wtorek, 13 września 2016

Rozdział 20

Do mojej podświadomości, przebił się obraz Roberta. Z początku wyglądał normalnie, ale potem zaczął się rozmywać. Musiałam się skupić, żeby nie stracić go z oczu i zrozumieć przekaz.
"- Masz tylko jedną szansę, spróbuj komuś o tym powiedzieć, a ona zginie. Obserwuje cię.
Przerwał na chwilę, studiując mnie dokładnie.
- Myślisz, że kłamie, układasz plan, ale ja wiem. Dzięki Adrianowi udało mi się wszczepić do twojego umysłu cząstkę dzięki, której podczas wizji mam dostęp do twoich aktualnych myśli. Co by się stało, gdyby świat dowiedział się, co zrobiłaś mojemu bratu? Jakby zareagowali twoi przyjaciele, na wieść, że jesteś zwykłą morderczynią? Straciłabyś wszystko, gdyby udowodniono ci zabójstwo moroja, tak samo ten twój przyjaciel. Wystarczy, że pociągnę za parę sznurków, a pewne osoby bez problemu postawią go przed sądem. Tacy jak wy nie mogą chodzić po świecie. My jesteśmy ważniejsi. Nie możecie nas krzywdzić. - uśmiechnął się paskudnie i po chwili znowu wrócił do swojego monlogu - Jeśli się dzisiaj ze mną nie spotkasz, Olenę czeka los gorszy od śmierci. Zadbam także o to, żeby każdy Belikov mógł to obserwować, a w pakiecie na koniec dostaniesz możliwość własnoręcznego zabicia jej. Możesz być też pewna, że na tym nie poprzestanę. Jeśli jednak posłusznie przyjdziesz, to gwarantuje ci, że odstawie ją całą i zdrową na dworzec w Omsku.
Zrobił kolejną przerwę, uważnie mnie studiując.
- Myślisz, że się nie odwarze, ale jesteś w błędzie. Dla niego zrobię wszystko."
Ma możliwość zniszczenia nie tylko mojego życia. Nie mogę tego lekceważyć. Gdy groził mi wtedy, na sali, nie przejęłam się tym zbytnio. Nie on pierwszy i nie ostatni, ale gdy wmieszał w to także innych, postanowiłam działać. I on to wiedział.
***
Uświadomiłam sobie, że to było wspomnienie. Gdy byłam nieprzytomna, Robert stworzył wizję w mojej głowie. Zastanawia mnie tylko, jak ukrył to przede mną i dlaczego przypomniało mi się akurat teraz.
***
To, że Lissa zdążyła zasnąć, uświadomiłam sobie, dopiero gdy mój telefon zaczął wibrować na stole. Zanim dzwonek zdążył obudzić Dragomirównę, zeskoczyłam z parapetu i odebrałam. Zdziwił mnie jedynie napis na wyświetlaczu. Numer prywatny. Mój rozmówca jednak nie marnował czasu na uprzejmości.
- Rose, przed budynkiem czeka kurier, z przesyłką zaadresowaną na ciebie. Pośpiesz się, jeśli łaska. Parę telefonów to tam to tu i z pomocą prezydenta mamy własny kanał telewizyjny i stacje w radiu. - przewróciłam oczami, dowiadując się kolejnej z tajemnic. Prezydenci USA o nas wiedzą. Pewnie mają jakąś książkę z tajemnicami świata. Zamach na Kennedy'ego, strefa 51... - Potrzebujemy tylko tych papierów. A i w kartonie znajdziesz też małe pudełeczko. Prezent od Mazura, z tego, co mi wspomniał, to zadzwoni w najbliższym czasie i wszystko ci wyjaśni, cokolwiek to znaczy. Poczekaj chwilę. Willis, co to znaczy... - słyszałam jakąś przytłumioną rozmowę, co mogło znaczyć, że strażnik odłożył telefon.
Wykorzystałam moment i przekazałam Eddiemu na migi, żeby miał oko na Lissę. On za to chciał wiedzieć, z kim rozmawiam, wskazałam na spodnie i pomachałam wolną ręką przed nosem, jakby jakiś zapach mi nie pasował.
- Stare gacie? - dampir parskną śmiechem. - Hans?
Uciszyłam go gestem i wskazałam na telefon, sugerując, że Croft skończył rozmawiać. Nie do końca pamiętam, skąd wzięło się to przezwisko, ale bardzo nam się spodobało, chociaż nie używamy go często.
- Jest tam parę papierów, które królowa musi podpisać do wieczora. Travis, nie tutaj! Piąta półka. Piąta! Nie umiesz liczyć?
Wyszłam z pokoju, posyłając Eddiemu szeroki uśmiech, na co on tylko pokręcił głową z rozbawieniem. Patrząc na niego, widziałam błysk w oku, tak różny od tego ponurego nastroju, który towarzyszył mu jeszcze niedawno, gdy rozmawialiśmy o Masonie. Za to Daniel, kolejny raz tego dnia wyglądał na kompletnie zagubionego.
- Jutro przed siódmą muszą być w Waszyngtonie. Sądzę, że prezydent ma równie napięty harmonogram, jak ja. Cholera. Nie ma was zaledwie dwa tygodnie, a tu jest istny sajgon. Wiem, że to przez te egzaminy...
- Jakie egzaminy? - spytałam zbita z tropu. Korytarze w akademiku były zadziwiająco puste jak na tą godzinę, minęłam zaledwie parę osób.
- Hathaway, proszę, nie dobijaj mnie. Dwutygodniówki, takie ich wewnętrzne egzaminy sprawdzające wiedzę po pierwszych tygodniach nauki. Są w poniedziałek. - strażnik trzymający wartę na naszym piętrze kiwnął mi głową w geście szacunku. Nazywał się Friderio? Nie! Fernando. Luis Fernando. Minęłam go z uśmiechem i skierowałam się na schody. - Coś podobnego jest na uniwersytecie North California, tylko że po miesiącu.
- Coś mi dzwoni, ale nie wiem w którym kościele.
- Skoro już to wyjaśniliśmy, to wróćmy do sprawy.
- Poczekaj jeszcze chwilę. Mogę zrobić tutejszym strażnikom jakieś zebranie organizacyjne czy coś w tym stylu?
- Teoretycznie, tak. Twoje stanowisko ci na to pozwala, szczególnie jeśli dotyczy to bezpieczeństwa królowej. Dzieje się coś, o czym powinienem wiedzieć? - truchtem pokonałam kolejny korytarz, mijając Dorote, która jak to zwykle bywa, ochrzaniała jakiego biednego pierwszoroczniaka. Posłałam jej miły uśmiech, który ona odwzajemniła, puszczając mi dodatkowo oczko.
- Pff, skąd. Po prostu nie chce, żeby okazywali mi tyle szacunku publiczne. To może wzbudzić podejrzenia. Mam wrażenie, że niektórzy byliby w stanie rozłożyć mi czerwony dywan pod stopami, bez mrugnięcia okiem w środku dnia. - ku mojemu zdziwieniu Hans parsknął śmiechem.
W drzwiach akademika minęłam się z grupką Stivena - studenta trzeciego roku bibliotekoznawstwa. Tego to chyba zna każdy. Do dzisiaj chodzą plotki jak to w drugi dzień po rozpoczęciu roku wparował do sali Grampa na politologie, wykorzystując moment, że wykładowca poszedł po kawę. Nie trwało to długo, a mimo to zdążył oblecieć połowę studentów i każdemu podając rękę. Resztę odwiedził osobiście w pokojach podczas wieczornego melanżu. Mimo że wypił już trochę, to o dziwo dało się z nim normalnie pogadać. Następnego dnia co prawda obudził się zwinięty w kulkę pod drzewami pana woźnego, za co dostał miotłę i o piątej rano zamiatał chodniki na dziedzińcu, ale nie przeszkodziło mu to jeszcze tego samego dnia zrobić powtórki szalonego wieczora, wskutek czego zdążył się zapoznać ze wszystkimi pierwszoroczniakami na wszystkich kierunkach. Oczywiście nas też odwiedził i to trzykrotnie. Raz po to, żeby się przedstawić i dwa razy z propozycją wyjścia na imprezę. Oczywiście nie udało mu się za pierwszym razem, bo Lissa stwierdziła, że w środku tygodnia nigdzie się nie wybiera. Nie dał się tym zniechęcić, więc wpadł znowu w sobotę, a widząc Josha z Lissa zakopanych w książka, życzył mi tylko powodzenia w przetrwaniu, tego "koszmarnego" wieczoru i zostawił namiary, gdzie ich szukać jakbyśmy jednak się zdecydowali, któregoś dnia wyrwać z łap nauki. Teraz oczywiście uśmiechnął się promiennie na mój widok, jednocześnie nie przerywając historii, którą opowiadał, zawzięcie gestykulując.
- Okej, okej. Jakby się ktoś ciebie czepiał - w co szczerze wątpie - to masz moje oficjalne pozwolenie. A ze studentami nie masz jakiegoś większego problemu? Parę was tam jest i chyba większość cię kojarzy.
W korytarzu, prowadzącym do lobby, ustawiła się jakaś większa grupka, zagradzając całkowicie przejście. Wróciłam do schodów, gdzie lekko na prawo były boczne drzwi. Na moje szczęście otwarte.
- Część owszem. Wiadomość o naszej obecności zaczyna się powoli rozchodzić wśród naszych, ale nie wszyscy wierzą, że królowa mogła wybrać taki uniwersytet.
Skierowałam się wzdłuż budynku i już po chwili widziałam główne wejście.
- Dobra, inaczej. Znajdź strażnika Sorenson'a i powiedz mu o pomyśle zebrania dla naszych. Potwierdzisz tam waszą obecności na uniwersytecie, dorzucisz coś o zasadach bezpieczeństwa i po odpowiadacie na wszelkie pytania, żeby nie było żadnych niedomówień, nieprzemyślanych i niebezpiecznych sytuacji, ani z ich strony, ani z waszej. W razie jakichś komplikacji masz wolną rękę w działaniu, zasada jest jedna, królowa ma być bezpieczna. Z resztą szkód jakoś sobie poradzimy.
- Nie wierzę w to, co słyszę.
- A ja w to, co mówię. - odparł Hans lekko podłamanym głosem.
Weszłam do lobby, gdzie gościu w bluzie z DPD był dokładnie przesłuchiwany przez strażnika za biurkiem.
- Dobra widze kuriera. Oddzwonię za chwilę.- rozłączyłam się i podeszłam do wyspy.
Za ladą jak zwykle siedział strażnik Jenkins. Był może z dziesięć lat młodszy od Carla, ale i tak dostał stałą posadę za biurkiem, na co wiecznie narzekał, bo jak to określił, "w nim jest dalej młoda krew".
- Jest czysty. - rzuciłam, opierając się o ladę i wskazując kuriera, czym uratowałam go od odpowiedzi na kolejne pytanie. - Strażnik Croft go przysłał, a paczka jest na mnie. Nie ma się czy martwić.
Jenkins tylko kiwnął głową, na znak, że zrozumiał i wrócił do swoich papierów. Kurier posłał mi wdzięczne spojrzenie i podsunął formularz do podpisu. Miał może z dwadzieścia siedem lat.
- Proszę bardzo, jako pierwszy masz przywilej cieszenia się moim autografem. - chłopak uśmiechnął się pod nosem, kręcąc głową, sięgnął do kieszeni i wyciągnął mały, prostokątny kawałek papieru.
- Jeśli będziesz potrzebowała coś wysłać, niekonieczne zgodnego z prawem lub na "podejrzany" adres, to zawsze przeze mnie. Tu masz dwa telefony - podał mi wizytówkę. - na pierwszy dzwonisz w podanych godzinach, na drugi możesz pisać o każdej porze. Znając kontakty strażniczki, wierze, że uda się to przekazać jak największej liczbie osób. To bardzo ułatwi mi pracę. Będę po to z powrotem za mniej więcej cztery godziny, koło ósmej. Dowidzenia! - rzucił tylko na wychodnym i już go nie było.
Wzięłam pod pachę pudełko z lady, schowałam wizytówkę do kieszeni i wybrałam numer Hansa. Jak zwykle strażnik od razu przeszedł do konkretów.
- Skoro tamto już ustaliliśmy, to przejdźmy do kolejnej rzeczy. Mianowicie znajomi.
- Stój. - przerwałam mu.- Chyba nie zaczniesz mnie wypytywać o numer ich polisy.
- To by mi bardzo pomogło, ale z samymi nazwiskami też dam sobie rade. Chodzi mi dokładnie o osoby, z którymi spędzacie najwięcej czasu. Więc?
- Hans, proszę cię. Sama ich sprawdziłam, myślisz, że dopuściłabym kogoś podejrzanego do Lissy?
- Skoro tak stawiasz sprawę, to w przyszły weekend ogrodnicy dostają wolne, a ty kilka fajnych narzędzi. Może być?
- Joshua Vetz. - odparłam zrezygnowana.
- Wiedziałem, że się dogadamy. - oczami wyobraźni widziałam już, jak się uśmiecha tryumfalnie.
Przez chwilę w słuchawce panowała cisza. Stwierdziłam, że skoro czeka mnie jeszcze dłuższa rozmowa, to mogę wrócić okrężną drogą przez dziedziniec.
- Czysty. Ktoś jeszcze?
- Jego kumpel Alex. Przyjechał wczoraj, nie wiele o nim wiem.
- Dalej.
- Daniel Evans, dampir.
- Alexander Murillo, także czysty. Mieszkał zaraz koło Vetza, te same szkoły i klasy. Nic podejrzanego.
Spoglądając lekko na prawo, zobaczyłam małe zbiorowisko, przy jednej z ławek. Kilka osób śmiało się i na zmianę szturchało, pewną znaną mi osobę, z którą chciałam później pogadać, ale skoro nadarza się okazja, to trzeba korzystać.
- Oddzwonię, Hans. - rzuciła rozłączając się.

niedziela, 5 czerwca 2016

Rozdział 19

Adrian wyszedł niemal natychmiast, po swoim monologu, wspominając tylko, że mamy "na nich" zaczekać i chyba to jest to, o czym wspominała Lissa. Musimy obgadać sprawy bezpieczeństwa w jak najmniejszym, zaufanym gronie. Robert jest nieobliczalny i kto wie, co jeszcze może zrobić. Potrzebujemy paru osób, które w razie zagrożenia będą wiedziały co robić. I ten jakiś tajemniczy ktoś, teoretycznie ma nam pomóc przy omawianiu spraw, dotyczących bezpieczeństwa królowej. Równie dobrze moglibyśmy zawiadomić dwór o problemach, jakie sprawia Robert, ale skoro możemy sami coś zdziałać w tym kierunku, to po co robić zamieszanie? Iwaszkow stwierdził, że musi się przewietrzyć i znaleźć coś do picia, oczywiście miał na myśli coś z procentami. Chyba pierwszy raz w tej kwestii byłam skłonna mu przyznać racje. Pamiętam, co ze mną robił mrok w czasach gdy zabierałam go od Lissy i wypicie dwóch czy trzech kieliszków w celu powstrzymania go, wydaje się dobrym rozwiązaniem.
- To było dziwne. - skwitował Daniel po wyjściu Iwaszkowa.
- To jeden z tych przyjemniejszych skutków użytkowania ducha.
- Przyjemniejszych? - prychnął Evans - Przecież on plótł trzy po trzy. Co, gdyby pod w takim stanie palnął coś nieodpowiedniego przed nieodpowiednimi ludźmi?
- Zwykle to kontroluje, ale dzisiaj jest jakiś dziwny... Zresztą sama nie wiem. - Muszę z nim później pogadać, w końcu mamy trochę niewyjaśnionych spraw. - Z drugiej strony można to łatwiej wyjaśnić, niż fakt, że w niekontrolowanym przypływie emocji oszpecił jakąś królewską buźkę. Ku mojemu zdziwieniu Eddie parsknął śmiechem.
- Tak, pamiętam tą twoją akcję w akademii, gdy stłukłaś Jesse'go. Mimo że już dawno go zabrali, ty dalej się mi się wyrywałaś. Może nie było tego widać, ale ledwo potrafiłem cię wtedy utrzymać, a przy Dymitrze uspokoiłaś się niemal natychmiast.
- Ale nie spoczęłam na tym. - dodałam na swoją obronę. - Próbowałam mu zwiać, ale zanim zrobiłam dwa kroki, on zdążył mnie unieruchomić. Rozmowa i moje argumenty też nie skutkowały. Ucieczka temu człowiekowi jest niemożliwa!
- Dlatego nazywają go bogiem. - Castile uśmiechnął się półgębkiem, co wywołało mój śmiech.
- Czekaj, czekaj. Skoro to wszystko, o czym tu mówimy, pochodzi z mocy ducha, to jakim cudem działo na ciebie? Z tego, co wiem, to jest to piąty żywioł, którym władają, jak to dawniej mówiono niezdeklarowani.
- Co jeszcze o nim wiesz? - zainteresowała się Lissa.
- Że za jego pomocą można leczyć. Tak przynajmniej słyszałem. Po ataku na akademie rozeszły się plotki, że księżniczka Dragomir leczyła ludzi.
- Między innymi tak. Pamiętasz wypadek rodziców Lissy?
- Tak, ale co znaczy to "między innymi."
- Znaczy, że każdy użytkownik ducha, którego do tej pory poznałam, ma jakieś inne umiejętności. Wracając do tematu, Lissa jako jedyna przeżyła ten wypadek...
- Przecież ty też, chyba nie mam jakichś halucynacji od przeszło dwóch tygodni.
- Nie, nie masz, Lissa przywróciła mnie do życia.
- Umarłaś?
- Tak, szczerze mówiąc, to dwa razy.
- I mam nadzieje, że to się już nie powtórzy. - zaczęła poważnym tonem Wasylisa. - Wiesz, co wtedy czułam? Co bym czuła, gdybyś znowu zrobiła mi takie coś? Jak by się czuł Eddie... - tu przerwała, widząc twarz dampira przepełnioną bólem. Chłopak nie wyobrażał sobie utraty mnie po tym, co się stało z Masonem. Ze mną było tak samo, nie wyobrażałam sobie, że mogłoby go zabraknąć w moim życiu. Tamte wydarzenia na każdym z nas zostawiły jakiś ślad, jeszcze, gdy pomyśle o tym cały wyjeździe... Jak mamy przekazać matce, że jej dziecko nie żyje? - Ale pamiętam wtedy Dymitra, patrząc z perspektywy czasu, to było zabawne.
Eddie posłał królowej wdzięczne spojrzenie, za poprowadzenie tematu na inne tory i od razu włączył się do rozmowy.
- Żałuj, że nie widziałaś tego w całości. Waleczny i dzielny strażnik Belikov...
- Eddie! - krzyknęłam przez śmiech wyobrażając sobie tą sytuację. Pierwszy raz w życiu widzieli, Dymitra z trochę innej strony.
- No co?
- Zmień temat. Zdaje się, wcześniej wspominałeś o jakiejś dziewczynie, prawda?
- Czemu nic nie mówiłeś? - Lissa uśmiechnęła się promiennie.
- Ja... To znaczy... Rose, cholera! Ty zawsze musisz mnie w coś wpakować.
- Taki mój urok. - wzruszyłam ramionami.
- Zatrzymajcie się wszyscy na chwile. - przerwał Daniel. - Czy wy w ogóle o mnie pamiętacie?
- Rozwalasz mi łóżko, które potem na nowo będę musiała ścielić, więc owszem pamiętam. Nie wiem jak z resztą.
- Nie gadaj głupot, Hathaway. - prychnął Eddie. - Ty i ścielenie łóżka? Jakoś sobie tego nie wyobrażam.
Lissa spojrzała na niego z chytrym uśmieszkiem.
- Wiesz, miała dobrego nauczyciela. Nie wiem jakie metody stosuje, ale działa.
- Liss!
- Ludzie! - wkurzył się Evans i nie dał Dragomirównie dojść do głosu. - Niech mi ktoś w końcu wyjaśni, o co chodzi, bo czuje się trochę jak na chemii!
- Czemu jak na chemii? - zdziwiła się Lissa.
- Bo to czarna magia...nie zmieniaj tematu! Czy ten Belikov, o którym gadacie, ma coś wspólnego z tym sławnym strażnikiem z Rosji? Jego nazwisko brzmiało jakoś podobnie... Przynajmniej tak mi się wydaje, ostatnio skupiłem się na studiach i docierały do mnie tylko najważniejsze informacje, jak zabójstwo królowej. Boże! Przestańcie się śmiać! Co ja takiego powiedziałem?
- To dokładnie ta sama osoba. - Eddie zdecydował się mu udzielić informacji. - Strażnik Dymitr Belikov. Przydzielony zeszłej jesieni do Świętego Władimira, aktualnie strażnik niejakiego Christiana Ozery chłopaka Jej Wysokości Królowej Wasylisy. I co chyba najważniejsze w tej sprawie, to były mentor i aktualny chłopak Rose Hathaway.
- Sama bym tego lepiej nie ujęła. - pochwaliła go Lissa. Ja nie wiedziałam, czy się cieszyć z takiego obrotu sprawy, czy wręcz przeciwnie. Daniel wyglądał na trochę zmieszanego, ale po chwili chcąc odciągnąć od siebie uwagę, zagadał do Eddiego na temat pracy. Lissa, widząc zaistniałą sytuację, sięgnęła po książkę z małego, drewnianego stolika, usadowiła się na tapicerowanym fotelu w rogu pokoju i zagłębiła w lekturę. Nie znam drugiej osoby, która z dla zabicia czasu wybrałaby pozycje pod tytułem "Metodologia na pierwszym roku studiów prawniczych oraz zmiany prawne w USA ostatnich siedemdziesięciu lat."
Sama usadowiłam się na parapecie, skąd miałam dobry widok na wszystko. Nie wiem dlaczego, ale wróciłam pamięcią do momentów, w których mrok przejmował nade mną kontrolę i prawdę mówiąc, co nieco mu zawdzięczam. Zabicie Wiktora - pomijając kwestie moralne i inne konsekwencje, jak mściwy braciszek - też ma swoje plusy, jednego szaleńca mniej na świecie. Atak na Jesse'go w Akademii, zakończony incydentem w stróżówce, dzięki któremu dowiedziałam się, że przyszłość moja i Dymitra, jako pary jest możliwa. Nasz związek też wniósł dużo do naszego świata. Przywrócenie strzygi odkryło nowe możliwości ducha. Wybór nowej, młodej królowej był początkiem rewolucji w naszym świecie. Ustawa o związkach między strażnikami - o którą Lissa tak dzielnie walczyła - zasiała ziarno nadziei w sercach dampirów. Małżeństwa, które wcześniej odeszły, bo prawo nie pozwalało na ich związki, teraz zostały powitane z otwartymi ramionami. Dodatkowa pomoc w naszych szeregach zawsze jest mile widziana.
Mimo że wcześniej odnieśliśmy sukces, musimy brać odpowiedzialność za swoje czyny, bo jedno się nie zmieniło. Oni są ważniejsi.
Tak było, tak jest i tak będzie. Moroje pozwalają na zmiany, ufając jednocześnie, że podejdziemy do tego z rozwagą. Nie możemy odstawić ich na bok, stawiając na pierwszym planie nasze potrzeby. Służba jest formą pracy, ale zupełnie inną od tej ludzkiej. Porównując przeciętnego człowieka z dampirem można dostrzec wiele podobieństw, ale także wiele różnic. W normalnym świecie nieprzyjście do pracy może kosztować cię naganę czy utratę posady. U nas - czyjeś życie. Zaniedbanie, czy niedopilnowanie czegoś tak samo. Oni pracują osiem godzin dziennie, my musimy być do dyspozycji dwadzieścia cztery na dobę. Gdy jakaś asystentka wielkiego dyrektora dowie się, że jej bliskim coś zagraża, wybiega z biura, nie przejmując się konsekwencjami. U nas tak nieodpowiedzialne zachowanie mogłoby to kosztować kogoś życie. Dlatego musielibyśmy zabrać podopiecznego ze sobą lub jeśli nie wyrazi takiej chęci albo nie będzie możliwości, załatwić zastępstwo, co nie zawsze jest wykonalne. W ostateczności sprawdzić, czy nic mu nie grozi i za pozwoleniem, zostawić go samego, co także nie obeszłoby się bez konsekwencji. Inną sprawą jest to, co byśmy zrobili, gdyby jednemu i drugiemu groziło niebezpieczeństwo. Komu byśmy rzucili się na pomoc? Morojowi, z którym wiąże nas przysięga czy ukochanej osobie? To jest sytuacja, gdy najlepiej jest się nie zastanawiać. I tak każda podjęta decyzja będzie zła.
Tego zawsze bał się Dymitr. Tego momentu wyboru.
Taka sytuacja już miała miejsce, gdy Tasza mnie postrzeliła. Rozmawialiśmy o niej. Gdy ja rzuciłam się, by chronić Lisse, on poszedł w ślad za mną, chcąc ochronić... No właśnie, kogo? Pomyślałam wtedy, że mógł udzielić prostej odpowiedzi, mówiąc, że chciał zepchnąć z linii strzału nas obie. Ale on powiedział tylko: nie wiem. Powiedział, dokładnie to, co powiedzieć powinien. W takiej sytuacji nie wiedział co robić. On. Człowiek, który w wieku dwudziestu paru lat przeszedł więcej, niż nie jeden emerytowany strażnik przez całe swoje życie. Doświadczony w swoim fachu, podziwiany i uznawany za wzór przez wielu, strażnik Belikow. Nie wiedział, co zrobić. Kogo ratować.
Czy jest w ogóle na świecie osoba, która by wiedziała?
Co robić, kogo chronić...?
------------------
Dawno mnie tu nie było, ale mam nadzieję, że jest tu jeszcze ktoś, kto to czyta :D

Jeśli tak, mile widziany był by jakiś ślad :)

Autorka.

sobota, 27 lutego 2016

Rozdział 18

- Castile próbujesz się włamać?
- Mi też miło cię widzieć Hathaway. - Odpowiedział z uśmiechem.
Chciałam do niego podejść, ale ruch za jego plecami zwrócił moją uwagę. Stało tam dwóch chłopaków obserwujących naszą wymianę zdań. Jednym z nich był Josh, drugiego nie znałam, ale coś w jego wyglądzie szczególnie mnie zaciekawiło, wyminęłam Eddiego i zamarłam. Wmurowało mnie w ziemie i zaparło dech w piersiach. Słyszałam kiedyś, że na świecie jest kilka osób, które wyglądają tak samo, ale w to nie wierzyłam. A nawet jeśli to nie przypuszczałam, że kiedykolwiek stanę w twarz z ludzką kopią mojego przyjaciela.
- Cześć. Jestem Alex. - zaczął niepewnie - Możecie mi wyjaśnić o co chodzi? Eddie jak mnie zobaczył zareagował tak samo.
Otrząsnęłam się dopiero po chwili.
- Chodźcie.
Otworzyłam drzwi do pokoju i wpuściłam ich do środka. Udałam się do szafy i z walizki wyciągnęłam zdjęcie zrobione jeszcze przed ucieczką z akademii. Przedstawiało mnie, Eddie'go i Masona na dziedzińcu szkolnym. Podałam je rudzielcowi.
- To wygląda jak bym tam stał. - odparł trochę zdezorientowany.
- To był nasz przyjaciel. - powiedział Eddie. W jego głosie dało się słyszeć nutkę smutku.
- "Był?" - podłapał Josh.
- Nie żyje.
Oboje tylko wpatrywali się w nas, przez dłuższy czas nic nie mówiąc. Cisze przerwał dzwonek telefonu.
- Przepraszam, to moja siostra. - usprawiedliwił się, Alex. - Musze odebrać.
- Zgadamy się później. - Josh uśmiechnął się pocieszająco i opuścił pokój za przyjacielem.
- Gdzie Lissa? - spytał Eddie zmieniając temat.
- Szczerze to nie mam pojęcia. - sięgnęłam po komórkę, która dalej leżała na stole.
- Jak to? Puściłaś ją tak samą?
- Spokojnie nic jej nie będzie. - wybrałam numer Lissy i przyłożyłam telefon do ucha. - Ma dobrą ochronę.
- Rose, obudziłaś się nareszcie! Zaraz tam będziemy, nie ruszaj się nigdzie. - Dragomirówna wyrzucała słowa z prędkością piły mechanicznej i niemal natychmiast się rozłączyła.
- Zaraz tu będą, a ty teraz mi powiedz jakim cudem się tu znalazłeś.
- Rada stwierdziła, że ty jedna do ochrony królowej to trochę za mało.
- Wezwali cię na rozmowę?
- Tak, w sumie to na cała ich naradę. Przestudiowali od A do Z twój życiorys.
- Musieli mieć niezłą zabawę.
- Zależy pod jakim kątem na to patrzeć, bo mogę cię zapewnić, że do śmiechu im nie było. Co najmniej połowa chciała cię odsunąć od Lissy jak najdalej się da, reszta zarzuciła im kwestionowanie decyzji królowej. W pewnym momencie niewiele brakowało, żeby rzucili się sobie do gardeł. - opowiadał to z takim przekonaniem, że w niektórych momentach naprawdę nie mogłam wytrzymać ze śmiechu. Potem przekonałam go żeby powiedział trochę o sobie. Raz nawet wspomniał o jakiejś dziewczynie, ale chyba nieświadomie, bo widząc mój uśmiech od razu zmienił temat. Dawno nie mieliśmy takiej chwili, żeby sobie szczerze pogadać. Wkrótce rozłożyliśmy się na łóżkach i zaczęliśmy wspominać stare dobre czasy. Nie pamiętam już kiedy się tak śmialiśmy.
- Zauważyłeś, że te najlepsze wspomnienia, kończą się razem ze świętami?
- Tak, Hathaway. Bez niego już nigdy nic nie będzie takie samo.
- Lissa opowiadała mi, że niedługo po koronacji spotkała się z Adrianem i Sonią w sprawie ducha. I to dało mi do myślenia. Wiem, że dopiero niedawno został odkryty, ale widzieliśmy już dużo jego możliwości. Zastanawia mnie czy po tak długim czasie... - przerwałam na chwile zastanawiają się czy dobrze zrobiłam zaczynają ten temat.
- Można by kogoś wskrzesić? - dokończył za mnie Eddie. Obróciłam się by spojrzeć na niego, ale on dalej wpatrywał się w sufit. - Też ostatnio o tym myślałem. Mason był moim przyjacielem, chociaż teraz jak na to patrze to od dłuższego czasu byliście dla mnie jak rodzeństwo. Przecież znam was lepiej niż własną matkę. I będą już przy tym temacie, nie wiem czy ci to mówił, ale nie długo po waszej ucieczce Alice zerwała z nim kontakt.
- Ale jak to? Przecież zawsze byli blisko ze sobą tak blisko.
- Też mnie to właśnie zdziwiło. Mason próbował się z nią wielokrotnie kontaktować, ale nic to nie dało. Dwa tygodnie później dostał list gdzie prosiła go żeby się z nią nie kontaktował dopóki sama tego nie zrobi.
- To dziwne.
- Bardzo. Do tego przed wczoraj na nazwisko Masona przyszedł list do dworu. - wyciągnął z kieszeni kopertę i podał mi ją.
- Czytałeś?
- Tak. - wyciągnęłam list z koperty i moim oczom ukazało się kilka starannie napisanych zdań.

Drogi synku,

Przepraszam, że nie kontaktowałam się z tobą przez ostanie 3 lata, ale był to dla mnie ciężki czas. Mam nadzieje, że wybaczysz mi moje postępowanie i odwiedzisz mnie w święta. Może wtedy będę miała okazje ci wszystko wyjaśnić.

Mama.

Podniosłam wzrok na Eddiego i już wiedziałam co zamierza.
- Chcesz tam lecieć, prawda?
- Tak, tylko nie wiem kiedy. Myślałem, żeby lecieć zaraz po świętach, wtedy moglibyśmy wrócić w rocznice, ale jest problem z biletami, a samochodem to trochę za długo.
- O to się nie martw, Abe wszystko załatwi.
- Rose, otwieraj. - rozległo się pukanie, podeszłam do drzwi i je otworzyłam. Daniel i Adrian wyminęli mnie z głupimi uśmieszkami, a Lissa od razu rzuciła mi się na szyje.
- Po pierwsze nie strasz mnie tak więcej, po drugie - odsunęła się, żeby spojrzeć mi w oczy. - też nic nie wiem, Adrian jest strasznie tajemnicy.
- Castilie! Co ty tu robisz? - Daniel uśmiechnął się od ucha do ucha witając z Eddie'm. Dragomirówna rzuciła mi pytające spojrzenie i =weszła do pokoju.
- Rada stwierdziła, że królowa potrzebuje dodatkowej ochrony, a tak naprawdę to chyba nie chcą zostawiać jej tylko z Rose. W jej kartotece już trochę się nazbierało.
- Myślałem, że powiesz coś w stylu "Przyjechałem studiować bla, bla, bla", a potem ja bym cie wyśmiał prowokując tym Hathaway, która dołączyła by do dyskusji i zrobiło by się ciekawie. - Evans wyszczerzył się, puszczając im oczko.
- Masz wyobraźnie koleżko. - Adrian włączył się do rozmowy, zaskakując nas tematem który podjął. Lissa zdążyła się już przywitać z Eddie'm i stała przy oknie niezbyt zadowolona - pewnie dlatego, że rada podejmując decyzje nie powiadomiła jej. To, że jest młoda nie znaczy, że mogą robić co im się żywnie podoba. Takie zachowanie może narobić więcej problemów niż pożytku. Mogę się założyć, że przy najbliższej wizycie na dworze, mimo masy rzeczy, które będzie musiała zrobić znajdzie czas, by zwołać rade i powiedzieć im co o tym myśli - lecz teraz wyraz jej twarzy się zmienił i byłam pewna, że sprawdza aurę Iwaszkowa. - Zastanawiam się czy umiał byś stworzyć jakąś sensowną historyjkę, najlepiej coś dla dzieci. Bajkę z morałem, do której ja zrobił bym barwne ilustracje. Właśnie Rose, od nowego semestru idę na studia. Wyobraź sobie jak nasza książka, przepraszam twoja książka z moimi ilustracjami, jest kupowana przez ludzi na całym świecie. - wyciągną z kieszeni małe prostokątne pudełko, nie przerywając swojego monologu. - My zarabiamy krocie, ty masz życie ustawione do końca życia, a mnóstwo nowych zleceń na ilustracje do książek. W końcu odezwie się do mnie jakiś człowiek z propozycją rozwijania mojego talentu. - zapalił papierosa i z powrotem podniósł na nas wzrok - Macie miny jakbyście właśnie zobaczyli lamparcią zebrę.
- Nie ma czegoś takiego. - pierwszy otrząsnął się Daniel.
- Ależ jest, to połączenie konia i żyrafy. Ale chyba nie po to się tu zebraliśmy, prawda?

sobota, 6 lutego 2016

Rozdział 17

Przekręciłam się na lewy bok, wdychając przyjemny zapach poduszki. Otworzyłam delikatnie jedno oko. Światło słoneczne przebijało się przez rolety nadając pomarańczowy odcień wszystkiemu dookoła. Poranki takie jak ten lubiłam najbardziej. Momenty gdy budzisz się ze świadomością, że przed tobą jeszcze kilka godzin leniuchowania. Wtuliłam się jeszcze bardziej w mięciutką pościel, lecz zanim zdążyłam zasnąć do mojej świadomości przebił się obraz kobiety przywiązanej do krzesła.
- O szlak.
Wygramoliłam się z łóżka przecierając oczy. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że jestem sama w pokoju. Rozejrzałam się w poszukiwaniu jakiegoś śladu, który by mówił gdzie się wszyscy udali. I znalazłam. Na szafce nocnej leżała jakaś karteczka.

Poszliśmy coś zjeść ; )

Takie śliczne bazgroły i uśmiechnięta buźka mogły świadczyć tylko o tym, że pisał to Adrian. Wzięłam telefon ze stołu sprawdzając godzinę. Brak nieodebranych połączeń świadczył o tym, że najnowsze wieści nie dotarły jeszcze na Dwór i jestem za to wdzięczna Lissie. Dymitr pewnie od razu by się zamartwiał, a Hans... Cóż lepiej omińmy ten temat. Wyszłam z pokoju i powlokłam się na stołówkę. Jak to w środku tradycyjnego, studenckiego dnia wszędzie było pełno ludzi. Każdy gdzieś zmierzał i każdy miał coś do załatwienia. Wygląd ludzi był przeróżny. Od kolesi w garniturach, poprzez tradycjonalistów w koszulach i normalnych ludzi, do dziewczyn w miniówach i ludzi z subkultur. Na stołówce zastałam tylko Josha, który pomachał mi z drugiego końca sali i wrócił do jedzenia. Kolejny kierunek kawiarnia. Mam nadzieje, że nie byli tak nierozsądni i nie poszli gdzieś na miasto. Może osłony nie są tu tak silne i często odnawiane jak na dworze, ale to zawsze jakaś ochrona. Nie zdążyłam dobrze wejść do środka gdy zauważył mnie Gideon.
- Przed chwilą wyszli, Rose! - krzyknął do mnie zza baru. O tej porze mieli tu niezły tłok, właśnie kończyło się większość zajęć i ludzie gromadzi się tu by spędzić razem trochę czasu. Byli to gównie konsumenci kawy. Jak twierdzi większość, w cały mieście nie ma lepszej.
- Dzięki bardzo! - odpowiedziałam mu.
- Do usług, Hathaway! - wyszczerzył się odgarniając czarną grzywkę z czoła. Opuściłam kawiarnie do której napływało coraz więcej ludzi i uświadomiłam sobie, że przecież mogłam do nich po prostu zadzwonić. Geniusz ze mnie. Przeszukałam kieszenie i okazało się, że nie wzięłam telefonu z pokoju. Boże, co się dzisiaj ze mną dzieje?

Eddie

Wszedłem do sekretariatu i złożyłem resztę potrzebnych papierów.
- Witamy na Leight panie Castile. - wyrecytowała ze znudzeniem tleniona blondynka.
- Dzięki. - rzuciłem wychodząc.
Jakiś czas błąkałem się po uniwersytecie, i miałem wrażenie, że chodzę w kółko. Ta sekretarka niby wszystko mi wyjaśniła...
- Cześć nowy? - podszedł do mnie z boku jaki chłopak, obróciłem się do niego i stanąłem jak wryty. Myślałem, że ma jakieś zwidy czy coś. Do jasnej cholery, stała przede mną żywa kopia Masona. Opanowałem się po chwili.
- Tak. Cześć. - powiedziałem nadal w szoku. - Wiesz może gdzie jest dortium dziewczyn?
- Nie sorry. Wczoraj przyjechałem, ale wiem kto może pomóc. - powiedział z uśmiechem rudzielec. - Choć. A tak w ogóle to jestem Alex.
- Eddie. - podałem mu rękę. Skręciliśmy dwa razy w prawo i weszliśmy na stołówkę. - Czy twój kolega jest kucharzem? - spytałem, a on wybuchnął śmiechem.
- Nie, chociaż ciekawie było by go zobaczyć w kuchni z garami. - powiedział wymijając kolejne stoliki.
- Mogę mu załatwić mały kurs. - zaproponowałem.
- O ciekawa propozycja. Trzeba to przemyśleć. To on. - pokazał chłopaka, bruneta, który siedział sam przy ośmioosobowym stoliku. Podszedł do niego.
- Siema stary. - poklepał go po plecach, a tamten mało się nie zakrztusił.
- Alex, do cholery! Kiedyś mnie zabijesz. - powiedział z pretensją w głosie.
- Oj nie jęcz tylko kończ jeść, bo potrzeba twojej pomocy.
- Mojej pomocy, w czym? - obrócił się do nas.
- Ten tu jest nowy i nie wie jak znaleźć dortium dziewczyn, a mi jeszcze nie powiedziałeś jak mam tam trafić.
- Jestem Josh. - przedstawił się ten drugi.
- Eddie.
- To co idziemy? W końcu muszę wiedzieć gdzie zamieszkują tutejsze damy. - powiedział teatralnie rudzielec. Nawet ma podobne poczucie humoru.
- Nie wszystkie z nich są damami.
- Oj, nie czepiaj się młody.
- A tak w ogóle gdzie ty masz bagrze? - zmienił temat Josh.
- W samochodzie. Nie chciałem komuś wparować do pokoju z tekstem typu "Cześć. Jestem Eddie. Będziemy razem mieszkać".
- A który numer masz? - zaciekawił się Alex. Wyciągnąłem z kieszeni klucz, który dostałem w sekretariacie.
- 56. - odpowiedziałem i oboje wybuchli śmiechem. - O co wam chodzi? Chyba nie mieszka tam jakis laluś w różowej koszulce, bo tego bym nie zniósł.
- Nie nie mieszka. To nasz pokój. - powiedział Josh.
- O to chyba dość dobrze trafiłem. Mam nadzieje, że wieczorami nie przebieracie się w sukienki i nie tańczycie kankana lub czegoś innego. - udałem przerażenie.
- Nie, ale podsunąłeś nam dobry pomysł. - tym razem odpowiedział Alex.
- Oto jesteśmy. Szukasz jakiegoś konkretnego pokoju? - spytał brunet.
- W sumie to tak. Numer 105. Mieszkają tam moje przyjaciółki.
- Jo to nie tam gdzie ta cała mistrzyni walk?
- Znacie Rose? - Od razu domyśliłem się o kogo chodzi.
- Ja tak. - przytaknął brunet.
- Ja niestety nie, ale mam nadzieje poznać. Może mnie czegoś nauczy.
- Oto apartament Rose i Lissy. - Josh zapukał kilka razy do drzwi, ale nikt nie otwierał.
- O ona ma koleżankę? - podłapał Alex.
- Tak. Która ma chłopaka. - na moje słowa zrzedła mu mina.
- Ej. Burzysz moje marzenia i niszczysz mi dzieciństwo. - powiedział udając obrażonego.
- Już dobrze, ty moje biedne dziecko. - powiedział z pełną powagą Josh. - Eddie mogę cie o coś zapytać?
- Chodzi o Rose, prawda? - dało się to wyczytać z jego twarzy, zabujał się.
- Tak. Tylko proszę nie mówcie nikomu. - przytaknęliśmy oboje. - Czy ona ma kogoś?
- Czemu się jej po prostu nie zapytasz? - rzucił z uśmiechem rudzielec. Był nieźle rozbawiony zakłopotaniem przyjaciela.
- I z czego się cieszysz? - rzucił brunet z pretensją w głosie. - Nigdy się w nikim nie zakochałeś więc nie wiesz jak to jest. Eddie?
- Alex ma racje. Nie wiem czy Rose by sobie życzyła, żebym udzielał takich informacji, a jej lepiej nie zaleźć za skórę.
- Och, no proszę. Gdybyś ty się zakochał nie chciał byś wiedzieć takiej rzeczy? - nie wiem dlaczego od razu przez myśl przeleciała mi twarz Jill...
- Ma. - rzuciłem bez zastanowienia, byle by tylko ten obraz zniknął mi z przed oczu.
- To coś poważnego? - Josh nie dawał za wygraną.
- Dużo razem przeszli. Od samego początku coś stawało na ich drodze. Nigdy nie widziałem ludzi, którzy mimo tylu przeszkód jakie życie stawia na ich drodze, nie poddawali się. Walczą nawzajem o siebie i nieraz dokonywali niemożliwego. Oni nie widzą świata poza sobą. - wyjaśniłem, ale żaden z nich się nie odezwał i przez dłuższą chwile staliśmy w ciszy.
- Castile próbujesz się włamać?

niedziela, 10 stycznia 2016

Rozdział 16

Rose

- Budzimy się śpiąca królewno! - ktoś mną potrząsał i to wcale nie lekko.
- Spadaj. - odpowiedziałam nie otwierając oczu. - Zniszczyłeś mój piękny sen.
- Jak mi przykro. - rozpoznała bym ten drwiący ton na końcu świata.
- Co ty tu robisz? W ogóle kiedy się wybudziłeś?
- Spokojnie Little Dampir. Zdążymy o tym pogadać. Na razie mamy na głowie Roberta. - automatycznie usiadłam.
- Co?
- Nie pamiętasz? - uniosłam tylko brwi. Iwaszkow westchnął. - Złamałaś Danielowi trzy żebra...
- Jaja sobie robisz? - nie dałam mu dokończyć.
- A Lissie podbiłaś oko. - I to wszystko przez jakiegoś dziadka żądnego zemsty? - O nic się nie martw, wyleczyłem ich. - dopiero teraz rozejrzałam się w okół. Wszędzie walało się drewno. Posłałam pytające spojrzenie Adrianowi.
- Rozwaliłaś kilka krzeseł i stół, a poza tym chciałaś zabić tego gościa oszczepem. - wskazał na Evansa.
- I czego głupio się uśmiechasz? - spytałam wkurzona.
- Po prostu ciesze się, że kolejny raz ci się upiekło.
- Kolejny raz? - moroj usiadł na podłodze koło mnie. - Czekaj. Masz na myśli ten sen z bluszczem?
- Oczywiście, że tak. Nadal jestem na ciebie zły za to wszystko, ale nigdy bym cie nie skrzywdził. - Nie miałam odwagi, by spojrzeć mu w oczy, więc po prostu siedzieliśmy w ciszy, pogrążeni we własnych myślach. Powoli wszystko zaczęło mi się układać w całość. Dziwne wydarzenia z ostatniego czasu, były jakiegoś rodzaju ostrzeżeniem. Czemu ja na to od razu nie wpadłam? Te wszystkie sny, dręczące mnie co noc i duch Andre. Przez te cholerne studia całkowicie wyleciał mi z głowy. Albo to też była zasługa Doru? Zapominam o wielu rzeczach, ale nie o tym, że ponownie widziałam ducha. Do tego już bez udziału więzi. Czemu życie musi być takie skomplikowane? I gdzie nasze "I żyli długo i szczęśliwie"? Westchnęłam głęboko.
- Choć, Iwaszkow. - Powiedziałam wstając i kierując się do wyjścia. - Trzeba to wszystko pozbierać do kupy i załatwić Lissie dodatkową ochronę. Skoro udało mu się do mnie dostać dwa razy, uda się i trzeci. - królowa wstała z ławki i zaczęła kierować się w naszą stronę. - Ma swoją marionetkę w centrum naszego świata. Może się na zemścić i jednocześnie kontynuować działania brata. Możliwe, że będziecie mnie musieli zamknąć w pokoju bez klamek, abym dożyła tam spokojnej starości.
- Rose, nawet tak nie mów. - oburzyła się panna Dragomir.
- To będzie długi dzień prawda? - dołączył do nas Daniel.
- Jesteś z nami? - spytałam zdziwiona królowa.
- Nie mam wyjścia. Prawda, Hathaway?
- Rose! - czego ta baba znowu ode mnie chce? Nie ma czym zarządzać to się uczniów czepia?
- Czego? - spytałam odwracając się. - Skończyły ci się... - przerwałam, gdy zdałam sobie sprawę, że nikogo tam nie ma. Gdzie ona zniknęła do cholery?
- Wszystko dobrze? - spytał zaniepokojony Adrian.
- Nie. Dyrka tu... - przerwałam zdając sobie sprawę co się dzieje. - Czego do cholery ode mnie chcesz? Wyłaź i załatwimy to jak należy!
- Harda jesteś. - powoli przede mną zaczął formować się obraz.
- Widzicie to? - zwróciłam się do reszty. W odpowiedzi tylko pokręcili głowami.
- Wole pozostać w twojej głowie, Rosemarie. Tak jest bezpieczniej. - Robert uśmiechnął się złośliwie.
- Boisz się mnie?
- To nie czas na takie rozważania. - do rozmowy dołączył nowy głos.
- Wiktor.
- Może nie udało mi się ciebie pokonać za życia, co nie znaczy, że po śmierci mi się nie uda.
- Hah. Powodzenia. Co mi możesz zrobić? Jak sam mówiłeś nie żyjesz.
- Nie doceniasz Roberta. Jest potężniejszy niż ci się wydaje, a poza tym mamy coś, co powinno cię zainteresować. - z tymi słowami Robert zniknął, a na jego miejscu pojawiła się jakaś osoba przywiązana do krzesła. Kobieta o ciemnych włosach i oczach... W momencie gdy uświadomiłam sobie kim jest, po raz kolejny dzisiaj, pochłonęła mnie ciemność. Pięknie.

sobota, 9 stycznia 2016

Rozdział 15

Adrian

Wasylisa do spotkania tego chłopaka była jakąś nieobecna, ale dotrzymywała nam kroku więc odłożyłem tą sprawę na później. Miałem ważniejsze rzeczy na głowie.
- Młody zwolnij trochę. Czy ja się nazywam Usain Bolt?
- Patrząc z punktu widzenia...
- Zamknij się. - przerwałem mu. Nie zamierzałem słuchać wywodów jakiegoś mądrali, a on nie zamierzał słuchać mnie.
- Czemu nie chcesz mnie wysłuchać? Masz się... - tym razem sam przerwał i nie dodał nic puki nie doszliśmy do celu. Jego następne słowa były całkowicie słuszne. - Szlak. - pociągnął ponownie za klamkę. - Zamknięte.
- Kto ma klucze?
- Woźny.
- To leć do niego. Na co czekasz?
- Ale on mnie nie lubi.
- To znajdź kogoś innego! - łomot dochodzący z sali sprawił, że brunet ruszył się z miejsca.
- Rose? - królowa zaczęła dobijać się do drzwi. Nie byłem optymistycznie do tego nastawiony, ale nie pozostało nam nic więcej. Oczywiście nie przyniosło to żadnego efektu. Dało się jedynie słyszeć odgłosy walki i rozwalanych krzeseł. Albo ławek. Nieważne, w każdym razie było to coś drewnianego. Nie dam sobie ręki uciąć, ale kilka razy ktoś chyba wzywał pomocy. Wreszcie po czasie który wydawał się wiecznością, przyszedł jakiś napakowany gość z kluczami.
- Wyjaśnijcie mi o co tu chodzi. Szeregowy Vit nic mi nie powiedział, kazał tylko się śpieszyć. - ton nie znoszący sprzeciwu, wzrok "nie podskakuj" i czoło do góry. Na bank wojskowy.
- Dwoje ludzi usiłuje się tam zabić. - wypowiadając te słowa, nie wiedziałem jak blisko byłem prawdy. Rose traktował tego dhampira jak worek treningowy. Rzucała nim po całej sali i okładał bez żadnych skrupułów. Nim ktokolwiek z nas zdążył zareagować podbiegła do Lissy i przywaliła jej z pięści w twarz. Królowa odleciała do tyłu na kilka metrów, a ja mogłem tylko stać i się gapić. Pan Wojskowy od razu rzucił się by obezwładnić Hathaway i o dziwo po kilku minutach udało mu się. Jedynym sensownym wytłumaczeniem było zmęczenie Hathaway i działalność ducha. Jej aura była czarna. Bez żadnego przebłysku jasności czy kolorów. Jedynie blada szara obwódka odróżniała ją od aur strzyg. Było źle. Nawet bardzo. Wrogowie jednoczą się i przybierają na sile. Jeśli nie zaczniemy działać jak najszybciej...
- Po ponownym przeszukaniu twojej głowy widzę, że nie zmieniłeś zdania. Dalej stawiasz ją ponad wszystko. - Zanim zdążyłem cokolwiek pomyśleć jego już nie było. Jakim cudem on ma wstęp do mojej głowy?

Dymitr

- Dobrze ci dzisiaj poszło. - Christian oparł się nonszalancko o fotel. - Nie wiedziałem, że umiesz tak dobrze grać w golfa. Co ja gadam? W ogóle nie podejrzewałem, że wiesz jak używać kija.
- Mam wiele talentów.
- Którymi się nie chwalisz, a powinieneś. Gdyby nie przysięga mógłbyś być... - przerwał na chwile szukając odpowiedniego słowa. - Prawdopodobnie poradził byś sobie w każdym zawodzie. Od sportowca, aż do jakiegoś milionera. Mógłbyś mieć w życiu wszystko.
- Już nam wszystko. Rodzinę, wspaniałą kobietę przy boku, przyjaciół i prace dzięki której umiem ich chronić. Nie potrzebuje złotych zegarków za miliony dolarów. Od zawsze wychodziło mi to na dobre i zamierzam się tego trzymać. Żyć trzeba tu i teraz. Cieszyć się tym co się ma, a nie tracić całego życia na uganianie się za pozornym szczęściem. Pieniądze zawsze obrócą się przeciwko nam.
- Wiesz co? Rose miała racje, co do tych twoich lekcji Zen. - to wołało mój uśmiech.
- Kto cie tego wszystkiego nauczył?
- Życie. Zobaczysz za parę lat będziesz robił takie przemowy swoim dzieciom.
- Ale to za parę lat. Na razie chce jeszcze poszaleć.
- W klubach golfowych?
- Ohohoho. Strażniku Belikov z pana ust to rzadkość. - Moroj zaczął coś mówić, ale zagłuszyło go pukanie do drzwi.
- Proszę. - odezwał się tym razem głośniej. Do pomieszczenia wszedł Carl. Szczerze to myślałam, że ma wolne skoro królowa studiuje. Skinął głową Christianowi.
- Strażniku Belikov, jest pan proszony do biura strażnika Croft'a. Wspominał, że to pilne.
- Dziękuje bardzo. Idziesz? - zwróciłem się do Ozery.
- Jasne. - wyszczerzył się. - W moim napiętym grafiku, zawsze znajdzie się czas, żeby posłuchać o kolejnym wybryku Hathaway.
Nie skomentowałem tego w żaden sposób. Na miejscu okazało się, że nie chodziło o Rose, a o mnie. Dzwoniła Karolina, co było dziwne, bo w Bai znają mój grafik, a poza tym mam przecież komórkę.
- Halo?
- Dymitr. Boże, jak dobrze. - mówiła trochę przez nos, jakby płakała.
- Co się stało?
- Mama nie wróciła do domu. Wyszła do sklepu i nie wróciła.
- Kiedy to było?
- Wczoraj wieczorem.
- Gdzie jesteś?
- W mieście. Od rana z Markiem jej szukamy. Sonia została w domu z dziećmi. Wiktorii na razie nic nie mówiłam.
- I dobrze, niech zostanie tam, gdzie jest bezpieczna. A ty wróć do domu zanim się ściemni.
- Nie jestem małym dzieckiem. - zaczęła oburzona.
- Ale masz małe dzieci, przy których musisz być gdyby coś się stało. Będę jutro wieczorem. Informuj mnie na bieżąco.
- Oczywiście... - rozłączyłem się.
- O co chodziło? - spytał zaciekawiony Christian.
- Sprawy się pokomplikowały. Potrzebuje kilka dni wolnego.
- Bierz ile chcesz, ale pod warunkiem, że mi później wszystko wyjaśnisz. Z Hansem wszystko załatwię. - uprzedził moje kolejne słowa.
- Dziękuje. - po pół godzinie wyjeżdżałem już z dworu. Okazało się, że jedyny samolot do Rosji wylatuje z Filadelfii o wpół do jedenastej w nocy.
Każdy z nas już niejedno przeszedł w życiu, a mimo tego kłopoty lgną do nas drzwiami i oknami. Mam nadzieje, że przynajmniej na studiach nie mają większych problemów niż praca domowa.
------------------
Mam nadzieje, że chociaż trochę się wyjaśniło. :D

Jak zwykle proszę o komentarze! :)

Zapoznanie

Dzieję się to gdzieś w trakcie pobytu Rose i Dymitra w Baia w "Homecoming". *** Zwykłe, spokojne przedpołudnie w domu Beliko...