - rzucił prosto z mostu.
- Tak. Jeszcze jakieś pytania, bo jak nie to mam dla was zadanie.
- Zamieniamy się w słuch. - odpowiedział za grupę Mike.
- Chce się odegrać na staruszku...
------------------
Przepraszam za dłuższą przerwę. Teraz rozdziały postaram się dodawać regularnie co tydzień.
Komentarze mile widziane.
Autorka.
- Dobra. To kto jest tym, który chce się ze mną zmierzyć?
- Ja. - przedarł się do przodu, czarnowłosy chłopak, mniej więcej w moim wzroście. -powiedzieli, że ich rozłożyłaś na łopatki. Nie wierze i chce się przekonać na własnej skórze. -kontem oka zauważyłam jakiś ruch za mną.
- Jak ci na imię?
- Liam. - Widzowie ustawili się pod ścianą, obserwując nas uważnie.
- Śmiało atakuj. - nie myślał długo i w jednym momencie rzuciło się na mnie dwóch gości. Drugi był wyższy ode mnie. Rozdałam i po parę ciosów, równocześnie odparowując te zadane przez nich. Skutecznie się bronili, ale nie znali wszystkich moich sztuczek. Liam nabrał się na jedną z nich i dostał kopniaka w brzuch, który posłał go na ścianę. Podniósł się szybko, ale już nie atakował. Tamten korzystając z mojego sekundowego rozproszenia próbował mnie podciąć. Odskoczyłam w tył. Nie zdołał się podnieść dość szybko co wykorzystałam przygważdżając go do ziemi. Dopiero teraz go rozpoznałam, wcześniej nie zwróciłam na to uwagi. Blondyn, wyższy ode mnie w moim wieku. Mój przyjaciel.
- Cześć, Eddie.
- Miło cię widzieć Hathaway. - puściłam go i pomogłam mu wstać. - Żyjesz Liam? - rzucił do chłopaka, a tamten nie odpowiedział tylko doczłapał się kuśtykając do grupy.
- Ledwo. - rzucił ktoś z tłumu i dzieciaki wybuchły śmiechem, oczywiście oprócz poszkodowanego. Zauważyłam, że Dymitra nie ma na sali. Gdzie on się podział? I dlaczego nie widziałam jak wychodzi? Przegapiłam coś i jeśli to się kiedyś powtórzy w czasie jakiejś prawdziwej walki to ja lub ktoś inny może zapłacić za to życiem. Wróciłam ze świata rozmyślań i powiedziałam pierwsze co mi przyszło do głowy.
- Ktoś jeszcze chce się zmierzyć ze mną lub ze strażnikiem Castilie? - sześć rąk powędrowało w górę. - Okej. Więc reszta do ćwiczeń w parach. A wy chodźcie tu. - Wszyscy zrobili to co im kazałam. Obróciłam się i zaczęłam iść w stronę ławki.
- Rose! W co ty mnie pakujesz? - powiedział jak najciszej mógł Eddie.
- Nie histeryzuj. Poradzisz sobie, a poza tym nie mam zamiaru sama odwalać brudnej roboty Alto.
- Tak... - nie słuchałam co dalej mówił, bo skupiłam się na tym co działo się za nami i dzięki temu nie wylądowałam na ziemi w odróżnieniu od mojego przyjaciela. Zaatakowała mnie trójka nowicjuszy. Lola, Charlie i Denis. Eddie też miał trzech przeciwników. Mike'a, Charlie'go i Aidan'a.
- Trzech na jednego to banda łysego! - odezwał się strażnik nie przerywając walki.
- Bardziej paczki, nie bandy! Wołają na nas ninja! - odpowiedział mu Lola, próbująca mnie kopnąć. Odsunęłam się w bok podcinając Charlie'go, a Denis, który jak się okazało, wcześniej był za moimi plecami wylądował na ziemi pod wpływem kopniaka przeznaczonego dla mnie. Dziewczyna ponownie rzuciła się w moją stronę.
- Co się tu dzieje? - jakiś głos rozbrzmiał w sali. Wszyscy się zatrzymali i wpatrywali na kogoś za moimi plecami. Obróciłam się i zobaczyłam bogato ubranego człowieka, w garniturze do Calvin'a Klein'a czy tam innego z tych sławnych projektantów, oczywiście z wierną obstawą.
- Dokształcamy młodzież, staruszku.
- Ty i nauka? To jakieś żarty. - roześmiał się.
- Przychodzisz z czymś konkretnym czy w celach towarzyskich?
- I to i to. - uśmiechnął się cwanie.
-Poczekaj chwile. - obróciłam się do dzieciaków. Wpatrywali się we mnie szeroko otwartymi oczami. - Co się gapicie? Do ćwiczeń już. Strażniku Castilie i ninja proszę do mnie. - młodzi podeszli jak zwykle posłusznie, Eddie pokazał mi język, ale także wykonał rozkaz. W końcu tego nas uczą przez całe życie. Posłuszeństwa.
- Mogę o coś zapytać? - wyrwał się Denis.
- Pewnie. O co chodzi?
- Abe Mazur naprawdę jest twoim ojcem? - rzucił prosto z mostu.
- Tak. Jeszcze jakieś pytania, bo jak nie to mam dla was zadanie.
- Zamieniamy się w słuch. - odpowiedział za grupę Mike.
- Chce się odegrać na staruszku...
------------------
Przepraszam za dłuższą przerwę. Teraz rozdziały postaram się dodawać regularnie co tydzień.
Komentarze mile widziane.
Autorka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Zapoznanie
Dzieję się to gdzieś w trakcie pobytu Rose i Dymitra w Baia w "Homecoming". *** Zwykłe, spokojne przedpołudnie w domu Beliko...
-
- To na pewno dobry pomysł? - siedzieliśmy w gabinecie królowej, czekając aż samolot będzie gotowy do startu. - Christian gadasz o tym od g...
-
- No do cholery jasnej! - krzyknęła Tasza. - Od kiedy to dampiry stoją wyżej od nas w hierarchii! Christian. - złożyła ręce w proszącym geśc...